Hvannadalshnúkur - Islandia - zostały tylko cztery ...

Bilety do Islandii kupiliśmy niemal w ostatniej chwili, to był wyjazd zwany „rzutem na taśmę”. W dwa tygodnie ogarnęliśmy sprzęt i logistykę.

Ten wyjazd różnił się od ostatnich, gdyż towarzyszyła nam 3 osobowa ekipa filmowa, która rejestrowała każdy krok. Kurcze życie osób sławnych musi być strasznie ciężkie, teraz to wiem z doświadczenia!

Z Pyrzowic do Keflaviku wylecieliśmy z małymi przygodami. Udało nam się niepostrzeżenie przenieść przez kontrolę bezpieczeństwa scyzoryk, ale kara za to spotkała nas na pokładzie samolotu. Niestety, nie zafundowano nam macanki, za to opóźniono start o 1,5 godziny. Okazało się, że chłopcy z obsługi lotniska pomylili bagaże … i musieli opróżnić i ponownie zapakować luk bagażowy.

Na miejscu byliśmy o 21.30 gdzie czekały na nas wynajęte samochody. Nic w stylu terenówek – po prostu, takie małe pierdziawki.
Zabunkrowaliśmy się 100 km dalej na pięknej polanie otoczonej karłowatymi krzakami. Spało nam się krótko, i nie licząc całej masy skrzeczących ptaków całkiem miło.

Dzień poprzedzający wyjście na szczyt mógłbym nazwać – dniem pod wyzwaniem wodospadów i kaskad, zobaczyliśmy (tzn. ja raczej usłyszałem) 4 wodospady i niezliczoną ilość cudów natury. Było generalnie mokro, wietrznie i jak dla mnie stresująco.
Pogoda nie zapowiadała łatwego wejścia.

Wyruszyliśmy o godzinie 5 rano z zapowiedzią katastrofy, obawialiśmy się krążącego po naszych jelitach motyla z popularnego gatunku – rozwolnienie. Nasze obawy były uzasadnione i podczas jednego z przystanków postanowiliśmy rozprawić się z problemem - tylko proszę się nie krzywić, myślę, że podobna przygoda zdarzyła się każdemu z Was, a jeżeli nie - wszystko przed Wami. Bez zbędnego balansu wszystkim nam maszerowało się znacznie lepiej.
Do lodowca szliśmy jakieś dwie godziny, trasa była trudna, szczególnie dla mnie, wiodła przez piargi i nie wiedzieć czemu, rozrzucone bez ładu kamienie – nie to co na Tarnicy – schody. Islandczycy się nie postarali. Okazało się, że wszyscy z drużyny umieją zapiąć raki i to był pierwszy zwiastun powodzenia wyprawy.

Trasa przez lodowiec i na szczyt była zgodnie z przewidywaniami zajebiście trudna, na szczęście okazało się. że lodowiec jest przykryty grubą warstwą zmrożonego śniegu więc nie napotkaliśmy na swojej drodze trudności w postaci otwartych szczelin. Niemniej jednak nasz optymizm malał z każdą chwilą, gdyż ostre świecące słońce rozpuszczało bezpieczną warstwę, po której stąpaliśmy.
Na wysokości 1800 m n.p.m spotkaliśmy 4 osobową ekipę z Nowej Zelandii z lokalnym przewodnikiem, która przekazała nam fantastyczną informację, że czeka nas wędrówka w labiryncie szczelin.

O godzinie 14.40 czasu lokalnego zdobyliśmy szczyt, gdzie trzasnęliśmy sobie sesyjkę zdjęciową i czym prędzej zaczęliśmy schodzić. Mieliśmy w planie piknik i „leżakowanie na szczycie” połączone z krioterapią – jakież więc było nasze rozczarowanie, kiedy ujrzeliśmy potężne zwały czarnych (podobno czarnych) chmur zwiastujących załamanie pogody.
Sprintem zaczęliśmy zbiegać, zgrabnie przeskakując szczeliny. Niczym górskie kozice – chciałoby się powiedzieć. Prawda jest taka, że przez każdą modliliśmy się z 10 minut, bojąc się, że w końcu wpadniemy.
Po zejściu z kopuły szczytowej czekała na nas z rozpostartymi ramionami zadyma śnieżna, która rozbiła to co chciała z naszymi porannymi śladami. Wydeptana rano „autostrada” była sukcesywnie zasypywana. Pod wpływem słońca lodowiec zaczął płynąć, a my zapadać się po kolana. Chyba tylko ja i Michał, zdawaliśmy sobie sprawę, że każdy krok jest jak wygrana na loterii, biorąc pod uwagę ilość szczelin z roku poprzedniego. Pamiętaliśmy jakie dziury są pod nami.
Odetchnęliśmy z ulgą po 12,5 godzinach, gdy zeszliśmy z lodowca.

Tak jak podejrzewaliśmy, to był ostatni moment na to, żeby w miarę bezpiecznie zdobyć szczyt Islandii. Każdemu kto planuje wypad na Hvannadalshnúkur polecam zdecydowanie termin do połowy maja.

Ruda – nie martwiłam się jakoś szczególnie tym wyjazdem na Islandię, wiedziałam, że jedzie z Jurkiem Mysza, więc byłam stosunkowo spokojna. Islandia to nie koniec świata, więc w zasadzie bez przerwy mieliśmy ze sobą kontakt i wiedziałam co się z ekipą dzieje. Nie odbyło się bez małej nerwówki i płacenia za ubezpieczenie na odległość :)
wyglądało to mniej więcej tak:

ja - Jurek przelew wysłałam, ale musisz mi podać kod z smsa
Jurek - zaraz, czekam, doszedł (w tym czasie telefon czyta Jurkowi numer) dyktowanie ...
ja - chyba zły mi podałeś ...
i tak x 6, nowe doświadczenie.
Był tylko jeden moment, podczas dnia pod "wezwaniem wodospadów", kiedy miałam chwilę wątpliwości i obawiałam się, że nie zdobędą szczytu. Jurek narzekał, że strasznie wieje i wiele wskazuje na to, że będzie padało.
Z doświadczenia wiem, że czasami lubi demonizować sytuację więc podejrzewałam, że nie jest, aż tak źle jak mówi. Tym razem też tak było, ciotował (zabije mnie, że to napisałam ale - nie ma ryzyka nie ma zabawy). Cieszę się bardzo, że projekt został rozpoczęty, miałam już dość mówienia/słuchania o tym jakie są plany, chciałam zobaczyć działanie.
Udało się, i jest super.

Za chwilę kolejny szczyt, jaki??? dowiecie się niebawem!

20170524 143809

20170525 145406

20170524 092335

 
20170524 082721

20170525 132135

avatar
0
29 maj 2017, 09:09
Jerzy Płonka