Bieg na Rysy i nieoczekiwana zmiana planów....

Plan treningowy miałem rozpisany na czerwiec dość ambitne, w końcu to ostatni miesiąc treningów  wieńczący moje przygotowania do wyprawy. Miało być ciężko i ciekawie. Niestety musiałem zweryfikować swoje plany. Ale zacznijmy od początku
Na pierwszy czerwcowy weekend zaplanowałem bieg Skawina – Rysy Ultra Trail. Projekt ten już od dawna chodził mi po głowie. Zakładał przebiegnięcie ok. 150 km z mojej rodzinnej miejscowości Skawiny, położonej w pobliżu Krakowa. Celem miały być Rysy, a więc najwyższy szczyt Polski.

Oczywiście przemierzyć chciałem ten dystans wyłącznie znakowanymi szlakami turystycznymi. Przewyższenia na całej trasie jest 6700m, a więc całkiem sporo. Mierzyłem się już w swoim życiu z podobnymi wyzwaniami. Nie obawiałem się więc tego przedsięwzięcia. Mocno w moich planach wspierali mnie moi przyjaciele oraz moja Gmina Skawina, która objęła patronatem bieg. Zamierzałem dystans ten pokonać w czasie poniżej 36 godzin, co wydawało się całkiem realne biorąc pod uwagę moje możliwości .
W piątek 2 czerwca o godzinie 22 wystartowałem spod dworca kolejowego w Skawinie gdzie zaczyna się szlak niebieski a więc pierwszy etap mojego biegu. Na starcie oczywiście zjawili się moi przyjaciele dopingując mnie na pierwszych metrach. Razem ze mną wyruszył brat który miał ze mną pokonać pierwsze 36km.

Bieg na_Rysy_1

Już na pierwszych kilometrach, które pokonywaliśmy jeszcze ulicami naszego miasta zgubiłem mocowanie od kijka. Na szczęście miałem kawałek taśmy klejącej której zmuszony byłem użyć w późniejszej fazie biegu kiedy to kijki miały okazać się potrzebne. Z racji tego że chciałem na Rysach byś w niedzielę rano, to start musiałem wyznaczyć na pory wieczorne. Wiązało się to z tym że pierwsze kilometry pokonywałem w świetle naszych czołówek. Dużym plusem było to że teren ten mam bardzo dobrze rozpoznany, gdyż często trenuje właśnie w okolicy mojej gminy. Na ok. 15 km do pokonania mieliśmy dużą łąkę która niestety okazała się nieco podmokła. Efekt był taki że już na początku wyzwania przemoczyłem dość mocno buty. Liczyłem jednak na to że obędzie się bez większych konsekwencji. Przemierzaliśmy kolejne kilometry we wcześniej ustalonym tempie. Biegło nam się bardzo dobrze. Lubię biegać nocą. Cisza i spokój jakie wtedy panują w lesie działają uspokajająco. Przy okazji można spotkać bardzo ciekawe zwierzęta, nam udało się natrafić na borsuka oraz kilka dzików :) Na szczęście były nastawione dość pokojowo i nie sprawdzały naszych możliwości biegowych.
Po pokonaniu 30 km zaczęło się robić nieciekawie, a mianowicie strasznie osłabłem. Czułem że mój organizm ewidentnie nie radzi sobie z wysiłkiem jaki mu zapewniam. Zdziwiło mnie to dość mocno, gdyż jak do tej pory podczas przygotowań do wyprawy czułem się mocny na każdym etapie, nie raz pokonując większe dystanse w szybszym tempie. Z każdym kolejny kilometrem było coraz gorzej. Przeszliśmy więc do marszu. Brat bardzo mocno mnie motywował i to chyba tylko dzięki niemu nie poddałem się już na tym etapie. Przystanęliśmy na chwilę w okolicach góry Kalwarii i ruszyliśmy dalej. Polepszyło mi się na tyle że byłem wstanie biec w ustalonym tempie. Mimo to czułem że chyba nie wstrzeliłem się z optymalną formą na to wyzwanie. Wiem też natomiast jak bardzo jest ważna „głowa” podczas takich wyzwań, więc pomimo słabszej dyspozycji napierałem dalej. Po 36 km rozstałem się z  bratem który podstawionym wcześniej samochodem zabrał się w drogę powrotną do domu. Przede mną natomiast pozostawało 114 km do pokonania. Nowe moce wstąpiły we mnie wraz ze wschodem słońca, który dodatkowo mnie ogrzał. Ubrałem się dość cienko z racji tego że przeważnie bardzo się grzeje. W nocy jednak trochę zmarzłem z powodu niespodziewanych problemów z organizmem a co za tym idzie wolniejszego tempa biegu. Kolejne kilometry mijały, samopoczucie miałem raczej średnie.

Bieg na_Rysy_2

Bieg na_Rysy_3

Zmartwiony byłem swoją niedyspozycją gdyż nie tego od siebie oczekiwałem aby walczyć o każdy kilometr. Na szczęście dopisała pogoda i od rana mogłem podziwiać wspaniałe widoki przemierzając szlaki naszych pięknych Beskidów. Około godziny 7 rano byłem na 50 kilometrze który wypadł mi na szczycie Koskowej Góry. Szybki telefon do mojej dziewczyny Marysi, info o moim stanie chwila oddechu i pobiegłem dalej.

Bieg na_Rysy_4

Między czasie wyciągnąłem odtwarzacz mp3 jak poradziła mi Marysia. Okazało się że muzyka podziałała pobudzająco na mnie na tyle że przez kolejne 10 km biegło mi się całkiem  przyjemnie. Cieszyłem się że odzyskałem siły. Niestety nie miało to trwać długo. Po minięciu Jordanowa na 60km rozpocząłem kolejny już tego dnia podbieg. Siły ponownie gdzieś uciekły a mój organizm działał chyba w trybie awaryjnym. Pomimo mojej niedyspozycji cieszyłem się przynajmniej tym że mogłem przemierzać wspaniałe szlaki naszych gór. Ładniejszych jeszcze nie znalazłem a szukam już od kilku lat jeżdżąc na różne wyprawy.

Bieg na_Rysy_5

 

Bieg na_Rysy_6

 

Bieg na_Rysy_7

 

Bieg na_Rysy_8


Koło południa upał dawał mi się we znaki wyciągając ze mnie resztki sił. Kolejna polana, kolejny las cały czas do przodu. Na szczęście dla mnie często przebiegałem przez jakąś rzeczkę lub górski potok dzięki czemu mogłem się ochłodzić choć na chwilkę. Nie ominęły mnie oczywiście problemy nawigacyjne jak to podczas tego typu biegów. Zdarzyło mi się więc kilka razy szukać zgubionego szlaku. Na szczęście przeważnie trwało to chwilę i związane było raczej z tym że biegłem zamyślony i przegapiałem jakiś dziwny skręt umieszczony w nie koniecznie odpowiednich do tego miejscach. Szlaki przeważnie w Beskidach poprowadzone są dobrze. Piszę przeważnie bo zdarzają się sytuacje gdzie szlak poprowadzony jest jakimś zarośniętym wąwozem którym płynie rzeczka a 10 metrów obok idzie całkiem fajna leśna ścieżka. No ale nic to :)

Bieg na_Rysy_9


Dobiegłem do drogi idącej z Rabki na Jabłonkę a więc był to 80km, czyli można powiedzieć że już byłem za połową. Sam byłem zdziwiony że wciąż trwam  w tym moim wyzwaniu pomimo tego jak mój organizm stara się mu przeciwstawić. Niemoc może i była a czas nie taki jak tego oczekiwałem, ale wciąż biegłem a kto walczy jest zwycięzcą – tak sobie powtarzałem. Niestety na 81 kilometrze zacząłem odczuwać ból ścięgna Achillesa. Nie była to dobra informacja. Ból z każdym kilometrem się nasilał. W mojej głowie zaczęły kłębić się czarne myśli. Co jeśli nabawię się poważnej kontuzji i nie pojadę na Khan Tengri ? I tak rozważając co robić pokonywałem kolejne kilometry. Z Marysią umówiony byłem na 120 km gdzie mieliśmy się spotkać a ja miałem odpocząć chwilę i nabrać siły na ostatni etap czyli część Tatrzańską. Biegnąc szlakami Podhala zastanawiałem się czy dobrze robię że nie rezygnuje. Liczyłem jednak na to że jest to tylko jakieś delikatne naciągnięcie. W miejscowości Piekielnik postanowiłem zadzwonić do Marysi i przekazać jej informację aby wyjeżdżała już z Krakowa gdyż najprawdopodobniej będziemy zmuszeni spotkać się wcześniej. Biegnąć od Piekielnika w stronę Ludźmierza miałem przepiękne widoki na Tatry.

Bieg na_Rysy_10

Można by powiedzieć że już niedaleko. Gdy spojrzałem na zegarek, w polu pokonanego dystansu wyświetliło się 100km, a ja właśnie dobiegałem do Ludźmierza.

Bieg na_Rysy_11

Noga jakby mniej mnie bolała. Pomyślałem więc że może jednak to ma szanse się udać ! Umówiłem się z Marysią w miejscowości Maruszyna która położona była na 115km mojego biegu. Te 15 km które miałem do pokonania okazały się bardzo ciężkie.Dwa razy musiałem  pokonywać rzekę która sięgała mi do kolan. Wiązało się to ze ściągnięciem obuwia i skarpet aby ich nie przemoczyć, i tak już porobiły mi się odciski i źle mi się biegło. Ostatnie 3km do mojego pit stopu to ostre podejście asfaltową drogą, na którym dałem z siebie wszystko. W końcu za chwilę miałem odpoczywać. Mam to szczęście że moja dziewczyna jest wspaniałą fizjoterapeutka. Liczyłem więc na to że poradzi coś na moje zmęczone nogi i tchnie w nie nowe siły. Marysia pierwsze co zrobiła po tym jak się spotkaliśmy to sprawdziła stan mojego Achillesa. Stwierdziła stanowczo że nie mogę dalej biec bo jest on bardzo naciągnięty i grozi mi poważniejsza kontuzja jeśli postanowię kontynuować wyzwanie. Ciężko było mi się z nią zgodzić i jeszcze przez dobre 10 minut starałem się przekonać ją ze dam radę i nic mi nie będzie. Chyba zbytnio wkręciłem się w ten projekt nie myśląc racjonalnie co tak naprawdę jest ważne a więc wyprawa na Khan Tengri. Na szczęście w końcu mój mózg zaczął ogarniać co się dzieje i że mogę zaprzepaścić wyprawę. Przerwałem więc projekt, pozostawiając go nieukończonym. Źle się z tym czułem ale postanowiłem że wrócę silniejszy i dobiegnę na te Rysy ze Skawiny w następnej próbie. Kiedy ona nastąpi ? Jeszcze nie wiem, zależy to od wielu czynników.

Bieg na_Rysy_12


Bardzo wiele osób wspierało mnie w tym moim projekcie który sam sobie wymyśliłem i postanowiłem zrealizować. Moja Gmina Skawina na bieżąco wrzucała informację co się u mnie dzieje i już po biegu zobaczyłem jak dużo osób mi kibicowało. Chciałem im za to serdecznie podziękować !!
Ja natomiast po dwóch dniach, kiedy zeszła opuchlizna udałem się zaprzyjaźnionego gabinetu fizjoterapii w Skawinie – FizjoCenter, gdzie pracuje Marysia. Po badaniu diagnoza była nieciekawa. Mocne naciągnięcie i miesiąc przerwy od cięższych treningów. „ Ale jak to ?” - pomyślałem. Przecież czerwiec miał być zwieńczeniem moich ciężkich treningów, a tu nagle wypada mi miesiąc moich przygotowań. Niestety za głupotę się cierpi mogłem zrezygnować z biegu podczas pierwszych objawów. Nie jest to jednak takie proste. Ciężko to wytłumaczyć ale kiedy człowiek rzuci sobie wyzwanie które planował już od dawna i które tak bardzo chciałby osiągnąć, nie jest łatwo zrezygnować. Brakuje trzeźwego osądu.
Postanowiłem nie robić jednak z tego wielkiej tragedii. W końcu przygotowywałem się kilka miesięcy więc moja forma i tak jest niczego sobie. Przy okazji stwierdziłem że zrobię sobie badania , które może wyjaśnią dlaczego odczuwałem taką niemoc podczas wyzwania. Okazało się że mam mocno obniżony poziom czerwonych krwinek. Najprawdopodobniej przesadziłem z ilością mocnych treningów i się przetrenowałem. Efekt był taki że mój organizm zamiast robić postęp osłabł. Coś poszło nie tak w przygotowaniach. Analizę zostawiłem na później i wprowadziłem plan awaryjny czyli rehabilitacja plus przywrócenie organizmu do stanu używalności. Odpoczynek, dieta nastawiona na zwiększenie żelaza, witaminy B12 no i oczywiście czerwonych krwinek.
Minął miesiąc od mojego przerwanego wyzwania, a ja znowu czuję się bardzo dobrze. Wróciłem do biegania. Z nogą już lepiej. Za kilka dni idę na badania co tam z moimi krwinkami. Jestem dobrej myśli !! :)  
Może dobrze że przytrafiło mi się to na początku czerwca i że odpocząłem sobie przed wyprawą. Znów czuje głód wysiłku i chyba wstąpiły we mnie nowe siły.
A co do mojego wyzwania Skawina – Rysy, oczywiście nie ma innej opcji jak powtórzenie tego biegu.
Tym czasem do wyprawy już tylko dwa tygodnie więc spraw troszkę jest na głowie. Niedługo kolejne info co tam się u mnie dzieje :)

Pozdrawiam,
Radek !!!

avatar
0
01 lipiec 2017, 14:50
Radosław Woźniak