Ahoj przygodo!

AHOJ PRZYGODO!!! Nie wiedziałem, że te słowa wypowiem w nieodpowiednim momencie. Przygód od groma! Zapnijcie pasy :)

Prolog

Wtorek, 17 czerwca 2014 r. godzina 16:30. Dzwoni telefon. Patrzę, Karola. Poznaliśmy się pewnego styczniowego dnia w naszej "bazie wysokogórskiej" - w Schronisku w Dolinie Roztoki - przez wspólnego znajomego.

Co tam Karo? - pytam.

Masz plany na długi weekend? Bo ja mam plan. - sypnęła Karolina.

Nie wiem.. a jaki masz plan?

Słowenia. Triglav (i jakieś inne dziwne górki których nazw nie pamiętam).

Do 21:00 dam odpowiedź. Kiedy wyjazd?

 

Dzień pierwszy.

I tak dzień później, 18 czerwca o 20:00 czekałem w Katowicach z nowym kolegą Tomkiem, na Adama i Karolę, którzy błądzili gdzieś po drodze samochodem - do dzisiaj tłumaczą się że trafili na korek ;) Karola z Kujawsko-Pomorskiego , Adaś z Wielkopolski, więc mieli niejako po drodze. Oczywiście, jak prawie zawsze, byliśmy spóźnieni. Cóż.. Czas nie goni nas :) Mieliśmy przed sobą caaaały długi weekend.

23:00 Zapakowani do auta, z całym szpejem, żarciem i dobrymi humorami ruszyliśmy w nieznane. Ok, Tomek te rejony znał. Ba! Jak się okazało później, znał nawet Słoweński i wszystkie trawniki w miejscowości do której się kierowaliśmy - Bovec. Droga minęła dosyć szybko. Prowadząc samochód na czeskich, austriackich i włoskich autostradach muszę przyznać że do dzisiejszego dnia oczekuję mandatów które mogą przyjść na adres Karoli :)

Dzień drugi.

Czwartek. 19 czerwca. Na miejscu byliśmy nieco po 9:00. W Bovec'u wysadziliśmy Tomka, który poleciał w znane sobie ściany samotnie (jego kompan zrezygnował z wyjazdu, więc znalazło się miejsce dla mnie), a sami pojechaliśmy do miejscowości Trenta, skąd mieliśmy ruszyć na szlak. Żeby nie było prosto jeździliśmy w kółko i szukaliśmy wejścia na szlak, ta miejscowość jest długa niczym Istebna(!), więc trochę czasu nam to zajęło. Jak już znaleźliśmy parking, zjedliśmy szybkie śniadanko, zrobiliśmy przepak (popełniając przy tym kilka głupich błędów, bo plecaki za ciężkie i trzeba coś zostawić), ruszyliśmy w górę.

Ahoj przygodo! - powiedziałem.

Czekały nas 4 dni, w Alpach Julijskich. Może niezbyt wysokich, ale malowniczych, wśród pustych dolinek, pokrytych jeszcze śniegiem, jęzorem mikro-lodowczyka i zupełnie wyludnionych, ponieważ do otwarcia sezonu zostało jeszcze kilka dni.

1

 

Poszliśmy. Idziemy. Idziemy. Idziemy. Dolinka. Pogoda dobra. Trochę duszno. Idziemy w kierunku schroniska Zasavska Koca, które na mapce Karo wydaje się naprawdę blisko. Po 2 godzinach w zasadzie uszliśmy może 15% ścieżki (sic!) zaplanowanej na dziś. Słoweńcy naprawdę polecieli z fantazją oznaczając swoje szlaki :) Poruszając się z prędkością "niedzielnych turystów" przemierzamy kolejne potoczki, łąki, w końcu wchodzimy na śnieg i tyramy w górę. Dwa metry do przodu, metr zjazdu w dół. I tak przez 1,5 godziny! Po małym odpoczynku i dziesiątkach przekleństw wyrzuconych z siebie, zakładamy raki i nadal prujemy w górę. Kto to widział żeby w górach było ciągle pod górkę?!

2

 

Wow! Mijamy pierwszych ludzi. Francuzi. 50+. My ślizgamy się w rakach, a oni na tzw. lajcie śmigają sobie w raczkach takich - wiecie - łańcuszkowych (a niby Polacy to ryzykanci)! Gdy ich minęliśmy i już mieliśmy zniknąć za ścianą odwróciłem się, bo wydawało mi się, że słyszę krzyk.

No nic - pewnie wiatr - powiedział Adam.

Stoję jednak dłuższą chwilę i szukam wzrokiem poznanej wcześniej pary. Widzę jego, siedzącego na bardzo stromym odcinku ścieżki, a kobiety zlokalizować nie mogę.

O kur**, ona spadła - mówię!

Zatrzymaliśmy się wszyscy i faktycznie każde z nas słyszało już krzyki mężczyzny nawołującego żony. Zakładamy na nowo raki, w pośpiechu szukając apteczek, czekanów i biegniemy z pomocą. Roztrzęsieni, zdezorientowani, ale rozważni. Zlokalizowaliśmy kobietę - Alice - ok. 50 metrów poniżej ścieżki, w stromym terenie. Zatrzymała się jakimś cudem na takim zboczu!

Adam zaopiekował się mężczyzną, "zamówili helikopter" który miał dolecieć do nas z Ljubljany za jakiś czas. To co zobaczyliśmy z Karolą schodząc powoli do Francuzki wprawiło nas w osłupienie. Miała drgawki, wszędzie pełno krwi. Rozciętą głowę. Trzymała się za brzuch, nie mogąc przełknąć nawet wody którą jej podawaliśmy. Opatuliliśmy ją folią NRC, ubraniami. Zbudowaliśmy stanowisko z kamieni, żeby nam już bardziej nie pojechała - byliśmy może w połowie bardzo stromego stoku. Nie chcieliśmy jej ruszać, ponieważ wyglądało nam to wszystko na uraz kręgosłupa. Alice traciła przytomność, a my nadal czekaliśmy na śmigło.

Leci! Słychać! Przyleciał do nas helikopter wojskowy z dwoma ratownikami. Słoweńscy ratownicy nie mają swojego helikoptera i nie mają bazy w górach, na akcje są kierowani ze stolicy.

Hi! I'm a doctor! - przedstawił się z uśmiechem pierwszy.

No człowieku, rusz się bo my mamy dosyć! - pomyślałem.

Ratownicy zaczęli opatrywać kobietę, podawać morfinę, kroplówki. Pomagaliśmy chłopakom z Adamem pompować nosze i układać na nich Alice. Byliśmy pewni, że jeszcze poproszą nas o to żebyśmy sprowadzili męża poszkodowanej do doliny, ale prośby Karoliny zostały wysłuchane. Ratownicy wezwali helikopter i zabrali oboje turystów. Na pożegnanie jeden z nich powiedział, że zrobiliśmy najlepszą rzecz w naszym życiu pomagając tej kobiecie. Do dzisiaj mam ciarki, jak przypomnę sobie całą sytuację.

My trafiliśmy na kolejnego "alpinistę"! Kolejnego Francuza. Małolat, który pchał się w spodenkach i trampeczkach przez to samo miejsce gdzie przed kilkoma godzinami spadła jego rodaczka! Moi partnerzy nie mieli siły, więc założyłem ryzykantowi coś dziwnego na buty (raki) dałem do ręki kilof (czekan). Naprawdę dziwne pytania padały w trakcie tych kilku minut :) Chłopak nigdy nie widział takiego sprzętu i co chwila zawadzał rakiem o rak - mało brakowało, a i jego musielibyśmy reanimować.

Po wszystkich "przygodach" poszliśmy do schroniska. Cała akcja trwała ok 4 godzin. Byliśmy zmęczeni. Mieliśmy plan dotrzeć do Trzaskiej Kocy, jednak to za daleko na dziś. Wykupiliśmy nocleg w Zasavskiej Kocy, kupiliśmy litr wina i poszliśmy spać.

4

Swoją drogą, nie wiem czy na zewnątrz nie byłoby cieplej :)

3

 

Dzień trzeci.

Pobudka 6 rano. Odpalamy kuchenki. Gotujemy co tylko się da. Smarujemy buźki kremem z filtrem UV i ruszamy na Triglav! Plany planami, wyszło jak zawsze ;)

Ruszyliśmy więc na ten Triglav szlakiem który nazywa się Hribarice (chociaż nasza mapa nie raz zrobiła już psikusa).

5

Doszliśmy na rozwidlenie szlaków i mając do wyboru okrążyć Kanjavec (2 568m) albo wejść na niego wybieramy opcję oczywistą. Godzinę później wpisaliśmy się do książki wejść na szczycie. Opisując metodę wejścia uznaliśmy że "hardcore" będzie odpowiednim określeniem. Szybkie selfie naszych opalonych twarzy i lecimy dalej. Dosłownie.

6

 

Schodzimy mocno nachylonym zboczem. Ide pierwszy, bo mam najostrzejsze raki, więc robie schodki Karolinie i Adamowi. Oddaliłem się z 20 metrów. Nagle krzyk: Łukasz ratuj! Odwracam się, a tu Karola jedzie po zboczu! 1, 2, 3 kroki i rzuciłem się bez zastanowienia w jej kierunku, łapiąc ją za nogi! Ten zjazd skończyłby się 200 metrów niżej..

7

 

Stres. Karola roztrzęsiona.

 

Po chwili idziemy dalej. Znowu krzyk. Karola znowu jedzie! Biegnę w jej kierunku rzucam się na śnieg, a ona hamuje czekanem metr przede mną. Warunki śniegowe tego dnia naprawdę nie sprzyjały.

Zeszliśmy do schronu Trzaska Koca na Dolicu i kolejny szok! Komunikat jaki był w Internecie mówił o tym, że schron jest otwarty, co w rzeczywistości nie miało miejsca...

Przerwa! Karolina i Adam muszą ochłonąć. Te zjazdy Karoli napędziły im stracha co widać było nawet na krótkim odcinku pomiędzy trawersem jaki pokonaliśmy a schronem. Rozważamy teraz drogę. Mamy dwie opcje, bezpośrednio na szczyt z Trzaskiej Kocy szlakiem trudnym i długim, albo na około poprzez Dom Planika. Możliwość zjazdu z większej wysokości i głosowanie naszej trójki mówi o tym, że wybieramy drugą opcję.

Ruszyliśmy. Karolina i Adam wyraźnie uważają na każdy krok. Ta uwaga zabiera sporo czasu. Nadkładamy sporo drogi - jednak bezpieczeństwo przede wszystkim! Mijamy ferratę do której się wpięliśmy.

8

Przeszliśmy cały szlak i jesteśmy pod Domem Planika. Zamknięte. O tym wiedzieliśmy. Nie mieliśmy jednak pojęcia, że tzw. winter room też będzie zamknięty i to w sposób który uniemożliwił nam wejście do środka. Nasze czekany, kleszcze, kamienie nie potrafiły pokonać śrób, którymi zakręcone były drzwi. No F**K! Przecież nie mamy w czym spać! Namioty zostawiliśmy w samochodzie, mamy tylko śpiwory - na szczęście - puchowe.

9

Obok schronu i winter room'u był jeszcze budynek gospodarczy, oczywiście do niego też nie weszliśmy. Przed wejściem na parterze był taki szeroki stopień - już wiedzieliśmy że to będzie kojo nr 1. Na piętro wychodziło się po zdemontowanych częściowo metalowych schodach, znajdował się tam mikrobalkonik - kojo nr 2. Zrobiliśmy losowanie. Śpię więc na piętrze!

10

 

Słuchajcie, ta noc była niesamowita! Karolinę straszyła jej folia NRC, która goniła ją podczas wyjścia na tzw. "jedyneczkę" :D Wiatr wiał. Deszcz ze śniegiem padał. Pioruny waliły, a my na zewnątrz. Za to widok z mojej sypialni NIE-SA-MO-WI-TY!!!

11

 

Dzień czwarty.

Szczytujemy. Po liofilizowanym śniadaniu i kawie, o 5:30 ruszamy.

12

Wzięliśmy tylko małe plecaki, a w nich szpej i piciu. Cudowny zmrożony śnieg, padamy na cztery kończyny i łoimy podejście!

13

Później ferratą aż do wierzchołka. Wspominałem już, że ferraty zabijają urok zdobycia szczytu? No właśnie.. To we mnie zabiły.

14

Ledwo po godzinie jesteśmy na szczycie Triglava ( 2 864m ).

20

 

21

Kilka samojebek i schodzimy.

15

 

Zaczynamy gadać o wariancie powrotu. Karola przestraszona dniem poprzednim chce pójść na około przez Kredaricę, co moim zdaniem jest bez sensu, ponieważ nie znamy drogi, a może być tylko gorzej. Każdy wytacza swoje argumenty i prawie zaczynamy się kłócić. Nie chce mi się nadrabiać ścieżki, zwłaszcza że wg mnie poranna droga była bardzo łatwa, przyjemna i KRÓTKA! Zawiązaliśmy więc linę, puściliśmy Karolę pierwszą i asekurując siebie wzajemnie zeszliśmy na dół. Uffff.. nareszcie!

Ahoj przygodo! - powiedziałem.

Mówiłem już wcześniej, że to nie jest dobre zawołanie? ;)

Po zejściu do Domu Planika pakowanie, jedzenie i lecimy do Vodnikov Dom. Powinniśmy wrócić do Trzaskiej Kocy ale hmm.. zostałem przegłosowany i poszliśmy na około. Dawno góry nie dały mi takiego wycisku, a końca wcale nie było widać!

Ok 19:00 dotarliśmy do Trzaskiej Kocy. Wiedzieliśmy, że złapie nas noc. Nie wiedzieliśmy jednak, że droga którą zaczęliśmy schodzić, jest trudna orientacyjnie w dzień i w lecie, nie mówiąc o nocy i zimie. Moi towarzysze znów mnie przegłosowali i związujemy się liną. Pole śnieżne. Zmrożony śnieg. Prowadzę więc, bo lubię takie akcje :) Po 1,5 godz. wyrąbywania schodków dla nich, przestałem lubić!

16

 

Po zmroku trochę się gubimy. Wiadomo, że Alpy i oznakowanie w nich nie jest najlepsze. Trafiamy w końcu na ścieżkę. Idziemy powoli, ostrożnie, aby nie popełnić głupiego błędu. Przed nami pojawia się śnieg. A właściwie to szlak pokryty jest od góry wielkim polem śnieżnym… W świetle czołówek ostro wbijając raki i czekany poziomo przechodzimy przez przeszkodę, na szczęście nie widząc już co znajduje się pod nami. Udało się. Jedno wielkie uff, bo naprawdę raki trzymały tak na słowo honoru…

17

 

Idziemy dalej. Poczucie czasu nie istniało. Grzała nas adrenalina i kilka takich przeszkód na drodze. Druga niespodzianka była niemniej interesująca.

18

Najpierw musieliśmy zejść poniżej zasypanego szlaku, co samo w sobie było niezłym wyzwaniem, a później na czworaka odbijając w górę wspinać się w kierunku ścieżki. Oj było ciekawie. Spotkaliśmy jeszcze kilka takich niespodzianek po drodze. Najwięcej czasu traciliśmy na zakładanie i zdejmowanie raków, wiązanie się liną i puszczanie wiązanek najbardziej wymyślnych przekleństw!

Po kilku godzinach funkcjonowaliśmy już jak roboty, idąc na autopilocie. Każde z nas było wyczerpane, ale oczywiście nikt nie chciał się do tego przyznać.

3:30 wróciliśmy do samochodu! Ta droga, spuściła nam ogromny wpierd**! Jechaliśmy bez słowa na pole namiotowe do Bovec'a. Tam przywitał nas Tomek. Prysznic, pierwszy od środy (była niedziela rano!) i spać.

 

Dzień piąty.

Powrotów czas. Cztery godziny później pobudka, śniadanie, opowieści Tomka i nasze nt. sposobów spędzania czasu w górach ;) O 10 chcemy się już zbierać w drogę, jednak plany krzyżuje nam wyścig kolarski, który właśnie się rozpoczął… Zamykają drogi na około 2h…

W południe ruszamy w drogę.

Musimy zatrzymać się nad jeziorem Lago del Predil, mimo później godziny (i koniec!)… Wow, wow, wow… Najpiękniejsze miejsce jakie widziałem w życiu! Pomimo zimnej wody Karola pakuje się w strój kąpielowy i do wody.

19

 

Po 2 godzinkach ruszamy. Pierwszy i jedyny raz w życiu wyprzedziłem Maserati i Porsche na autostradzie. W Wiedniu trafiamy na motocyklistę, który wywrócił się podczas zmiany pasa jazdy przed naszym samochodem. Trudno jest wyhamować zapchanym po dach samochodem ze 150km/h do 0! Na szczęście nic się nie stało i jedziemy dalej.

W Katowicach jesteśmy o 1 w nocy. Żegnamy Karolę i Adama. Z Tomkiem szukamy transportu, on do stolicy, a ja do Królewskiego Krakowa :) Jako że nic nie jechało, poszliśmy na piwko do jakiejś meliny.

O 7.30 byłem w swoim łóżku. Zdjąłem tylko buty i poszedłem spać.

Ten kolejny wyjazd w góry nauczył mnie wiele. Słowenia rozkochała mnie w sobie po uszy, więc miesiąc później byłem tam drugi raz. Francuzka przeszła poważną operację kręgosłupa, ponieważ miała uraz rdzenia kręgowego i po kilku dniach miała zostać przewieziona do Francji. Jest nadzieja, że będzie chodziła.

Ahoj przygodo :)

avatar
0
10 czerwiec 2015, 22:42
Łukasz Baran