Dirtbag lajf czyli pewna jest tylko niewiadoma.

Marzenia o wielkich przygodach towarzyszyły mi od najmłodszych lat i podobnie jak moi ulubieni bohaterowie książek Szklarskiego, Maja i Vernea, pragnęłam również poznawać nowe, nieznane mi zakątki świata i ciekawych ludzi takich, którzy żyją „w drodze” i takich, którzy wiodą codzienną, spokojną egzystencję w tych miejscach, które ja chciałam odwiedzić.

Pomysł pojawił się nagle, podczas drugiej podróży do Patagonii przez którą latem przewija się tłum globtroterów. Jedni pachnący proszkiem do prania lub perfumami, wystrojeni w piękne kolorowe gore texy, inni trochę zakurzeni, nie ogoleni, w poplamionych ciuchach nie pierwszej świeżości, z ogorzałą od słońca twarzą, zmierzwioną czupryną, szczerzący radośnie białe zęby. To Ci drudzy wzbudzali moją fascynację. Pozytywnie zakręceni, ciekawi wszystkiego i wszystkich. Maniana! Chciałam doświadczyć właśnie takiego dirtbagowego życia. Padło szybkie: "To zróbmy to! Nic nas nie trzyma." Faktycznie niby nic a jednak: praca, kredyty, ludzie... kasa. No właśnie, brak kasy i zobowiązania nas trzymają. Na podjęcie tej decyzji przyszło nam jeszcze poczekać. Rok później znowu znaleźliśmy się w El Chalten. Ponownie zazdrościłam wolnym ludziom ich wolnego życia. Natchnienie przyszło jednak wtedy, gdy nasze ścieżki przecięły dwie niezwykłe dziewczyny, Polki - Jagoda i Ola - będące w podróży po Ameryce Południowej od wielu miesięcy. Ich pozytywny nastrój, niezwykłe przygody od razu mnie zainfekowały. Po powrocie do Polski zapadła decyzja: "Rzucamy to wszystko w cholerę i jedziemy w świat." Zaczęliśmy planować początkowo w tajemnicy, żeby nie zapeszać, a kiedy przygotowania toczyły się same, tajemnicy już nie było. Pół roku później siedzieliśmy w samolocie z biletem w jedną stronę, z trzema worami w luku bagażowym stanowiące nasz cały dobytek, niepewni tego co nam los przyniesie, choć z jakimś ogólnym zarysem tego, co chcemy osiągnąć na obcej ziemi. Tak zaczęliśmy naszą przygodę wspinaczkową po Ameryce, która trwała prawie osiem miesięcy. Czy zrobiliśmy to co planowaliśmy? Nie. Ale zrobiliśmy tysiąc innych rzeczy których nie planowaliśmy. Znajomi często pisali: „Zazdrość. Długie wakacje bez problemów życia codziennego.” Nie zawsze tak jest i po kilku miesiącach włóczenia się po Ameryce Północnej mam trochę przemyśleń. Od kilku dni jestem znowu w Warszawie. Szarobure dni pędzą jeden za drugim. Za dużo wspomnień zostało tam, na obcym kontynencie, za dużo wspomnień jest też tu. Nie mogę usiedzieć na miejscu i za chwilę ruszam w podróż po Hiszpanii. Przede mną kolejny dirtbagowy epizod. Jak będzie tym razem to się okaże. A jak było?

Pewna jest tylko niewiadoma. Jeśli ktoś się nas pytał jaki jest dalszy plan lub gdzie będziemy za tydzień, patrzyliśmy tylko na siebie i wzruszaliśmy ramionami. Wszystko uzależnione jest od pogody. To ona wyznacza kierunek. Kiedy na zewnątrz mocno wieje i pada deszcz oznacza to tylko jedno – przymusowy dzień restowy w Starbacks. Dlaczego wybieramy korpo-kawiarnię, a nie lokalną przytulną kawiarenkę? Ano dlatgego bo nie chcemy wspierać wielkich światowych korporacji i narażać lokalsów na straty, bo jedno jest pewne, dirtbag kasy nie ma... A w Starbacks można skorzystać z dobrej jakości Internetu, naładować urządzenia elektryczne, umyć się w łazience i jeszcze przesiedzieć cały dzień popijając najtańszą kawę zakupioną na spółkę z dirtfriendem lub sączyć własną herbatę z termosu. Takich jak my jest tu więcej i kiedy tylko wchodzisz w taki deszczowy, chłodny dzień do środka od razu trafiasz na znajome twarze. Wszyscy czekają na słońce, piszą maile, rozmawiają z bliskimi, planują dalszą podróż, czytają i podobnie jak my, szukają ciepła. Jesteśmy zatem nienajlepszym sortem dla lokalnych małych biznesów kawiarnianych. Podczas jednego z takich starbaksowych dni restowych natknęłam się na artykuł o życiu w podróży (dla zainteresowanych tematem zamieszczam link: http://mojagear.com/journal/2016/12/29/truck-life-my-setup-and-what-you-should-know-before-you-give-it-a-try/). Znalazłam w nim tyle analogii i podobnych wniosków.

Deszcz to prawdziwa katastrofa. Kiedy zaczyna padać przychodzi zwątpienie i tęsknota za wygodną kanapą, prysznicem i dachem nad głową, ale takim dachem pod którym swobodnie można stać albo skakać. Kiedy leje się z nieba potok wody to już wiadomo, że na obiad będzie tylko sucha bułka, ciężko będzie przyrządzić ciepłą, aromatyczną kawę lub herbatę, a dłonie oraz stopy będą zimne przez cały dzień i tylko zanurzenie się w śpiworze przerwie ciągłe dreszcze. Ale kiedy zaczyna do tego jeszcze mocno wiać - tak, wiatr to kolejny wróg - to już w ogóle katastrofa, nerwy puszczają i wykrzykujesz wtedy we wszystkich kierunkach świata potok nienadających się do publikacji brzydkich słów np. próbując przegryźć makaron z piaskiem (przyp: piasek to najczęściej stosowana przez nas przyprawa idealnie wpasowująca się w każde danie). Brzydnie wtedy całe to dirtbagowe życie i przychodzi tęsknota za tym zwykłym, codziennym korporannym wstawaniem przez pięć dni w tygodniu, weekendach spędzonych ze znajomymi w skałkach, górach lub na ścianie. Bardziej zaczyna też brakować smaku dobrego pieczywa, potreningowego zasłużonego pączka z nadzieniem różanym lub kruchego ciastka maślanego z ulubionej cukierni. Tęsknota za rodziną, znajomymi, ulubionymi potrawami, miejscami staje się nie do zniesienia. A jak jeszcze klimat wspólnej podróży zaczyna dawać we znaki to coraz częściej rzuca się w złości: „chrzanię to wszystko i wracam do domu...”

Wątpliwości znikają, gdy rano budzą ciepłe promienie słońca wśród dzikiego otoczenia, a ty masz ochotę biec wśród skał, skakać przez kaktusy, cieszyć się smakiem i zapachem kawy podziwiając przebiegające sfory kojotów. Rodzący się w głowie plan dnia zmienia się diametralnie wraz z poznaną chwilę wcześniej ekipą i raptem lądujesz na ognisku gościa, którego trzy miesiące wcześniej poznaliście gdzieś w drodze lub w mieszkaniu lokalsa, który zaprosił was na obiad, żeby posłuchać opowieści o życiu w podróży. Cieszy w takich momentach chwila spędzona na miękkiej kanapie, w końcu można wziąć prysznic i założyć czyste ubranie. Małe rzeczy w dirtlajfie potrafią doprowadzić do skrajnych emocji: euforii albo załamania, stany pośrednie nie istnieją. Najfajniejszą częścią takiego życia jest oczywiście poznawanie nowych miejsc i ciekawych ludzi. Szczególnie to drugie, gdy raptem w przesiąknięte rutyną życie dirtbaga – tak, ona też istnieje w dirtlajfie – wkracza ktoś nowy, przynoszący świeży powiew. Przyjemnie upływają wspólnie spędzone chwile, zaprzyjaźniasz się i zanim nacieszysz się nową znajomością nadchodzi dzień, kiedy ty albo oni muszą jechać dalej. Pozostaje smutek, pustka i znajoma rutyna, ale nie trwa ona długo, bo zaraz znowu pojawia się ktoś nowy, fascynujący i od pierwszej wspólnie spędzonej chwili czujesz, że to ta osoba, ta ekipa. Powiew świeżej znajomości często bywa ratunkiem dla relacji z osobą z którą podróżujecie na co dzień, a przebywanie ze sobą 24h na dobę, codziennie przez kilka miesięcy bywa bardzo trudne. Brak własnej przestrzeni wywołuje częste napięcia. Do takich sytuacji trzeba się jednak przyzwyczaić i zaakceptować a konflikty próbować rozwiązywać najszybciej jak to możliwe dla dobra stron. Inaczej będzie to tylko zaogniało atmosferę i psuło radochę z włóczęgostwa. Wymieniając się doświadczeniami z innymi dirtbagowymi parami wszyscy mieliśmy podobne spostrzeżenia, że do konfliktów dochodzi zawsze gdy przebywasz z kimś cały czas, jest ich jednak mniej w chwili gdy po drodze spotyka się cudownych ludzi, którzy zawsze są lekiem na całe zło.

Największy koszmar w podróży to jednak problemy z autem. Brudny Rysiek (WV Passat którym się poruszaliśmy po amerykańskich hajłejach - o tym niezwykłym wehikule pisałam w pierwszym poście na blogu) miewał swoje lepsze i gorsze dni. Dwa miesiące po rozpoczęciu naszej przygody na obcym kontynencie pokazał nam kto tu rządzi i odmówił współpracy w deszczowy chłodny dzień na środku wielkiego skrzyżowania w Squamish. Od razu spowodowało to spory korek, zainteresowanie policji, nie wspominając oczywiście o potężnym uszczupleniu oszczędności. Kolejny humor Ryszarda przydarzył się na środku pustyni w Oregonie, tym razem padł alternator. Na szczęście udało się dojechać do najbliższego miasteczka, wyłączając wszystkie zbędne urządzenia pochłaniające energię z akumulatora, w tym klimatyzację (a wspomnę tylko, że okna Rysia też się nie otwierają) i w pustynnym upale, ociekający potem dojechaliśmy do najbliższego warsztatu. Od tamtej chwili każdy najmniejszy komunikat płynący z deski rozdzielczej przyprawiał nas o zawał serca. Auto jest ważne, bo to nie tylko pojazd którym się przemieszczasz z miejsca na miejsce ale też dom – ten w którym trzymasz swoje rzeczy, który chroni przed deszczem, wiatrem, daje poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Im większy tym wygodniejszy, ale też droższy w eksploatacji. A wiadomo benzyna, ubezpieczenie, wymiana oleju i filtrów kosztują. W zamian oferuje jednak mały, intymny świat na kilku metrach kwadratowych, który najpierw urządzasz umiejętnie tak, żeby wszystkie przedmioty znalazły swoje miejsce, a ostatecznie i tak codziennie wieczorem przemieszczasz dziesiątki rzeczy, żeby przygotować miejsce do spania, a rano wciskasz je znowu w pierwotne miejsce, żeby zamienić dom na auto (to znowu ta rutyna o której pisałam wcześniej). Dni zaczynają się w końcu zlewać ze sobą, przestajesz kontrolować dzień tygodnia, miesiąca, godzinę, zaczynasz żyć chwilą obecną, a planowanie ogranicza się najczęściej do tego, co będziesz robić jutro. Dzień zazwyczaj zaczyna się zaraz po tym, jak poczujesz pierwsze promienie na twarzy, a zmierza ku końcowi jak tylko słońce schowa się za horyzontem. To oznacza, że nadszedł czas na przygotowanie kolacji, rozmowę z towarzyszami, a następnie szybko chowasz się przed zimnem w śpiworze z książką czy przewodnikiem w ręku lub po prostu z własnymi myślami i niepostrzeżenie zasypiasz. Dwanaście godzin później budzą ciebie pierwsze promienie słońca i zaczynasz dzień tak samo jak wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu. Tylko miejsce i ludzie się zmieniają. Jedno jest pewne, na takim tripie naprawdę można się wyspać…

A teraz krótki morał. Nie idealizujcie życia podróżnika bo nie zawsze jest ono usłane tęczą. On również napotyka na swojej drodze problemy z którymi musi sobie poradzić, a nie zawsze jest to łatwe na obcej ziemi, z daleka od rodziny, znajomych, często z pustą kieszenią i bez telefonu. Ale to chyba właśnie w tym tkwi cała esencja i piękno podróżowania. Pewna jest tylko niewiadoma.


Aga "Tyszka" Tyszkiewicz

avatar
0
12 luty 2017, 18:23
Tyszka Wernix