Góra Kościuszki i wakacje w środku zimy, czyli w Krainie Oz

W poprzednim poście zapowiadałem niespodziankę, i oto ona: w tym roku niestety nie udało się nam uzbierać wystarczających funduszy na wyprawę do Ameryki Południowej na Aconcaguę, więc w ciągu jednego dnia wymyśliłem i zarazem zadecydowałem, że lecę do Australii. Była to naprawdę spontaniczna decyzja, ale nadarzyła mi się taka okazja, którą szkoda byłoby odrzucić. Oczywiście będąc w Australii grzechem byłoby nie zdobyć najwyższego szczytu - Góry Kościuszki (2228m n.p.m.) Jest do kolejny szczyt zaliczany do Korony Ziemi.

1 Copy

Ale po kolei - sam początek nie był wcale miły, bo dwa dni przed wylotem dostałem okropnej grypy, a w dniu samego wylotu miałem 39 stopni gorączki, katar i kaszel. Moja podróż rozpoczynała się w Krakowie, skąd leciałem do Warszawy, następnie do Zurichu, kolejnym przystankiem był Hong Kong, aż w końcu po 45 godzinach podróży wylądowałem na lotnisku w Sydney. Nie oszukujmy sie, była to najbardziej męcząca podróż w moim życiu, ale nie dlatego, że długa, bo ja uwielbiam latać, ale wszystkie nieprzyjemności zafundowała mi grypa. Nikomu tego nie życzę. W każdym razie po przybyciu na miejsce mogłem ubrania z długimi rękawami schować do plecaka, była noc, 14. stycznia, a temperatura na zewnątrz: 30 stopni (oczywiście na plusie).

2 Copy

Pierwsze kilka dni byłem niestety zmuszony spędzić w łóżku, bo grypa nie chciała ustąpić. zaraz po tym zarezerwowaliśmy noclegi w Jyndabyne, miejscowości położonej kilkadziesiąt kilometrów od szczytu, który odkrył i opisał nasz rodak - Edmund Strzelecki, chodzi oczywiście o Górę Kościuszki.

Samo wejście na nią nie dostarcza żadnych trudności, jednak krajobrazowo jest naprawdę warta zdobycia. Podnóża porasta gęsty busz, na łąkach skaczą kangury, wszędzie słychać papugi, a sam szczyt przypomina nasze Tatry Zachodnie. Naszą trasę zaczynamy od przełęczy Charlotte Pass, aby około 11km szlakiem prowadzącym przez piękne Blue Lake dotrzeć na szczyt. Jest naprawdę pięknie, a widoki zapierają dech w piersiach. Co jest dosyć dziwne to płaty śniegu, które zostały jeszcze z zimy. W końcu mamy tu środek australijskiego lata, a temperatura przekracza 30 stopni.

4 Copy4 Copy4 Copy4 Copy

Po zejściu 5,5km szlakiem w całości wykonanym z metalu jesteśmy w Thredbo, skąd wracamy samochodem z powrotem na nocleg do Jyndabyne.

8 Copy

Po wieczormnych rozmowach i przeglądaniu tras off - roadowych, ustawiamy budziki na 4.30 rano i ruszamy do buszu. Całkiem nowy rodzaj aktywności: jazda samochodem terenowym (Toyota Land Cruiser) po maksymalnie wielkich wzniesieniach, dziurach, wertepach, totalnie zarośniętym lesie z powalonymi drzewami, przekracznie rzek. To jest to, co lubią podobno australijczycy - wygoda za kółkiem, ale za to samochodem trzęsie bardzo. Po pięknym wschodzie słońca, i szybkim śniadaniu, zaczynamy wracać, a przekraczając polanę w trakcie jazdy, naszym oczom ukazuje się naprawdę wielkie stado kangurów (około 100 osobników). Czują się jak w domu (w końcu to jest ich dom), więc możemy się zbliżyć na kilka metrów do nich i poroboic zdjęcia.

9 Copy9 Copy9 Copy9 Copy9 Copy9 Copy

Po powrocie jemy szybkie śniadanie i wracamy do oddalonego o 500km domu w Kulnurze. Tam codziennie wieczorem polowanie na króliki (których jest wszędzie tak dużo, że uważane są za szkodniki), obieranie ich ze skóry, czyszczenie wnętrzności, żeby mieć pyszne mięso następnego dnia na rosół, "profesjonalne" podgrzewanie jacuzzi i pełen relaks. Oczywiście odwiedzamy też w międzyczasie kilka razy wschodnie wybrzeże Pacyfiku, opalając się na słonecznej plaży i kąpiąc się w jego gorących i czystych wodach.

15 Copy15 Copy15 Copy15 Copy

I tak czas powoli ucieka, ale żeby go nie marnować wymyślamy kolejną atrakcję. Tym razem będzie to coś zbliżonego do naszej ukochanej wspinaczki... tyle że w dół. Ten rodzaj sportu nazywamy canoyingiem i polega na tym że wychodzimy na sam wierzchołek góry łatwym szlakiem, następnie wchodzimy do kanionu i pokonując skały, powalone drzewa, potoki, zjeżdżając na linie 8 metrów w strumieniu wodospadu, następnie płynąc, docieramy na sam dół, gdzie kanion ma swój koniec. Wszystko to w niesamowitej scenerii, miejscami jest bardzo ciemno, a tylko niewielkie otwory pozwalają przebić się promieniom słonecznym - wygląda to przepięknie.

19 Copy19 Copy19 Copy19 Copy19 Copy

Zaraz po canoyingu jedziemy do kolejnego miejsca, tym razem ma to być 10km spacer szlakiem w samym sercu Blue Mountains. Majestatyczne góry i jak sama nazwa wskazuje - naprawdę niebieskie. A wszystko to zawdzieczają eukaliptusom, z których liści wydostaje się gaz, sprawiając, że powietrze mieni się na niebiesko. Ze szlaku można oglądać liczne wodospady, ściany, zabytkową kopalnię węgla, kolejkę wożąca ludzi nachyloną do stoku pod kątem 57 stopni oraz Trzy Siostry. Na koniec czeka nas 1300 schodów w górę, a później jeszcze godzinny spacer do samochodu. Tak spędzamy kolejny dzień i wykończeni wracamy późnym wieczorem do domu.

25 Copy25 Copy25 Copy

Następne dni poświęcamy przygotowaniom trasy na motor enduro w środku buszu (wycinamy 40-metrowe drzewa, liany, czyścimy gałęzie, kamienie), a po powrocie każdego dnia mamy na sobie kilka pijawek. Oczywiście w trakcie prac nie raz widzimy najbardziej jadowite pająki (ptasznik australijski), których ukąszenie jest bardzo niebezpieczne dla człowieka i natychmiast trzeba się udać po surowicę. Po powrocie wieczorem okazało się, że mamy na sobie mnóstwo pijawek - ale to jest podobno zdrowe :)

28 Copy28 Copy28 Copy28 Copy

W końcu po wyczyszczeniu naszego toru, jedziemy tam następnego dnia na motorach, dla mnie, jako że wcześniej jeździłem na nim tylko 3, może 4 godziny, jest to ogromne wyzwanie, bo tor ten uznawany jest za najtrudniejszy w okolicy, a przyjaciel, z którym jadę ma już 20-letnie doświadczenie na tym sprzęcie. W każdym razie jest to ogromne przeżycie, a zarazem przyjemność i zabawa. Uświadomiłem sobie, że do tego rodzaju aktywności też trzeba być wysportowanym i mieć dobrą technikę jazdy.

32 Copy32 Copy

Następnego dnia niestety czas wracać do Polski, z czego wcale zadowolony nie byłem. Z Sydney mam lot do Hong Kongu, później Dusseldorf, z którego do Warszawy, a następnie pociąg do Krakowa, a tam już czekał na mnie tata, skąd pojechaliśmy do Andrychowa. W każdym razie wiele się tam nauczyłem, wiele zobaczyłem, wiele przeżyłem i wiele doświadczenia nabrałem. Był to niezapomniany i bardzo udany czas, którego australijczyk ma bardzo dużo. Ludzie w Australii żyją chwilą, nie martwią się co będzie dalej, i właśnie to mi się najbardziej spodobało, a wydaje mi się, że nam trochę tego brakuje. Przez to są cały czas szczęsliwi, nic im w życiu nie przeszkadza i są otwarci na wszystkich. Ja za to jestem pewnien, że jeszcze nie raz tam wrócę, bo naprawdę, dzikość tego kraju mnie urzekła - TO JEST TO CO UWIELBIAM NAJBARDZIEJ! :)

34 Copy34 Copy

Na końcu zachęcam Was do obejrzenia całego albumu pod tym linkiem (ponad 300 zdjęć): ZDJĘCIA AUSTRALIA

avatar
0
23 luty 2017, 14:23
Kajetan Burzej