Galdhøpiggen (2469m)- Najwyższy szczyt Norwegii

Galdhøpiggen, 2469m


   14.05.2016 o godz. 8.23 wyruszyłem w góry Jotunheimen. Celem było zdobycie Galdhøpiggen oraz Glittertind, dwóch najwyższych szczytów Norwegii. Ostatecznie udało się zdobyć tylko Galdhøpiggen oraz pobliski Keilhaus Topp (2355 m). Podróż z Trondheim do Otta trwała nieco ponad 3 godziny. Podrózowałem pociągiem NSB, koszt 399 NOK i powrotny 249 NOK.

13239349 1054203307948757_4089176222490254681_n
   W dniu wyjadu pogoda nie dopisała, było pochmurnie z niewielkimi opadami deszczu. Tak juz pozostało do końca dnia przy czym w schronisku Spiterstolen padał śnieg. Krajobraz od początku był mało ciekawy, lasy i niewielkie wzniesienia ale za to od Oppdal zaczęły się pokazywac coraz większe, ośnieżone szczyty. Po drodze mijaliśmy Dovrefjell gdzie można spotkać dziko żyjące piżmowoły. Udało się zobaczyć kilka z nich w okolicach Kongsvoll.


   W Otta zrobiłem ostatnie zakupy, głównie jedzenie i pojechałem autobusem nr 501 do Lom. Koszt biletu to 112 NOK. Odległość to około 60 km. Otta to typowa miejscowośc wypadowa w góry czyli w razie potrzeby można zakupić brakujący sprzęt. Znajduje się tu także informacja turystyczna gdzie można sprawdzić pogodę i ogólnie zaplanować wypad w góry. Dowiedziałem się, że nazajutrz ma być idealna pogoda do wspinaczki.


   Godzina 14.00 ruszam na nogach z Lom do Spiterstulen. Na plecach prawie 25 kg + narty. Do przejścia 32,5 km.  Ponad połowa drogi wiedzie przez asfalt, później odbijamy w lewo i po około 2 km droga prowadzi przez las aż do Spiterstolen na 1111 m n.p.m. Po około 7 godzinach czyli o 21.00 docieram do schroniska gdzie od razu rozbijam namiot i gotuję wodę na herbatę oraz biorę się za kolację (liofilizaty). Zaczął padać śnieg a temperatura spadła w nocy do kilku stopni poniżej zera co dało się odczuć. Schronisko to było zamknięte o tej porze.

13255985 1054203574615397_778585721697423215_n
   Rano pobudka o 5.30 i po ugotowaniu wody na herbatę i zjedzeniu śniadania ruszam w stronę Galdhøpiggen. Była godzina 6.40. Trochę zeszło ale cięzko jest wyjść z ciepłego śpiwora na mróz :) Zabrałem ze sobą raki, sweter puchowy, termos herbaty, butelkę 1,5l wody mineralnej, żele i batony energetyczne i paczkę orzechów. Wszystko razem z plecakiem nie ważyło więcejniż 10 kg więc można powiedzieć, że na lekko ruszyłem w górę. Jak się później okazało narty mogłem zostawić poniewaz część drogi wiedzie przez kamienie (oczywiście można je ominąć  nadkładając trochę drogi) i jezeli o mnie chodzi to pierwszy raz skitury miałem na sobie tej zimy i nie czułem się na siłach pokonać całą drogę w ten sposób i nie chodzi tu o kondycję a o technikę. Wejść pod górę to nie problem, gorzej jest ze zjazdem ponieważ droga biegnie ostro w dół i trzeba mieć trochę doświadczenia niestety. Wszyscy doradzali mi wybrać narty tłumacząc, że bez nich jest bardzo ciężko poruszać się co jednak okazało się nieprawdą. Owszem zdażały się miejsca gdzie musiałem iść po kolana w śniegu ale większość trasy pokonałem w dobrze ubitym i zmrożonym śniegu.

13254040 1054203364615418_5944580075176966784_n
   Droga na szczyt wiedzie na początku ostro w górę. Przez pierwszą godzinę nie było problemu odnaleźć szlak ( jest on oznaczony czerwoną literą T, głównie malowaną na kamieniach) lecz wraz ze zdobywaniem wysokości przybywało śniegu. W końcu przestałem się bawić w szukanie ścieżki i zacząłem się wspinać prosto w górę w kierunku szczytu.


   Pobliskie szczyty mogą zmylić. Trzeba się wspiąć i zejść z dwóch szczytów żeby ostatecznie wyjść na Galdhøpiggen.


   Podczas podejścia na pierwszy szczyt pogoda wcześniej w miarę dobra zaczyna się psuć. Chmury opadają nisko co w połączeniu  z silnym wiatrem ogranicza widoczność do kilkunastu metrów. na około 1,5h przed szczytem myślę o zawróceniu ale w końcu idę dalej i wychodzę na 2355m na Keilhaus Topp. Dalej nie widzę Galdhøpiggen, w sumie to prawie nic nie widzę. Mozolnie zchodzę w dół i po drodze robię sobie krótką przerwę. Jem batona i piję kubek ciepłej herbaty. Mimo wszystko ruszam dalej bo w bezruchu zaczynam bardzo marznąć.


   Następny etap to już podejście pod Galdhøpiggen i tu niespodzianka. Chmury się rozstępują a wiatr zaczyna słabnąć. Przede mną rozpościera się panorama gór Jotunheimen. Piękne, ośnieżone szczyty, widok jak z bajki. W pełnym słońcu już ruszam  w górę i po kilkunastu minutach o godzinie 11.47 melduję się na szczycie :D Widok jeszcze piękniejszy. Na szczycie znajduje się tarcza, na której można odnależć kierunki otaczających szczytów. Tuż poniżej znajduje się mała chatka, w której podczas sezonu letniego można coś przekąsić i napić się.


   Jak na maj w Jotunheimen pełno śniegu co moim zdaniem tylko dodaje uroku temu miejscu. Trasa trochę trudniejsza moim zdaniem niż latem. Na szczycie byłem jednym z pierwszych, chociaż ze schroniska Spiterstulen nikt przede mną nie wyruszył. Tego samego dnia ze szczytu widziałem jak wiele grup ruszało z pobliskiego schroniska Juvasshytta (1841), z którego droga na Galdhøpiggen wiedzie przez lodowiec więc z racji tego, że byłem sam nie ryzykowałem  i wybrałem Spiterstulen.  

 

ttt
  

Po 20 minutach na szczycie i kilku fotkach ruszam w dół. Droga już bardziej  widoczna. Niestety w drodze powrotnej doznałem kontuzji kolana co znacznie mnie spowolniło. Na szczyt szedłem około 5h to do namiotu dotarłem po 4h. Słońce mocno świeciło. Śnieg zaczął topnieć w bardzo szybkim tempie. W miejscu gdzie wcześniej szedłem po powierzchni teraz zapadałem się powyżej kolan a często nawet po pas.


   Po godzinie 16.00 byłem na miejscu. Szybko uzupełniłem płyny, zjadłem obiad. Odpocząłem godzinę i około 18.00 spakowany ruszyłem w drogę powrotną. Chciałem wyjść tego samego dnia, dlatego że chciałem sobie skrócić dystans do pokonania w dniu jutrzejszym i wiedziałem, że poniżej będzie trochę cieplej. Było ciężko z powodu bolącego kolana ale zrobiłem około 10 km. W środku lasu przy drodze rozbiłem namiot i tutaj spędziłem kolejną noc.

13265898 1054203667948721_7589303865070105235_n
   Nazajutrz ruszyłem w stronę Lom. Szło się ciężko z racji na bolące kolano i spaloną od słońca twarz. Nie pierwszy raz bo to już stało się tradycją zapomniałem zabrać ze sobą kremu z filtrem. Słońce w górach jest bardzo mocne a dodatkowo śnieg odbijający promienie potęguje jego moc.


   Po około 4h jestem na miejscu. Co zrobiłem najpierw? Oczywiście poszedłem do przydrożnej restauracji i zamówiłem... piwo rzecz jasna :) Zdążyłem się przyzwyczaić do cen panujących w Norwegii (piwo kuflowe 80 NOK) choć turystów z wielu krajów może to przerazić na początku. Dlatego proponuję zabrać ze sobą namiot i wtedy zaoszczędzimy kilkaset NOK. Przecież nie o wygodę spania nam chodzi a zwiedzanie i zdobywanie.


   Do Otty dostałem się wcześniej niż planowałem. Pojechałem autobusem Nettbus, który bardziej komfortowy był niestety droższy. Za odcinek około 60km zapłaciłem... 146 NOK. Drogo jak prawie wszystko w Norwegii.


   W Otta byłem 2h przed czasem. Pociąg miałem o 17.34.  Ciekawostką jest, że w budynku stacji ''PKP'' można zobaczyć wypchanego Piżmowoła arktycznego. Na wolności robi większe wrażenie (miałem okazję zobaczyć całe stadko rok temu podczas trekkingu w Dovrefjell) ale nie każdemu będzie dane je zobaczyć.


   W Trondheim jestem o 20.40 i dalej udaję się do domu na zasłużony odpoczynek.


Podsumowanie
   Uważam całą wyprawę za sukces. Chociaż góra nie jest wysoka to do pokonania miałem ponad 1350m w pionie. Cieszę się też, że udało mi się wszystko zaplanować i zrealizować samemu co w warunkach można powiedzieć zimowych można uznać za całkiem satysfakcjonującą rzecz.


  Co do cen to oprócz biletów które wyniosły mnie niecałe 1000 NOK (co przy większej grupie opłaca się wynająć samochód i wtedy koszty będą mniejsze) doliczę około 400 NOK na jedzenie:
-3 liofile  po 70 NOK
-4 konserwy rybne po 14 NOK (i tutaj muszę dodać, że są smaczniejsze niż w Polsce, kwestia gustu)
-chleb chyba 20 NOK
- batony i żele energetyczne 5 sztuk po 15 NOK, w promocji kupiłem bo normalnie droższe,
-pistacje po 30 NOK za chyba 250g
   Do tego Jakieś cukierki i słonecznik, który uwielbiam ( kupiony w tureckim sklepie za około 60 NOK) tak między posiłkami :)


   Cały sprzęt i ubranie to już inna kwestia. Każdy dopasowuje wydług własnych potrzeb. Termos to rzecz obowiązkowa ponieważ w górach musimy dbać o prawidłowe nawodnienie a ciepła herbata jest rarytasem w chłodne dni. Do tego gas (60 NOK za niecałe 500ml) o czym nie należy zapominać.


   Jeżeli chodzi o góry Jotunheimen to muszę przyznać, że zaskoczą pozytywnie każdego. Zachęcam każdego do zwiedzenia tego zakątka Norwegii. Piękne, dzikie, surowe a okryte śniegiem robią naprawdę niesamowite wrażenie. Szkoda, że nie starczyło czasu na Glittertind a nawet lepiej bo uniknąłem rozczarowania po kontuzji kolana. Po górach lubię chodzić sam ale już na dole brakuje towarzystwa. Jak podczas tej wyprawy dookoła tylko zające i renifery, które nie są zbyt rozmowne. Cieszę się, żę do Rosji jadę w większej grupie a przed tym wyjście aklimatyzacyjne na Grossglockner (3798m) albo inny austriacki szczyt.


   Nie zapomnijcie odwiedzić FB i kanału Youtube, na którym zobaczycie film z wyprawy:


   https://www.facebook.com/enterthesummit/?hc_ref=ARTJDVRWu3cgGrFAJgUSlb7cXC5ytM2QtGM-I-tMcMoF3vPrfPJ_1t1k4T_ipcitnQM

https://www.youtube.com/watch?v=2C_Raehoe9o
  

avatar
0
24 marzec 2018, 09:55
Tomasz Mroczek