Wywiad z Ludwikiem Wilczyńskim

Kategoria: Artykuły / Wywiady

Kiedy jako dobrze chodzący przemierzałem często Tatry, himalaiści i taternicy byli dla mnie jakimiś NADLUDZMI, wręcz idealnymi. W swoich wywiadach (ten jest już następny), chcę ukazać różne górskie sylwetki, ale właśnie od strony „zwykłego człowieka”- który się waha, ma rozterki, czasem zastanawia się PO CO? i DLACZEGO? Nigdy nie wiem co z tego będzie, ale myślę że i tym razem udało się coś fajnego wypracować.

Tym razem chciałbym opublikować moją rozmowę z Ludwikiem Wilczyńskim- postacią, której nie trzeba przedstawiać. Z Ludwikiem znamy się już parę lat i trochę razem „kroków” przeszliśmy. Poprosiłem go też nie tak dawno, żeby mailowo udzielił mi odpowiedzi na kilka pytań w drodze wywiadu. Po krótkiej wymianie wiadomości, oto efekty naszej wspólnej pracy

Ludwik Wilczyński w skałachLudwik Wilczyński w skałach

Zacznę od pytania podstawowego. Wiem, ze góry towarzyszą Ci od bardzo dawna- co więc jest w nich takiego silnego co ciągle tam Cię trzyma?

Po prawie pięćdziesięciu latach wspinania i bycia przewodnikiem i instruktorem, bardziej interesująca jest odpowiedź na pytanie, co mnie do wspinania przyciągnęło. To, co mówimy jako dojrzali ludzie o motywacjach i tak zwanej filozofii gór, często jest wynikiem refleksji i rozmyślań ex post z wyraźnym piętnem pracy w ciszy gabinetu. Często też ta nadbudowa dla jednych sprawia mylne wrażenie, że do alpinizmu biorą się jakieś duchowe i intelektualne giganty, a dla innych zakompleksieni nieudacznicy. Młodzi ludzie, jeśli mnie pamięć nie myli, wchodzą w góry tak samo jak zaczyna się tańczyć, śpiewać (coraz rzadziej niestety) lub kochać. Na szczęście instynktownie i bezrefleksyjnie. W moim przypadku była to jeszcze nienawiść do miasta, „indiańskie” dzieciństwo i liceum muzyczne, w którym przegrałem na trąbce wczesną młodość. Alpinizm dał mi wszystko czego nie miałem: przestrzeń, przygodę, sport, a nawet podróże, które w PRL były luksusem. A co trzyma? Niestety w jakiejś mierze przyzwyczajenie, ale jest i cenny dla mnie motyw irracjonalny– tęsknota za młodością. Górską młodością.

I głównie góry, góry wysokie, a może skały- bo wiem, że też tam często bywasz? I zima czy lato? Zresztą często jak dzwonię to, a to jesteś w skałach, na spacerze, pracujesz w ogrodzie itd.- kurcze, Ty ciągle coś robisz! Pewnie mnóstwo osób o wiele młodszych mogłoby Ci pozazdrość energii, siły, witalności i werwy? I przyznam się, że podejrzałem i mogę śmiało powiedzieć, że mięśni też. ;)

Bardzo cenię sobie bezpieczeństwo i dlatego z wiekiem rezygnuję z pewnych aktywności. Góry wysokie są ekstremalnie niebezpieczne dla seniorów. Zwykła infekcja na dużej wysokości może znaczyć przysłowiowe „do widzenia”. Chętnie pracuję jako przewodnik w Alpach i Tatrach zimą ale i tu z wiekiem trzeba się kontrolować. Skitoury to moja druga miłość, choć nie jestem mistrzem nart. Boleję nad tym, że zima w Tatrach, nie mówiąc już o Beskidach, przechodzi powoli do historii. Jeśli nawet globalne ocieplenie nie jest wyłącznym dziełem człowieka, to smog zakopiański wchodzący już do tatrzańskich dolin jest nim na pewno. Dla staruszków górskich najlepsza jest skała. Jako przewodnik zawsze wolę iść np. na Zamarłą niż na Gerlach. Lepiej się trochę ponaciągać niż wiele godzin pełznąć do góry i na dół w kruchym i łatwym terenie. Skały powoli stają się moją ulubioną zabawą, a pokonywane trudności, mimo że coraz niższe, wciąż dają dużo radości. A zajęć, Bartku, nie brakuje. Jak się jest konserwatorem nawet małego domku na wsi, trochę ogrodnikiem, miłośnikiem długich spacerów i biegania pod górę przechodzącego ostatnio w marszobieg, to czasu nie ma. Ciężko nam z żoną idzie nawet odwiedzanie starego Krakowa, wystaw, muzeów i teatrów. Nasze dzieci żartują, że wykupią nam bilet z Warszawy do Krakowa, zarezerwują hotel na tydzień i zabronią powrotu na naszą wiochę.

Twoja najlepsza przygoda w górach?

Niepowtarzalny smak miały pierwsze wspinaczki, które były wielkimi przygodami na niewielkich tatrzańskich ścianach. Później najwięcej satysfakcji mnie osobiście dawały trudne technicznie, pokonane w dobrym stylu, co również znaczy w dobrych warunkach, drogi typu alpejskiego. Zawsze największą satysfakcję dawały mi wspinaczki dokonane z pewnym zapasem możliwości technicznych i sił życiowych. Cudowne ocalenia dobrze się wspomina, ale nie jestem fanem działania na granicy życia i śmierci. Za dużo tego było w naszym himalaizmie. Często były to pojedynki na wątroby, żołądki i szpik kostny, w których słabiej wyposażeni umierali. Jest jednak coś, co we wspinaczkach w górach wysokich pamięta się cale życie. Prawie wszystkie poważne wysokościowo i technicznie drogi kończy się w stanie fizycznego wyczerpania, które jest stanem szczególnym. Nie mam tu na myśli maligny czy obecności nieistniejącego towarzysza, bo to już kolejny etap anihilacji człowieka zwanego wspinaczem. To, co mam na myśli, to uczucie wielkiego oczyszczenia w sensie i fizycznym i duchowym. Najzwyklejsze oczyszczenie organizmu przez duży wysiłek, głód i utratę wagi, połączone z wielkim dystansem do siebie i rzeczywistości daje tuż po zakończeniu wejścia, krótką alpinistyczną nirwanę, do której się tęskni i którą się pamięta całe życie.

Co byś zrobił gdyby nagle nie było gór?

Nie wiem. Mój stary niezrealizowany nigdy pomysł na sprawdzenie rzeczywistej wartości sytuacji w której tkwi się po uszy, to czasowe rozstanie. Rozstanie nie z czymś, czego ma się dość ale z czymś, co konstruuje i fascynuje: ze wspinaniem, żoną, uzależniającą pracą. To może dać odpowiedź na pytanie, co jestem wart bez. Nigdy tego nie zrobiłem więc na pytanie nie odpowiem.

Wiem o Twojej firmie i szkoleniach biznesowych, które robiłeś- to chyba mało ma wspólnego z górami, czy może jednak? A tak przy okazji- czym zajmował się młody Ludwik Wilczyński, żeby zdobyć środki na swoje wcześniejsze wyprawy?

Moja firma, to skromna działalność gospodarcza. Przez 20 lat byłem konsultantem szkoleniowym dużej firmy dystrybucyjnej. Pracę tę wykonywałem z zaangażowaniem i bez wstrętu głównie dlatego, że jest to firma nastawiona na pracę ze stałymi klientami, co wyklucza techniki manipulacyjne. I to nie ze względu na szlachetność firmy ale samobójczy charakter takich działań. Interesująca praca, która pozwala utrzymać przyzwoity poziom życia rodziny, to powód do satysfakcji i jakiś element spełnienia. Przez ostatnie 15 lat pracowałem ok. 10 dni w miesiącu, co pozwalało łączyć to z przewodnictwem, a to z kolei pozwalało utrzymywać jako taką formę fizyczną. W każdym razie klata tylko częściowo osunęła mi się na kolana. Jako młody wspinacz klepałem biedę profesjonalnie. Zazwyczaj miałem na bilet i na pierwszy tydzień życia. Oczywiście rabowało się w domu dżemy, smalec, masło itp. a sprzęt pożyczało się od starszych kolegów, którzy jeszcze sprzęt mieli, ale już nie mieli czasu. Poza tym, co to był za sprzęt? Lina sizalowa, kilka haków i ciężkich karabinków, młotek i buty. W latach 60. coś w rodzaju dzisiejszych glanów, potem zwykłe buty do biegania. Słowackie buty skalne tzw „samolezki”, to dopiero połowa lat 70. Prace wysokościowe, to dopiero koniec lat 70.

Byłeś w różnych górach i poznałeś zapewne bardzo dużo różnych zwykłych i niezwykłych ludzi, a także wielu sławnych „ludzi gór”- kogo i co tak często wspominasz?

Wspominam przede wszystkim przyjaciół. Tych, z którymi wiązały mnie serdeczne więzi również poza górami. Moi przyjaciele i doskonali partnerzy z lat 70. i 80., to Heniek Zakrzewski, Walek Fiut, Andrzej Michnowski i Krzysiek Pankiewicz. Uczyłem się alpinizmu od Tadka Łaukajtysa i Genia Chrobaka. Oczywiście spotkałem wielu sławnych ludzi gór i z wieloma się wspinałem. Przyjaźń, to jednak przede wszystkim porozumienie, wspólne poczucie humoru i wyrozumiała i bezwarunkowa akceptacja. Serdecznie wspominam wielu partnerów, którzy zapałem górskim nie ustępowali najlepszym i nigdy nie byli sławni nawet w środowisku a przez lata trwają przy wspinaniu i czerpią z tego satysfakcję wolną od sportowych i ambicjonalnych względów. Często wspinam się z moim przyjacielem Jarkiem Zarembą. On mnie gnoi w czasie długodystansowych biegów, a ja mam lekką przewagę w skale i w górach.

Jak bardzo trzeba być związany z górami i je kochać i je znać żeby często z narażeniem życia je zdobywać, a teraz kiedy jesteś Przewodnikiem Tatrzańskim wprowadzać tam powiedzmy że „turystów z nizin”?

Powiedzieć „kocham góry”, to jako rzecze Jerzy Pilch nic nie powiedzieć. Samo oczarowanie górami, które przeżywa każdy wspinacz, nie wystarcza. Trzeba je dobrze znać. Nie jestem Przewodnikiem Tatrzańskim ale przewodnikiem prowadzącym w Tatrach i w różnych górach świata. Dla bywalców Portalu Górskiego przypomnę o Polskim Stowarzyszeniu Przewodników Wysokogórskich im. Staszka Motyki, którego członkowie pracują według wymagających standardów międzynarodowych IVBV – IFMGA. Wszyscy członkowie, to bez wyjątku pasjonaci, ludzie, którzy znają i kochają góry i mają za sobą interesujące kariery wspinaczkowe. „Turyści z nizin” to przeważnie również pasjonaci o różnym doświadczeniu górskim, często ludzie ciężko pracujący, którzy w górach mogą bywać rzadko i dla których przewodnik jest idealnym towarzyszem.

Dodam też wątek osobisty- że jak razem chodzimy po Tatrach imponuje mi taka Twoja teoretyczna, encyklopedyczna wiedza o Tatrach. To przychodzi samo z czasem czy trzeba o tym czytać i zgłębiać?

Sama „przychodzi” tylko entropia. Jednak specjalistą od Tatr nie jestem. Jak się znało Włodka Cywińskiego, to trudno uznać się za znawcę. Często jest tak, że wie się mniej niż potrzeba, a wiedzieć za dużo po prostu nie można. Wniosek nasuwa się sam.

I jeszcze jedno- bije od Ciebie taki spokój i doświadczenie człowieka „spełnionego” w życiu. Tak jest naprawdę czy to tylko takie moje odczucie?

Tak. Rzeczywiście czuję się życiowo spełniony. Znam Twoje plany  i jeśli tak jak chcesz, założysz rodzinę i Twoje dzieci zaczną własne życie nie zrywając więzi z rodzicami, jestem pewien,że poczujesz się spełniony. Poza tym udało mi się wyprowadzić z miasta, gdzie ludzie są układani warstwami a powietrze tak jak w Krakowie lub Zakopanem nie jest bezbarwne. Inna sprawa, to spełnienie górskie.  Jakieś cele jeszcze sobie stawiam. Prawdziwy wspinacz do puki jakoś przebiera nogami zrealizowany nie będzie. Wspinanie zawsze było dla mnie również wyrafinowaną i luksusową, ale jednak zabawą. Życie bez zabawy jest smętne.

Wracając do gór. Moje kolejne pytanie brzmi: czy dla Ciebie jest to jakaś tam kupa granitu, trochę kamieni i dolin czy to jednak coś głębszego? Ja, mimo że raczej zawsze podchodziłem do gór jako do skały, trasy gdzie trzeba było wejść, zrobić zdjęcie i zejść i tyle, ale uwielbiałem zawsze być w ciepłym domu wieczorem, odświeżony i przy herbacie mieć takie poczucie SATYSFAKCJI i DOBREJ ROBOTY- a jak to jest z Tobą?

Góry bez ludzi, to rzeczywiście kupa kamieni i lodu. Przypisujemy sobie, my wspinacze, czy turyści, wyłączność na doznawanie metafizycznych dreszczy, ale góry były odwiedzane od zawsze. Co my wiemy o tych myśliwych, poszukiwaczach i pasterzach? Niewiele. Ale zostały pieśni, które są dowodem, że utylitarny cel pobytu w górach nie wyklucza głębokich doznań. Roi się dziś od uproszczeń w rodzaju: „ci sportowcy, to nie widzą gór, tylko cyfrę” albo „po co lezą takie tłumy w góry, przecież im wszystko jedno gdzie są”. Otóż moim zdaniem każdy może ale nie musi przeżywać piękno gór na swój sposób. Denerwuje cię cyfra? Nie zajmuj się nią. Brzydzą cię tłumy? Wstań o czwartej. Satysfakcja z dobrej roboty? Też dobrze.

Jak Rodzina (głównie Basia i Dzieci) reagują na Twoje górskie zmagania i na te wszystkie wyjazdy, zwłaszcza kiedyś?

To duży temat. Mogę Ci powiedzieć, że to nie jest łatwa gra, a prawdziwe zrozumienie potrzeb drugiego człowieka musi brać się z uczuć. Przy czym człowiek to nie tylko alpinista. Niestety...

Jeszcze jedna rzecz. Wiem, że bardzo często taternicy, himalaiści mają różne, zabawne przezwiska. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale mówią na Ciebie jakoś szczególnie?

Rodzice dali mi imię śmieszne i jakby na wyrost, przynajmniej w czasach górskiej młodości. To starczyło za ksywkę. Próbowałem coś zmienić ale „ludwik” okazał się nie do pobicia.

A teraz na koniec zupełnie z innej beczki- muzyka poważna- Twoja kolejna pasja- góry i muzyka- jest tu jakiś związek?

Związek jest. I góry i muzyka na poziomie indywidualnym, to bardzo intymne przeżycia. Trudno o tym opowiadać. Pasuje tu fraza bodajże Luisa Armstronga, że jak ktoś pyta co to jest jazz, to nigdy nie będzie wiedział o co wtym chodzi.

A na koniec powiem publicznie- fajnie, że się poznaliśmy, dzięki za wspólne wędrówki, a smak żentycy z lata wtedy co byliśmy, czuję do tej pory. ;)

Rozmawiał Bartosz Michalak

Ludwik Wilczyński z reżyserem filmu Mój mały Everest Mirkiem DembińskimLudwik Wilczyński z reżyserem filmu Mój mały Everest Mirkiem Dembińskim

Komentarze

  • Brak komentarzy...

    Dodaj komentarz


    Konkurs Fotograficzny "Górski Kalendarz"

    male dolomity

    logo biale_proste2

    Popularne

    Blogi

    FundacjaTOPR 271x62_v1

    TOPR SystemMonitoringuPogody_271x62

    Statystyki

    • Artykułów: 8014
    • Odsłon artykułów: 22603161
    
    ';