Dwudziesta trzecia dwadzieścia trzy

Jest dwudziesta trzecia dwadzieścia trzy. 4 miesiące i z 10 tysięcy kilometrów później. Dużo, mało? Nie wiem. Nie jestem zmęczona. Jestem podekscytowana jak dziecko, więc szybko wysiadam z samochodu i biegnę otworzyć bramę. Wjeżdżam na podjazd, zabieram z zapakowanego po dach auta nowe buty narciarskie (taka autonagroda za to, że kolejny raz dotrwałam do końca sezonu), kosmetyczkę i piżamę. Resztę zostawiam, nic się nie stanie jak do rana sobie poleży w samochodzie.

2323

Po schodach wchodzę na drugie piętro domu, w którym mieszkam. A właściwie jestem tylko zameldowana, bo prawie tu nie bywam. W moim małym „apartmą” od początku grudnia dużo się nie zmieniło. Tylko wszystko przykryte delikatną warstwą kurzu.


To niesamowite uczucie znów znaleźć się w domu. Poczuć zapach, za którym się tak tęskniło. I uwaga, znów położyć się na swoim (SWOIM!!!) łóżku. Zamykam oczy i czekam. Czekam, aż wydarzenia minionego sezonu zbledną, przejechane kilometry się wyzerują, czas cofnie się i trud długich godzin spędzonych na stoku niezależnie od pogody (mrozu, wiatru, słońca, deszczu) zniknie.

Buty narciarskie zakładane i zdejmowane niezliczoną ilość razy. Jak zwykle trochę odmrożone palce. Dzieci, które wcale nie chcą jeździć  na nartach. Dorośli, którzy podobno przyszli „podszlifować technikę” ale jedno spojrzenie na nich mówi mi, że bardziej chodzi o rozmowę niż trening ruchu. Budzik, który codziennie dzwoni zaraz po piątej.  Wieczorne zmuszanie ciała do treningu po 10 godzinach pracy. Ubrania na łóżku na przeciwko. Codzienne rozkładanie rękawic do suszenia. Umawianie się ze znajomymi a potem odwoływanie spotkań, bo zwyczajnie nie mam na nie siły. Ślizganie się na parkingu przed szkółką. Pierogi ruskie na obiad. Kolejka do toalety podczas pięciominutowej przerwy między lekcjami. Głupie pytania. Narzekanie. Zadziwiające oderwanie od rzeczywistości niektórych ludzi. Obliczanie ile już mamy godzin. Grypa żołądkowa. Zastanawianie się, kiedy ostatnio dzwoniłam do domu. Zastanawianie się czy to, że wzięłam prysznic oznacza, że zrobiłam coś dla siebie? Zasypianie przy włączonym świetle. Zasypianie w ubraniu. Zasypianie podczas wieczornej rozmowy telefonicznej. Książki, które przywiozłam i nawet nie wyjęłam z pudełka. Klucz, który prawie codziennie zacinał się przy otwieraniu. Schodzenie po schodach codziennie rano z dużym plecakiem, który klinował się na półpiętrze.  Zapominanie termosu. Jedzenie obiadu o dwudziestej...

2323b


Czy było warto? Tak. Było sporo chwil, których nie da się przeżyć nigdzie indziej i przygód, dla których w ogóle wyruszyłam w tę podróż. Były góry malujące się na horyzoncie i niekończące się kilometry śniegu pod nartami. Były gwiazdy, jak diamenty rozsypane po aksamitnym niebie. Były śmiechy w szkółce, i poranne kawy i wieczorne przemyślenia podczas pedałowania do Rabce. Były oscypki z grilla, które ratowały życie w szczycie sezonu. Były pokrzykiwania na wyciągu, i fajni kursanci. Było parę spontanicznych wieczornych posiadów podczas ostrzenia nart. Były przejażdżki ratrakiem, które koiły myśli. Były uśmiechnięte dziewczyny, które w największym tłoku potrafiły podać obiad bez kolejki. Był mały Bartuś, który nauczył się zatrzymywać i krzyczał z emfazą „u-da-ło-się-mi!” Były treningi, na które dało się radę przyjść. Była impreza na Rusińskim, które zresetowała zwoje mózgowe. Były niejedne fajne zawody, były niesamowite skręty. Było kilka zjazdów w puchu. Było sporo przemyśleń i spostrzeżeń (przyjdzie na nie czas, przy nadrabianiu zaległości). Były Alpy, były termy. To była dobra zima. Dobra i długa.

2323a

Miałam zostać na Podhalu jeszcze dwa dni, na jeszcze jeden trening. Ale go odwołano i nagle zrozumiałam, że jeśli uda mi się w kilka godzin spakować całe moje zimowe życie to jeszcze tego samego wieczoru mogę być w domu. Znoszenie bagaży, dużych i małych przez 4 kondygnacje domu pani Marysi trwało wieczność. Jeszcze tylko ostatnie kawy, ostatnie spotkania i wjazd na Zakopiankę. Tym razem nie może być na niej korka, bo mi się spieszy. To niesamowite jak przez lata robiłam wszystko, żeby choć na kilka dni znaleźć się w górach. Obecnie jestem w stanie zrobić bardzo dużo, żeby choćby kilka dni znów spędzić w domu. To tylko 500 km. Niecałe. Jeszcze parę godzin wcześniej zarzekałam się, że nie jeżdżę szybciej niż 120, bo wyobraźnia, wiek i doświadczenie mnie ogranicza... No... Kilka razy zerknęłam na licznik na autostradzie. Do prędkości światła w tej podróży brakowało mi mniej niż zwykle.

Jest dwudziesta trzecia dwadzieścia trzy. Patrzę na zegar przez dłuższą chwilę i z niedowierzaniem. I zaraz później już jestem u siebie w domu. Co prawda tylko na trzy dni. Już w piżamie ustawiam sobie na przeciwko łóżka nowe buty narciarskie, tak, żebym mogła zobaczyć je zaraz po przebudzeniu. Wchodzę pod kołdrę i przyglądam się z zachwytem mojej sypialni oświetlonej mlecznym światłem lampki nocnej. Staram się jak najwięcej zapamiętać, żeby mi starczyło na jak najdłużej podczas następnej podróży. Jeszcze przyglądam się butom, nowym i ślicznym. Wiem, że na dole w równiutkich dwóch rzędach stoją wszystkie moje pary nart. Rzeczy istotne są na swoim miejscu. Powoli zasypiam. Wreszcie we własnym łóżku. I tego wspaniałego uczucia nie da się porównać z niczym innym... :)

 2323c

 

 

avatar
0
11 kwiecień 2018, 21:07
Paulina Janczar