Dzień trzeci - do Zembrzyc

Kiedy trzeciego dnia budzi nas odgłos beznamiętnie siąpiącego deszczu, już nie jesteśmy nawet zdziwieni. Widocznie tak musi być, abyśmy się nie rozleniwili. Tym razem pada na tyle długo, że namioty pakujemy jeszcze mocno wilgotne. Dobrze, że sypialnie składa się w nich osobno od tropików- jest szansa, że miejsce do spania pozostanie suche. IMG 7761

Dzisiaj ostatni dzień w Beskidzie Małym- po południu powinniśmy przejść w Makowski. Pakujemy się więc raz-dwa i ruszamy w trasę. Deszcz co prawda ustaje, ale wokół i tak wszystko mokre. A tak niedawno wszyscy narzekali na susze.... Po drodze na Leskowiec spodziewamy się co najmniej kilku miejsc z pięknymi panoramami, ale chyba oznaczenia na mapie pochodzą z czasów, gdy drzewa jeszcze nie przesłaniały wszystkich widoków. Również dumnie brzmiąca nazwa „Wędrujące Kamienie” sugeruje skałki, ale gdyby nie wnikliwa obserwacja, pewnie byśmy ich nawet nie dostrzegli. Wobec tego wędrując grzbietem przestajemy skupiać się na okolicy, a bardziej zajmujemy się sobą. W pędzie dnia podczas roku szkolnego tak mało jest czasu na rozmowę, że tematy nie kończą się przez kilka godzin. Nie przerywają nam dźwięki telefonów ani powiadomienia z internetu. A nawet inni turyści- bo tych, podobnie jak w poprzednich dniach, po prostu nie ma na szlaku. W końcu docieramy na szczyt Leskowca.

Takie miejsca dużo bardziej niż leśne ścieżki kojarzą nam się z Beskidami. Cisza, spokój, wysokie trawy, a w tle kolejne górskie pasma, ciągnące się po horyzont. Idealne miejsce na rodzinną fotkę, których zawsze za mało. Zalegamy na trawie (dobrze, że zdążyła już wyschnąć!) i delektujemy się trwającą chwilą.IMG 7769

Na krótki odpoczynek zatrzymujemy się też w niedalekim schronisku na Leskowcu. To tu mieliśmy dziś nocować, a tymczasem nadeszło południe- mamy praktycznie pól dnia straty w stosunku do planów. Powoli dociera do nas, że najprawdopodobniej po prostu nie damy rady ukończyć wyzwania. Zabraknie nam pewnie kilku godzin- pytanie, czy to umniejszy wartość wyprawy? Czy celem jest przejście całego szlaku i tylko wtedy będziemy zadowoleni, czy satysfakcję da nam sam tydzień wędrówki? IMG 7773

Zejście do Krzeszowa okazuje się łagodne, więc trzymamy wyznaczony przez tabliczki czas i rozglądamy się za czymś, co mapa oznaczyła za pomocą dającego nadzieje znaku z filiżanką. Może to być zarówno buda z piwem, jak i wytworna restauracja. Ku naszej uciesze okazuje się być… pizzerią. Tego nam właśnie było trzeba!- zamawiamy cztery na nasza piątkę, ale już po odebraniu pierwszej widzimy, że mocno zaszarżowaliśmy. Właściwie na tej jednej mogliśmy spokojnie poprzestać, ale drugą wpychamy w siebie z rozpędu. Natomiast dwie pozostałe zawijamy w folię- będą na kolację. Trzeba będzie pamiętać, ze 42 cm to nie chwyt reklamowy, ale rzeczywista wielkość placka :)IMG 7783

Tymczasem zbieramy siły na podejście pod Żurawnicę. Do dzisiaj nikt z nas nawet nie słyszał o takiej nazwie, tymczasem powinno się przed nią ostrzegać wszystkich idacych tym szlakiem! Widzieliśmy co prawda na mapie to przedziwne zagęszczenie poziomic w okolicy, ale nie spodziewaliśmy się aż tak stromego podejścia. Tutaj nie mamy pojęcia, w jaki sposób można MSB pokonać rowerem. Najlepiej byłoby zamontować drabinę- byłaby tu praktycznie postawiona pionowo. To chyba na szybkie spalenie zjedzonej przez chwila pizzy... dodrze, że choć Kozie Skały wyglądają tu dużo okazalej i można nacieszyć oko.IMG 7785

IMG 7787

Porządnie zmęczeni kierujemy się do Zembrzyc. To zejście mocno nam daje w kość, zbliża się wieczór, ale cieszy nas wizja rozstawienia namiotu i odpoczynku nad rzeką. Ostatnie kilometry to niestety asfalt i ten nieźle daje nam w kość. Dzieci nie marudzą, ale po ich kroku widzimy, że chyba mają odbite stopy. Napotkaną osobę pytamy o pole namiotowe, ale chyba byłaby mniej zdziwiona, gdybyśmy zapytali o lądowisko dla helikopterów. Nie ma i nigdy nie było, dowiadujemy się. Uważniej analizujemy mapę- namiocik oznaczający pole namiotowe uśmiecha się do nas zalotnie. Chyba wydawnictwo Compass postawiło to oznaczenia dla zabawy. Sfrustrowani, od kilku kolejnych osób, w tym księdza zembrzyckiej parafii dowiadujemy się, ze najlepiej podejść do ośrodka rekolekcyjnego. To akurat po drodze, tuż przy szlaku. Idealnie, myślimy, przekraczając bramę w wielkim napisem Totus Tuus. Nawet, jeśli nie będzie miejsca w żadnym z budynków, wokół jest wielki teren z równym trawnikiem- bez problemu przycupniemy gdzieś z namiotem. Wita nas sympatyczna, młoda pani. Przedstawiamy naszą prośbę, ale pani kategorycznie stwierdza, że mają wszystkie miejsca zajęte. Rozumiemy, więc tłumaczymy, że potrzebujemy jedynie skrawka trawnika gdzieś w rogu. Pani odmawia znowu. Z niedowierzaniem tłumaczymy jednak, że jest wpół do dziewiątej, mocno szaro, a my z dziećmi... rano zbierzemy się, zanim ktokolwiek wstanie. Pani dzwoni do księdza dyrektora po opinię. Słyszymy przez otwarte drzwi rozmowę, ale dowiadujemy się, że ksiądz nie odbiera, a oni nie praktykują takich noclegów.

Cóż, są niepraktukujący, wzdychamy do Karola Wojtyły, zapalonego turysty, którego imię nosi to miejsce.....

Od 12 godzin na trasie, postanawiamy znaleźć pierwsze lepsze pole, nieważne, czyje i tam się rozbić. Kwadrans później, już niemal na czworakach, doczłapujemy się po takiego miejsca. Umykają przed nami zające- wieczór już w pełni. W domu na skraju widzimy jednak kogoś, więc dla przyzwoitości wolimy zapytać o zgodę na rozbicie namiotu. Młody mężczyzna zgadza się ochoczo, ale daje i lepszą propozycję- oto ma dom w stanie surowym- idealny dla nas. W jednym z pokoi ma już wstawione okna i tu z chęcią nas przyjmie. Zanim wyjmiemy śpiwory i, dla ochrony przed chłodem i komarami, rozbijamy sypialnię od namiotu, przybiega z gorącą herbatą, sokami, drożdżówkami i innymi specjałami, równocześnie zapraszając do skorzystania z łazienki we własnym domu.

Jak to dobrze, że są jeszcze wokół ludzie, którzy praktykują :) Pakując się do śpiworów, dzieci odkrywają przedziwne podobieństwo naszej sytuacji do przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie....IMG 7792

IMG 7794

avatar
0
12 lipiec 2018, 07:47
Aldona Trzebiatowska