Nowości

WWVAC2AM cz. 3.

WWVAC2AM
White Water Valley Annonymous Climmber's 2 Annual Meeting

okiem Tomtoma.

Dzień 1

Tym razem obyło się bez pełnych rozpaczy suplik z bazy o niezbędne do działalności górskiej procenty. Nie będzie grupy wsparcia, nie będzie piekących się nad resztkami ogniska rachitycznych kiełbasek. Całkiem prozaicznie trzeba zarzucić graty na plecy, obrócić się zadem do sklepu i leźć do góry. Na horarni bez zmian, z wyjątkiem odnowionego i powiększonego wezwania do wniesienia opłaty za taborzenie.

WIĘCEJ ...

WWVAC2AM cz. 2.

Tym razem zapraszamy na Zdjęcia Pchełki

WWVAC2AM cz. 1.

Zapraszam na Zdjęcia Dominiki i Irka

Nowy projekt Mirka Wódki

Zapraszamy na relacje zdjęciową z obijania nowego projektu Mirka Wódki na Wielkiej Cimie. Póki co nie możemy zdradzić szczegółów prócz tego, iż będzie to najtrudniejszy projekt jaki do tej pory dał radę zrealizować Mirek. Zapraszam na zdjęcia.

VIII spotkanie Jurajskiego KW

VIII Spotkanie Jurajskiego KW

z udziałem Wojtka Wierby i Kajetana Gawareckiego.

Piątek

Ciemną nocą przebijam się przez rozległe piaszczysto-pustynno-asfaltowe przestrzenie Jury. Tylko dzięki nieocenionej pomocy mojego ulubionego pilota - Gosi, docieramy na miejsce w jednym kawałku per capita - jako nieprzyzwyczajony do dwupasmowych dróg mieszkaniec środka Europy postanowiłem wjechać niczym blondynka na lewy pas gierkówki pod prąd. Na miejscu zastaliśmy jednego prezesa (w postaci Irka) oraz jedną legendę (w postaci Wojtka Wierby - światowej klasy specjalisty od dłubania, doszywania, obróbki skrawaniem, spawania, kłucia, ciorania, przypalania oraz topienia, zamrażania i modyfikacji sprzętu turystycznego). Wymienieni panowie byli w trakcie konkursu wytrzymałościowego w utrzymywaniu pozycji pionowej z puszką stabilizacyjną marki "Tyskie" w dłoni, do którego z ochotą dołączyliśmy, by wysłuchać sprawozdania z sytuacji taktycznej, a przedstawiała się ona nadzwyczaj interesująco - szybka trójka "Krecików" wisiała na czyimś płocie na skraju wsi łojąc bez litośći III+ w stylu Nocne OS Bez Światła, Mysza z małżonką pławił się w luksusowym łóżku z pościelą, natomiast Giaur z Mallory piętro pod Myszą trenowali ostro przed planowanymi ekskursjami w Alpy i Kaukaz sztukę przeżycia w ekstremalnych warunkach. Również w łóżku z pościelą, co jest mocnym dowodem na tezę, że ekstremalny punkt widzenia można osiągnąć z powodzeniem z luksusowego punktu siedzenia, a byt nie zawsze określa świadomość. Niecałe dwanaście godzin później Mysza udowodnił z kolei, iż można się wspinać wcale się nie wspinając poprzez:

a) deklarowanie co kwadrans "przyjechałem towarzysko, więc się nie wspinam";

b) załojenie V+ i VI.2 chwilę potem.

W międzyczasie działo się sporo. Irek znudzony nieco oczekiwaniem na ustaloną z Krecikami godzinę alarmową wypisał się z konkursu i zataczając niewielkie okręgi prawą golenią odmaszerował do namiotu. Wraz z Gosią wykorzystaliśmy ten fakt do gruntownego odpytania Legendy Grzebania W Sprzęcie z około setki tematów, powitaliśmy wracający sporo przed czasem zespół Łojących W Mroku Krecików i udaliśmy się na zasłużony spoczynek, po którym przyszła

Sobota

Słońce wdrapało się już całkiem wysoko, gdym otwarł oczy me i przeklinając pod nosem Małacha, w ciężkim boju z zamkiem wydostałem się do outsajdu śpiwora, a chwilę później z namiotu. Niektórzy szaleńcy byli już całkiem wybudzeni i wyczyniali straszliwe rzeczy celem przygotowania śniadania. Tasior na ten przykład gotował coś na butli przypominającej kształtem, kolorem oraz rozmiarem przemysłową gaśnicę pianową z lat pięćdziesiątych. Gramolący się powoli z namiotów klubowicze z szacunkiem omijali skonstruowaną na tej podstawie maszynerię szerokim łukiem. Po mniej lub bardziej obfitym napełnieniu żołądków ruszyliśmy pod Skałę Aptekę, gdzie oczekiwała nas klubowa ekstremalistka Julka w towarzystwie klubowego narybku, podobno zgarniętego spod sztucznej ściany. Jak dla mnie wyglądali na takich, co ze ściany schodzą wyłącznie pod groźbą użycia ostrej amunicji, bo wspinali się przeokrutnie przyzwoicie, dranie. Zakładanie wędek tradycyjnie sprowokowało prezesa do sarkastycznych komentarzy w stylu dowolnym na temat intelektu i wyobraźni zakładających stanowiska, a niektórych z obsługujących to wydarzenie kulturalne fotografów skłoniło do wykonania serii zdjęć o ogólnym temacie odtylcowym. Wojtek Wierba w międzyczasie zajął się testem przywiezionych ze sobą GPSów (których producentów z litości nie wspomnę, gdyż żaden nie zdołał prawidłowo określić swego miejsca położenia), po czym czujnie monitorował poczynania klubowiczów na filarkach, gorylach, reaktywacjach i temu podobnych., natomiast piszący te słowa po nieudanej próbie wdrapania się na sakramencko zimny o poranku filarek postanowił poczekać na efekty działalności Słońca. Wykorzystał to zajęty trenowaniem podejrzanych technik ratowniczych Mysza, najmując mnie do roli manekina w sztuce p.t.: Flaschenzug (lub podobnie). Niestety nie złowiłem podejrzanie uśmiechniętych min towarzystwa i po krótkim konsylium nad prawidłowością mojego przypięcia do liny powędrowałem z prędkością 0,0067m/s w górę, co - jak łatwo obliczyć - dało mi jakieś pół godziny czasu na myślenie o wytrzymałości irkowej liny, mojej własnej uprzęży, co się stanie jeśli żona zawoła Myszę na drugie śniadanie i po co mi w ogóle to wspinanie. Sytuacja ta zirytowała mnie do tego stopnia, że postanowiłem jednak policzyć się z filarkiem i zmęczyłem drania w ulubionym przez Giaura stylu PTKNMC (Przecież Tu Kurwa Nie Ma Chwytów), niezbyt może kanonicznym, acz całkiem widowiskowym. Po tym epokowym wydarzeniu Herbatniki zmontowały szybką trójkę na dwuwyciągówkę, pod skałę stawiły się Sarenki, Tasior wyśrubował rekord na klubowym trzyplusie do dwudziestu i trzech sekund, Julka wspięła się na jakąś strasznie kosmiczną VI.2, Legenda Grzebania W Sprzęcie konstatowała, że teksty wspinaczy nie zmieniły się wiele przez ostatnich trzydzieści lat, towarzysko ukierunkowany Mysza nie wspinając się załoił ze trzy drogi, prezes Irek na własne oczy przekonał się, że suchonarzędziowanie dotknęło dotkliwie również Aptekę i to w sposób bardzo niedobry i przyszedł czas zbierania się do domu. Do zdejmowania stanów oddelegowała się trójka w składzie Julka, Cheniek oraz piszący te słowa, więc rozplątywanie szpeju przeplatało się z dyskusjami o podstawowych problemach bytu ze szczególnym naciskiem na sprawy okołomałżeńskie. Ponieważ takie kwestie wymagają niemałej koncentracji, w zasadzie tylko czystym fartem uniknęliśmy odpięcia stanowiska, na którym Mysza z sukcesem przechodził właśnie kluczowe trudności. Po tym jakże radosnym - szczególnie dla Myszy - wydarzeniu udaliśmy się w kierunku base camp na wykład kolegi Wierby.

A wykład był niemożebnie wręcz cudowny. Wojtek przywiózł ze sobą około ćwierć tony różnego szpeju spakowanego w dwa plecaki i trzy worki. Czego tam nie było... śpiwory pojedyncze, poczwórne z futerkiem, genialna hybryda namiotu z płachtą biwakową Carynthii, materacyk puchowy zajmujący tyle miejsca co jedna szósta karimaty, siedemnaście rodzajów kuchenek włącznie z egzemplarzami antycznymi i futurystycznymi, dwanaście typów osłonek przeciwwiatrowych do tychże kuchenek, w tym również genialnie kompresowalnych samoróbek wyprodukowanych po godzinach w Instytucie Fizyki Jądrowej PAN, sto kilo różnych duperelków ułatwiających życie w dziczy, a wszystko to okraszone rzetelnym wykładem solidnego fachowca, dzielnie sprawującego się w krzyżowym ogniu pytań dociekliwych klubowiczów, szczerze zainteresowanych ostatnim piórkiem w ostatniej komorze S-kształtnego śpiwora puchowego, technicznymi szczegółami działania ustrojstwa zapobiegającego zjeżdzaniu z karimaty i setką innych kwestii. Naturalną więc koleją rzeczy dysputa o technikaliach trwała również przy ognisku. A ognisko było że hej. Przebiegało pod znakiem Chodzących Legend - jako pierwsza, już na wykładzie Wojtka pojawiła się Basia, znana w środowisku jako Basia Z, Legenda Przewodniczenia Beskidzkiego; niezawodny Irek dostarczył do ognia Mirka Wódkę, Legendarnego Pogromcę Tyranozaurów; po angielsku, niczym kot, włączył się w okołoogniskowe dysputy Krzysztof Wielicki, Legenda Himalajów, całkiem sympatyczny kolo (podobno faktycznie gdzieś się wspiął); przypadkiem idąc polem dołączyła do nas Przyszła Legenda Wspinania Skałkowego Wojtek Karnaś wraz z ekipą, a tuż przed godziną duchów przybyła Legenda Wspinu i Grotołażenia, czyli Belfegor we własnej osobie, który błyskawicznie odnalazł bratnią duszę w postaci wsławionej niedawnym wykładem Legendy Grzebania W Sprzęcie Wojtka. Zakres poruszanych tematów był ekstremalnie wręcz szeroki - od drajtulowej zarazy przez fluktuacje stosunku Nepalczyków do turystów (thx to Robert Remisz) po obnażanie się dwunastolatek za piwo, więc szerszy opis pominę, a kto nie był niech zazdrości. Szczególnym postoogniskowym znakiem udanej imprezy był fakt, iż

W niedzielny poranek

ekipa JKW stawiła się w komplecie na szkolenie z zakresu pierwszej pomocy, prowadzone przez niesamowitego Kajetana Gawareckiego. Ci co widzieli mogą potwierdzić - to była miazga. Kompetencja, profesjonalizm, kapitalna umiejętność wciągania publiki w temat, wspaniała organizacja dydaktyczna (kto cokolwiek próbował wyłożyć w pożądanej kolejności ten wie jak to boli), mnóstwo ćwiczeń wymagających własnego zaangażowania manualnego i las but not least wspaniałe operowanie ciętymi komentarzami pod adresem różnych mądrali tudzież instytucji sprawiły, że przez bite pięć godzin słuchaliśmy, zadawaliśmy pytania, ćwiczyliśmy do upadłego zestaw czynności składających się na pierwszą pomoc, odkrywając przy okazji starą prawdę, że nawet teoretycznie najprostsze czynności manualne należy intensywnie ćwiczyć, by wykonywać je prawidłowo. Giaurowi zabawa się spodobała do tego stopnia, że postanowił wykonać masaż serca na mojej zupełnie zdrowej osobie, czego skutki odczuwam do dzisiaj. Sztucznego oddychania na szczęście nie próbował. Nauczyliśmy się sporo - wiemy już jak się podchodzi do klienta, jak go fachowo zagadać, jaki skutek psychologiczny wywołują gumowe rękawiczki, jak udrożnić drogi oddechowe, czemu warto włożyć do rozbitego samochodu najpierw rękę (a najlepiej kij) zamiast głowy, jak sprytnie z tegoż samochodu wyciągnąć ciężkiego faceta, dlaczego nie warto bandażować kończyn "na jodełkę" i całej masy innych drobiazgów, mogących komuś uratować marny żywot. Na deser oglądnęliśmy sobie film szkoleniowy okraszony soczystym komentarzem Kajetana pod tytułem "jak nie przeprowadzać akcji ratunkowej" i z niechęcią zaczęliśmy się zbierać do mniej lub bardziej odległych miejsc zamieszkania.

Reasumując - było super. Jak zwykle świetni ludzie, świetna atmosfera, prezesowa organizacja na światowym poziomie i uczucie dużego niedosytu, że to już koniec i trzeba się zbierać do domu.

tomtom

Zapraszam również na relację fotograficzną (fot. D. Kowalewska, I. Gosztyła)

W przypadku jakichkolwiek komentarzy lub pytań, podaję adres e-mail Klubu: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. lub zapraszam na forum dyskusyjne na stronie klubowej.

Pożegnanie Karnawału 2006

Fotorelacja z tanecznej imprezy.

Kobiece Góry

Fotorelacja z VII spotkania w Jurajskim KW

Konkurs Fotograficzny "Górski Kalendarz"

male dolomity

Popularne

Blogi

FundacjaTOPR 271x62_v1

TOPR SystemMonitoringuPogody_271x62

Statystyki

  • Artykułów: 7458
  • Odsłon artykułów: 20411567

';