"Everest: Na pewną śmierć", czyli "Nie oceniaj książki po okładce"

Tego dnia zanosiło się na kolejny festiwal zamulania na mojej prowizorycznej uczelni. Wydział Wychowania Fizycznego na Politechnice Opolskiej (tak na politechnice, to nie pomyłka) postanowiono ulokować na takich obrzeżach miasta, że metr dalej rolnik orze na traktorze. Jak co dzień szedłem tam „z buta” 4 km, bo przecież tylko burżuazja jeździ miejskim ;) i jak co dzień wstąpiłem do sklepu po bułki. Patrzę i oczom nie wierzę. W przybytku słynącym głównie z walki o karpia rzucili książki. Przeglądam. Ze stosu opowieści o tym samym, czyli o niczym, wydobywam coś co zdecydowanie wyróżnia się okładką. W zasadzie jest to jedna z najładniejszych okładek jakie kiedykolwiek widziałem. Stojący na skalnym urwisku himalaista spogląda na skąpany w świetle wschodzącego słońca szczyt Czomolungmy. „Everest: Na pewną śmierć”- przemawia do mnie tytuł. Biorę! Na wykłady będzie jak znalazł. Nie pamiętam o starym porzekadle: „Nie oceniaj książki po okładce.”

z18696933QEverest--Na-pewna-smierc

Po tym wstępie można dojść do wniosku, że książka okazała się kompletnym niewypałem. Nie w tym rzecz. Jest po prostu zupełnie różna od tego, co zapowiada tytuł i okładka. Spodziewacie się opisu walki o przetrwanie, na najwyższej górze świata? Dostaniecie go, ale będzie to zaledwie 1/3 książki. Co w takim razie z resztą?

Autorem jest Beck Weathers, gość, którego historię możecie kojarzyć ze świetnego filmu „Everest”.
Choć ciężko w to uwierzyć, historia ta wydarzyła się naprawdę. W wielkim skrócie: Beck pozostawiony sam sobie, częściowo oślepiony, z poważnymi odmrożeniami, przetrwał nocną śnieżycę w strefie śmierci, po czym o własnych siłach zszedł do obozu. Jednak to z czego zasłynął nie jest osią napędową. To jedynie preludium do czegoś w rodzaju spowiedzi chorego człowieka. To chyba najwłaściwsze określenie.

Po przeczytaniu „Everest: Na pewną śmierć” rzuciłem okiem na recenzje w internecie i trochę zdziwił mnie fakt, jak wielu ludzi nie zrozumiało przesłania tej książki. Pojazd po Becku był konkretny. Z większości opinii wyłaniał się obraz egoisty zaniedbującego rodzinę, dla zaspokajania własnych potrzeb. W ten sposób odbierze treść każdy, kto nie zdaje sobie sprawy z tego, jak poważną chorobą jest głęboka depresja, na którą Beck Weathers chorował od lat. „Everest: Na pewną śmierć” to w pewnym sensie autobiografia człowieka uzależnionego od gór. Uzależnionego w najgorszym tego słowa znaczeniu. Przede wszystkim nie jest to książka o Evereście, jak sugerowałaby okładka. Można powiedzieć, że Czomolungma pełni tu rolę symboliczną. Jaką dokładnie? Po odpowiedź odsyłam do lektury. Warto, choćby dla weryfikacji osobistych powodów, dla których każdy z nas pragnie zdobywać co raz wyższe szczyty. Nie tylko te górskie.

avatar
0
26 styczeń 2016, 23:24
Kajetan Wilczyński