Wywiad z Carlosem Carsolio

Kategoria: Artykuły / Wywiady

Podczas odbywających się w maju VII Otwartych Dni Wspinania, do położonego na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej Huciska przybył meksykański himalaista Carlos Carsolio. Wspinacz znany w naszym kraju z działalności u boku takich osobistości świata gór jak Wanda Rutkiewicz, Jerzy Kukuczka czy Artur Hajzer przyjechał do kompleksu Małe Dolomity na zaproszenie Fundacji Górskiej ECHO. Wygłosił prelekcję na temat całokształtu swojej górskiej historii i spotkał się ze swoimi polskimi przyjaciółmi. Carlos znalazł również czas, by udzielić wywiadu specjalnie dla czytelników Portalu Górskiego Zapraszamy do lektury.

Rozmawia Bartek Andrzejewski.

Carlos Carsolio fot. Tadeusz PiotrowskiCarlos Carsolio fot. Tadeusz Piotrowski

Bartek Andrzejewski: Carlos, przypomnij proszę, kiedy ostatni raz i w jakich okolicznościach byłeś w Polsce?

Carlos Carsolio: To z całą pewnością było w 1989 roku. Pamiętam, że w Polsce panował jeszcze ustrój komunistyczny. Spotkałem się wtedy z przyjaciółmi, których znałem z wielkich wypraw. Natomiast później jeszcze po śmierci Wandy Rutkiewicz udzieliłem kilku wywiadów na ten temat. To jednak miało miejsce już w Austrii, ale wspominam o ty jako o kwestii ważnej dla Polaków i całego świata alpinistycznego w tamtym czasie.

B.A.: Masz w Polsce wielu przyjaciół. Dlaczego od tak wielu lat nie pojawiłeś się w Polsce?

C.C.: Naprawdę nie wiem. Przez te wszystkie lata bardzo dużo podróżowałem po całym świecie. Wspinałem się, latałem na paralotni i to zabierało mnóstwo mojego czasu i energii.

B.A.: Gdy słyszę nazwisko Carlos Carsolio, niemal natychmiast kojarzy mi się ono z wyprawami himalajskimi, w których działałeś wraz z Arturem Hajzerem, czy Jurkiem Kukuczką. Jak wspominasz wspinanie się z Polakami? Jak wyglądała Twoja pierwsza wyprawa z nimi?

C.C.: Mam naprawdę wspaniałe wspomnienia z tamtego okresu. Z niektórymi polskimi wspinaczami połączyła mnie wieloletnia przyjaźń, choć większość z nich dziś już niestety nie żyje. Nauczyłem się bardzo wiele od tych ludzi, szczególnie od Kukuczki, który zabrał mnie i Artura Hajzera na wyprawę pomimo, że byliśmy bardzo młodzi i niedoświadczeni. Mieliśmy z Jurkiem podobne podejście do gór. Z Kukuczką połączyła mnie silna więź, rozumieliśmy się bez słów, a nasza przyjaźń była naprawdę głęboka. Jurek nauczył mnie też wielu trików dotyczących gór, tego jak dać sobie radę w ciężkich warunkach pogodowych, nauczył mnie nawet gotowania. Moim zdaniem Kukuczka był mistrzem poruszania się na dużych wysokościach.

B.A.: Jak zatem wspominasz wyprawę na Twój pierwszy ośmiotysięcznik? To była Nanga Parbat w 1986 właśnie z Jerzym Kukuczką.

C.C.: Przeczytałem sporo na temat Kukuczki zanim go spotkałem. Był dla mnie bohaterem, moim mistrzem i jawił mi się jako mężczyzna mający przynajmniej 2 metry wzrostu, choć on tak naprawdę był zwyczajnym człowiekiem z krwi i kości. Podczas naszego pierwszego spotkania byłem onieśmielony i zawstydzony tym, że mój sprzęt nie był profesjonalny. Większość tego, co miałem ze sobą to były rzeczy pożyczone lub domowej roboty. Ulżyło mi dopiero wtedy, gdy okazało się, że sprzęt Jurka wcale nie był lepszy od mojego. Co ciekawe, zacząłem palić, gdy byłem bardzo młodym chłopakiem. Około 20 roku życia rzuciłem palenie. Ale gdy poznałem Kukuczkę …no cóż… zacząłem znów palić!

B.A.: W roku 1992 zdobyłeś Kanczendzongę. Podczas zejścia byłeś ostatnią osobą, która widziała żywą Wandę Rutkiewicz. Himalaistka jest dziś postacią legendarną w środowisku górskim i nie tylko. Miałeś to szczęście, by poznać ją osobiście. Opowiedz proszę, jak wspominasz Waszą znajomość?

C.C.: Poznałem Wandę w Mendozie w Argentynie. Wspinała się wtedy na Aconcaguę ze Stéphanem Schaffterem – szwajcarskim wspinaczem. Ja wędrowałem w tym samym czasie po południowej stronie tej góry z polskimi wspinaczami. Później jeszcze kilkakrotnie spotykałem ją w różnych okolicznościach. Na przykład w 1985 roku na Nanga Parbat. Wanda szła z żeńską ekspedycją od strony Diamir. Spędziliśmy razem sporo czasu wypełniając wspólnie dokumenty potrzebne do uzyskania pozwoleń z pakistańskiego ministerstwa. Choć ciężko w to uwierzyć, Wanda i „Mrówka” - Dobrosława Miodowicz-Wolf dostały swoje pozwolenia w ciągu jednego dnia! Poszły bowiem do ministerstwa pięknie pomalowane, ubrane w sukienki i szpilki. Dzięki temu zabiegowi dostały pozwolenia od ręki! To było zabawne, ale my byliśmy szczerze wkurzeni, ponieważ dziewczyny pomimo tego, że przyjechały później od nas, dostały przepustki szybciej niż my!

Z Wandą lubiliśmy rozmawiać po prostu o życiu, opowiadać sobie dowcipy, ale do tamtej pory nigdy nie szliśmy w tej samej wyprawie, choć wspinaliśmy się w tym samym czasie na Sziszapangmę. Miałem się wtedy wspinać z Kukuczką i Hajzerem, ale zdecydowałem się pójść z moją dziewczyną (teraz już byłą żoną), ponieważ chciałem jej pomóc w wejściu na szczyt. Dokonaliśmy tego, a po nas na szczyt wspięli się także inni wspinacze. Wśród nich była Wanda. Spędziliśmy razem na szczycie około godziny. To był szczególny czas. W tamtej chwili Jurek Kukuczka zdobył swój ostatni z 14 ośmiotysięczników.

Carlos Carsolio w towarzystwie Aleksandra Lwowa i Ryszarda PawłowskiegoCarlos Carsolio w towarzystwie Aleksandra Lwowa i Ryszarda Pawłowskiego

B.A.: Nadszedł rok 1992 i wyprawa na Kanczendzongę, w której Wanda Rutkiewicz wspinała się razem z Tobą.

C.C.: Spotykałem Wandę od czasu do czasu, aż poprosiła mnie o to, bym umożliwił jej udział w mojej wyprawie na Kanczendzongę. Co prawda zadzwoniła do mnie w ostatnim momencie, ale powiedziałem jej tylko żeby wzięła ze sobą partnera i przyjeżdżała. Wyprawa była mała – ja, moja była żona, mój brat i mój przyjaciel Andres. Mieliśmy plan wejścia szlakiem Scotta. Wanda przyjechała z młodszym od siebie o 25 lat Arkiem Gąsienicą-Józkowym. Wspinaliśmy się, aklimatyzowaliśmy, przeprowadziliśmy nawet jeden atak szczytowy, ale pogoda była bardzo zła. Mój brat i moja była żona nabawili się w tym czasie odmrożeń, Arek i Andres nie czuli się najlepiej. Wanda również miała problemy zdrowotne, więc wszyscy postanowiliśmy zejść. Niestety w trakcie zejścia miałem wypadek i skręciłem kostkę. Lekarz w obozie nakazał mi zaprzestanie dalszych działań. Oczywiście nie odpuściłem, zostałem i wspinałem się dalej. Wkrótce okazało się, że tylko ja i Wanda jesteśmy w stanie dalej działać, ponieważ inni członkowie wyprawy byli chorzy lub kontuzjowani. Moja była żona i brat zostali nawet odtransportowani przez helikopter. Adres i Arek pozostali w bazie. Zarówno Wanda jak i ja widzieliśmy spore szansę na odniesienie sukcesu. Wszystko szło bardzo dobrze, choć miałem problemy z kontuzją nogi. Później, podczas ostatniego ataku szczytowego Wanda była bardzo wolna. Miała dzień opóźnienia w stosunku do mnie i gdy dotarła wieczorem do naszej jaskini lodowej na wysokości 7900m wymiotowała, bolał ją brzuch. Wypiliśmy herbatę, rozmawialiśmy ze sobą i zdecydowaliśmy się rozpocząć wspinaczkę następnego ranka. Niemniej jednak, Wanda była nadal bardzo wolna. Nie do końca wiem z jakiego powodu, może przez swój wiek, bo miała już wtedy 49 lat. A może był to tylko efekt złego stanu zdrowia w tamtej chwili. Po jakimś czasie przestałem ją widzieć za swoimi plecami. Poruszałem się dużo szybciej. Niestety nadeszło pogorszenie pogody i zrobiło się bardzo zimno. Dotarłem na szczyt późno, bo około godziny 17:00, ale na tej wysokości było idealne popołudnie – widoki, chmury, wszystko! Ponieważ martwiłem się swoją kontuzją, zdecydowałem o szybkim zejściu. Robiło się coraz zimniej i ciemniej. Przechodziłem przez śnieżną połać i nagle zobaczyłem pojedynczą linę. Poszedłem w górę i znalazłem jaskinię lodową, w której leżała Wanda. Odpoczywała. To było niepokojące, ponieważ w tak ekstremalnie zimną noc trzeba się ruszać, a nie leżeć. Zostałem z Wandą, dużo wtedy rozmawialiśmy. Nie powiedziałem jej jednak wprost, żeby nie kontynuowała wspinaczki. Nie miałem prawa tego robić, ponieważ szanowałem decyzję, którą sama podejmie. I to pomimo tego, że uważałem taki stan rzeczy za niebezpieczny. Nadal nie jestem pewien czy nie popełniłem błędu. Po tej nocy pożegnaliśmy się. Dla mnie to było wyjątkowo ciężkie pożegnanie, ponieważ wiedziałem, że Wanda będzie w niebezpieczeństwie niezależnie od decyzji jaką podejmie. Wiedziałem też, że jeśli ja sam chcę przeżyć w tych ciężkich warunkach to muszę rozpocząć zejście. Dotarłem do naszej jaskini na wysokości 7900m w nocy, po czasie wypełnionym halucynacjami i snami na jawie. Czekałem tam na Wandę całą noc i większość dnia gotując i przygotowując gorące napoje. Ale Wanda nigdy do naszej jaskini nie dotarła. Po południu doszedłem do przełęczy gdzie mieliśmy rozbity duży namiot. Tam też czekałem na Wandę 2 dni, ale ona się nie pojawiła. Następnego dnia Arek i Anders przyszli mi pomóc i zeszliśmy razem w dół.

B.A.: Cztery lata później, w 1996 skończyłeś swoją przygodę z ośmiotysięcznikami. Jakie emocje wtedy Ci towarzyszyły, jak pamiętasz to swoje ostatnie wejście?

C.C.: Ostatnim moim ośmiotysięcznikiem był Manaslu. Dziesięć lat wcześniej, w 1986 wchodziliśmy na wschodni wierzchołek. To była bardzo ciężka wspinaczka. Wspinaliśmy się z Kukuczką i Hajzerem w stylu alpejskim. Ale podczas podejścia miałem wypadek. Poprzedniego wieczora wypiliśmy trochę wódki i miałem przy sobie pustą, szklaną butelkę, która wydawała mi się idealna na wodę. Było bardzo ciepło więc poszedłem nad rzekę, by butelkę uzupełnić. Gdy nabierałem wodę skaleczyłem się w rękę. Musiałem zawrócić z jugosłowiańską wyprawą, a w obozie lekarz założył mi na rękę szwy. Byłem w kiepskiej formie, podczas pierwszej fazy naszego wspinania nabawiłem się także odmrożeń. Niestety, warunki pogodowe również stały się złe – wiał silny wiatr i było bardzo zimno. Pomimo tego, że do szczytu pozostało już niewiele drogi, nie zdecydowałem się tam pójść. Warto zaznaczyć, że dla mnie zawsze najważniejszą częścią wypraw było samo wspinanie, a niekoniecznie zdobycie szczytu.

Dziesięć lat po tamtych wydarzeniach wróciłem na Manaslu ze swoim bratem. To była łatwa wyprawa, standardową drogą jedynie z niewielkimi wariacjami w stylu alpejskim. Podjęliśmy jedną próbę ataku szczytowego, ale wycofaliśmy się ze względu na złą pogodę. W tym czasie zdarzyła się także dramatyczna w skutkach burza śnieżna, która zabiła wielu ludzi na Evereście, w tym Roba Halla, z którym dobrze się znałem. Rozmawiałem nawet z jego żoną przez telefon wtedy, gdy wydarzyła się ta tragedia. Po załamaniu pogodowym warunki zaczęły się jednak poprawiać i tylko w ostatniej fazie naszej wspinaczki wiało i było pochmurno. Wejście na szczyt Manaslu było dla mnie wspaniałym, symbolicznym przeżyciem. Byłem tam ze swoim bratem i połączyliśmy się za pomocą radia z meksykańskimi mediami, więc to wszystko było dla mnie naprawdę bardzo wyjątkowe.

Carlos Carsolio z żoną MonicąCarlos Carsolio z żoną Monicą

B.A.: Czy Twój brat wspinał się też na inne ośmiotysięczniki?

C.C.: Nie, brat był ze mną na Manaslu i Kanczendzondze. Próbował wejść na Everest, ale nieudało mu się dotrzeć na szczyt. Mój brat jest bardzo silny fizycznie, ale ma pewne kłopoty z czysto techniczną stroną wspinania się. Myślę, że był to jeden powodów nieudanej próby wejścia na najwyższą górę świata.

B.A.: Dwa lata po Manaslu, w 1998 roku całkowicie zakończyłeś przygodę ze wspinaczką. Ale czy było to ostateczne pożegnanie z górami wysokimi?

C.C.: Nie do końca. Nadal wspinałem się okazjonalnie. Szczególnie z moimi słoweńskimi przyjaciółmi, w Alpach i innych miejscach. Na przykład jeszcze w 1997 razem z Tomažem Humarem i Janezem Jegličem stworzyliśmy projekt trzech trudnych wejść. Najpierw wspinaliśmy się na północno-wschodnią ścianę Lobuche, potem na południową ścianę Pumori, a na koniec planowaliśmy bardzo trudne wejście na Nuptse. Podczas wspinaczki na Pumori dowiedzieliśmy się o fatalnym w skutkach wypadku czeskich wspinaczy. Gdy dotarliśmy do obozu i rozpoczęliśmy przygotowania do wejścia na Nuptse, zacząłem mieć bardzo złe przeczucia i dlatego nie zdecydowałem się wspinać dalej. Ale Janez i Tomaž dotarli na szczyt. Jako pierwszy wszedł tam Janez i potem… po prostu zniknął. Mieliśmy połączenie radiowe, które zostało w pewnym momencie przerwane. Wydaje mi się, że coś zdekoncentrowało Janeza, tego dnia wiał też silny wiatr. Gdy Humar dotarł na szczyt, znalazł tylko leżący na ziemi radionadajnik. Tomaž przeżył, ale to zejście było dla niego niezwykle trudne. Ja natomiast otrzymałem smutną wiadomość o śmierci Janeza już po dotarciu do Katmandu.

B.A.: Straciłeś w górach wielu przyjaciół. Twoja droga przez najwyższe góry świata nie była łaskawa.

C.C.: Wiesz, bardzo kocham góry, ale przyszedł moment, w którym stwierdziłem, że we wspinaczce nie osiągnę już wyższego poziomu. Wydaje mi się, że jesteś w stanie robić te trudniejsze rzeczy zanim skończysz 40 lat. Dojście do takich wniosków było dla mnie trudnym momentem, ponieważ wiedziałem, że na tym etapie nie byłem jeszcze w pełni uporządkowany, zrównoważony, a dodatkowo – co pogłębiało ten stan - w moim małżeństwie nienajlepiej się działo. Jednak przede wszystkim byłem świadom tego, że w swojej dziedzinie nie jestem w stanie osiągnąć już niczego więcej. Mam taką teorię, że jeśli stajesz się w czymś ekspertem, to automatycznie przestajesz się uczyć, a gdy przestajesz zdobywać wiedzę – zaczynasz umierać. Nie chciałem tego i dlatego zmieniłem dziedzinę swoich zainteresowań.

B.A.: Czym zatem zastąpiłeś górską działalność?

C.C.: Już wcześniej paralotniarstwo było moim hobby, ale od 1998 roku zacząłem je traktować poważniej. Zacząłem się intensywnie uczyć i wykonywać trudne loty. Byłem na przykład uczestnikiem pierwszego „Red Bull X Alps” w 2003 roku. To jeden z najtrudniejszych wyścigów, w którym uczestnicy muszą pokonać wspinając się lub latając na paralotni dystans około 1000 km wzdłuż głównej grani Alp. Wyścig trwa całą dobę i zwykle pokonanie całości trasy zajmuje około 12 dni. Moja żona – Monica – także była bardzo dobrą, a przynajmniej najlepszą w Meksyku paralotniarką. Ciekawostką jest, że moim partnerem w Red Bull X Alps (w tym wyścigu lata się zawsze z partnerem) był Jozko Božić, syn Stipe Božića – znanego chorwackiego wspinacza, który jest moim dobrym przyjacielem.

B.A.: Można jakoś zestawić ze sobą emocje towarzyszące lataniu na paralotni z tym, co przeżywałeś podczas górskich wspinaczek?

C.C.: Paralotniarstwo dawało mi podobne doznania i emocje co wspinaczka, ale w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że ze względu na to, iż mam rodzinę, pięcioro dzieci, jest to dla mnie zbyt niebezpieczne zajęcie. Skończyłem więc uprawiać profesjonalne paralotniarstwo. Od czasu do czasu jeszcze latam, ale wyłącznie dla przyjemności.

B.A.: Nie jest tajemnicą, że poza wspinaniem i lataniem interesujesz się również sztuką. Opowiedz proszę o tym, czym aktualnie zajmujesz się na tej płaszczyźnie.

C.C.: Pomimo, że nadal czasem wspinam się z moimi dziećmi, to rzeźbiarstwo jest teraz moją największą pasją. Staram się docierać do ludzi poprzez moje dzieła, zaszczepić w nich chęć do eksplorowania, odkrywania, zastanawiania się. Dzięki moim pracom dowiadują się oni wiele o akustyce, fizyce czy optyce, choć nie jest łatwo zrozumieć, czy wytłumaczyć moje rzeźby. Jedną z nich jest, na przykład 14-metrowej wysokości łania, która wygląda na ciężarną, a ponieważ ma coś w rodzaju jaskini w miejscu brzucha, można wejść do środka, gdzie jest ciemno i słychać różne dźwięki – bicie serca, bębny. Te wrażenia mogą doprowadzić cię do czegoś w rodzaju transu, stanu, w którym czujesz się jakbyś powrócił do matczynego łona. Z brzucha, na zewnątrz można wydostać się zjeżdżając po zjeżdżalni i to daje odbiorcy wrażenie ponownych narodzin.

B.A.: Czy tutaj również znajdujesz jakąś analogię ze swoją działalnością z przeszłości?

C.C.: Rzeźbiarstwo jest dla mnie innym rodzajem doświadczenia niż wspinaczka, czy paralotniarstwo, choć te wszystkie zajęcia mają ze sobą wiele wspólnego. Moje rzeźby odzwierciedlają bowiem to, czego nauczyłem się wspinając i latając na paralotni. To są niezwykle cenne, mistyczne wręcz doświadczenia, które są najcenniejszymi skarbami mojego życia. Dlatego nazywam moje rzeźby rzeźbami „flow” (flow a ang. – przepływ). Są one związane z psychologią „flow”, której twórcą jest Amerykanin węgierskiego pochodzenia Mihály Csíkszentmihályi. Według niego „flow” to stan, w którym jesteś tak skupiony na wykonywaniu przyjemnej dla ciebie czynności, że doznajesz czegoś w rodzaju uniesienia porównywanego do „niesienia” przez falę (stąd flow). Moje rzeźby mają za zadanie wprowadzać cię właśnie w taki stan.

Artystyczna działalność CarlosaArtystyczna działalność Carlosa

B.A.: W Polsce himalaiści są często postrzegani jako gwiazdy, swego rodzaju herosi. Większość ludzi zainteresowanych górami ich rozpoznaje, interesuje się ich biografią. Na festiwalach górskich podczas spotkań z polskimi wspinaczami sale wypełnione są do ostatniego miejsca. Czy tak samo w przypadku Twojej osoby jest w Meksyku?

C.C.: Meksyk jest inny pod tym względem, ponieważ u nas nie ma tradycji związanych ze wspinaniem. Jako kraj tropikalny, w którym nie ma śniegu. Mamy tylko kilku wspinaczy skałkowych, ale za to bardzo dobrych. Większość ludzi u mnie w kraju kojarzy tylko nazwę Everest, więc gdy potrzeba pieniędzy na jakąś wyprawę, dostają je ci, którzy chcą się wspinać na Everest. Jestem znany i traktowany jak bohater, ale tylko dlatego, że stanąłem na Evereście. Nie ma znaczenia, że wspiąłem się także na inne góry. A więc tak, jestem bohaterem narodowym, jednak z niewłaściwych powodów. W Europie ludzie mają dużo większą wiedzę o górach i wspinaczach, tutaj również jestem rozpoznawany i podziwiany, ale za całokształt mojej górskiej działalności.

B.A.: Wracając jeszcze w góry wysokie, zastanawiam się, który z ośmiotysięczników był dla ciebie najtrudniejszy?

C.C.: Wszystkie! Miałem szczęście, że w pierwszej kolejności wspinałem się na Nanga Parbat od strony południowej, że poznałem ludzi takich jak Jerzy Kukuczka czy Tadeusz Piotrowski. Na Nanga Parbat mój umysł był otwarty, a podczas każdej wspinaczki myślałem zawsze o wyznaczaniu nowych dróg. Czasem jednak jeden atak szczytowy, jedna próba bywały cięższe niż cokolwiek innego. Na przykład na ścianie Lhotse było ciężej niż podczas mojego rekordowo szybkiego wspinania się na Lhotse standardową drogą. Myślę, że wybierając styl wspinania się tak samo często odnosiłem sukces, co porażkę.

B.A.: Dlaczego w ogóle zacząłeś się wspinać? Jak to się stało, że żyjąc w Meksyku zainteresowałeś się himalaizmem?

C.C.: Moi rodzice byli wspinaczami. Odkąd sięgam pamięcią zawsze byłem blisko gór i lubiłem samotną wspinaczkę, gdzieś w lesie. Ale chciałem się też uczyć, więc z czasem zacząłem się wspinać w trudniejszych miejscach. Podczas wspinania najbardziej cenię sobie kontakt z naturą, śpiew ptaków, chmury nad swoją głową, roślinność dookoła.

Moi rodzice co prawda nie byli tak zapalonymi wspinaczami skałkowymi jak ja. Sam po prostu miałem na tym punkcie bzika! Z ojcem wspinałem się również w górach i to były bardzo przyjemne momenty. Gdy miałem 16 lat zeszliśmy razem w dół krateru nieczynnego wulkanu. Miałem wrażenie jakbym chodził po księżycu, widoki i zapachy były niesamowite. Od ojca nauczyłem się klasycznej wspinaczki oraz tego jak radzić sobie w górach – gotować, rozbić namiot itp., później doskonalił mnie w tym Jurek Kukuczka. Moje szalone wspinanie z młodości dało mi wiedzę o tym, jak radzić sobie w skałach.

B.A.: Polski świat gór zdominowany jest w ostatnim czasie planami zimowego podboju K2. Czy uważasz, że członkowie polskiej wyprawy mają szansę stanąć tej zimy na tym ostatnim niezdobytym zimą szczycie?

C.C.: Moim zdaniem jest taka możliwość, ponieważ Polacy mają bogatą tradycję związaną ze wspinaniem, również zimowym. Co ważne, Krzysztof Wielicki wciąż żyje i uważam, że jest naprawdę dobrym doradcą. Tak więc jest szansa na to, że to Polacy staną na szczycie K2 zimą jako pierwsi, choć będzie to ekstremalnie trudne.

Komentarze

  • Brak komentarzy...

    Dodaj komentarz


    Konkurs Fotograficzny "Górski Kalendarz"

    male dolomity

    logo biale_proste2

    Popularne

    Blogi

    FundacjaTOPR 271x62_v1

    TOPR SystemMonitoringuPogody_271x62

    Statystyki

    • Artykułów: 9584
    • Odsłon artykułów: 26131502
    
    ';