Jak to możliwe, że warunki mogą być jednocześnie zabójczo niebezpieczne i... dobre?

Przez Tatry przetoczyła się w niedawnym czasie "czarna seria". Nie przepadam za tym określeniem, jest ono w moich oczach trzepaczką do bicia medialnej piany, a już zwłaszcza w tych mediach, które na co dzień o górach się nawet nie zająkną. Ale niech będzie, przynajmniej wszyscy od razu wiedzą, o co chodzi.

W przeciągu półtora tygodnia wydarzyło się na terenie całych Tatr (a nie tylko polskich, jak pisały wspomniane wyżej, zielone w temacie gór, mainstreamowe media) kilkanaście wypadków ze skutkiem śmiertelnym. Dużo. Wyjątkowo dużo.



To zrozumiałe, że tak nagłe zagęszczenie śmiertelnych statystyk rodzi pytania. Przede wszystkim pytanie: dlaczego? Dlaczego właśnie teraz, dzień po dniu, straciło w Tatrach życie tylu ludzi?

Pojęcia "czarnej serii" nie lubię jeszcze z jednego powodu. Z tego mianowicie, że nasuwa sugestię, jakoby za przypadkowymi przecież ze swej natury wypadkami, czaiła się jakaś moc, jakaś istota, los może, jakieś mściwe i krwi żądne straszliwe coś. Metafizyczno-mistyczna "Seria".

Albo może to same góry okazały swój gniew. Za mało było u turystów szacunku i pokory, to postanowiły paru nie wypuścić, tak dla przykładu.

Tia.

No więc, otrząsając się z zabobonów, a wracając tym samym na ziemię: odpowiedź na postawione pytanie istnieje. Jest dość złożona, ale w pełni racjonalna. Na zadzianie się "czarnej serii" miało wpływ kilka czynników:


- okres świąteczny
- piękna pogoda

- oblodzenie szlaków


które to czynniki nieprzypadkowo wymieniłam w takiej a nie innej kolejności.

Gdyby takie oblodzenie szlaków wystąpiło w listopadzie lub marcu - czarnej serii by nie było. Zdecydowanie mniej osób bierze urlop i odwiedza Tatry w takim na przykład listopadzie niż pod koniec grudnia, kiedy to ciąg dni świątecznych ładnie układa się w całe ferie. Mniej ludzi w Tatrach = mniej wypadków.

 

Gdyby zamiast lazurowego nieba przyozdobionego słoneczkiem, jak z dziecinnego obrazka, na sezon świąteczny nałożyłaby się jakaś dupówa typu mgła, wiatr halny, kurzawa - na szlaki wyruszyliby nieliczni. Mniej ludzi na szlakach = mniej wypadków.

No i w końcu - gdyby zamiast zlodowaciałej szreni i wystających spod niej licznych kamulców, na szlakach zalegała warstwa miękkiego puchu - wówczas każde potknięcie, zamiast powodować natychmiastowy i zabójczo prędki ślizg ku wspomnianym kamulcom, kończyłoby się może tylko na łagodnym poturlaniu.

Tylko, że wtedy, przy takim obłożeniu turystów i tak pięknej, zachęcającej do wędrówek pogodzie, zeszłaby jakaś lawina. Na bank.



Miałam wątpliwą przyjemność być w Tatrach w czasie, gdy przetaczał się przez nią gniew górskich bogów, zwany Serią. Znaczy to tyle, że też byłam turystą, który zwalił się w Tatry na świąteczny urlop, dodatkowo umotywowanym prognozami rewelacyjnej pogody.

Na miejscu zastałam dokładnie takie warunki, jakich się spodziewałam. Takie, jakich chciałam. Śnieg o konsystencji betonu, mróz, który gwarantuje trwałość tej konsystencji, dobra widoczność, stosunkowo niewielki wiatr (a w dolinach właściwie jego brak).

Z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że są to świetne warunki do wędrowania zimą. Za złe uznałabym na przykład warunki takie:

- duże ilości świeżego śniegu - wymagające torowania
- śnieg słabo związany - ryzyko lawin, trudność poruszania się nawet po śladach
- silny wiatr

- wysoka temperatura, która topi śnieg - co powoduje wilgoć, trudność poruszania się no i wzrost zagrożenia lawinami

Nic z tego nie występowało na końcówce '15 i początku '16 w Tatrach. Warunki były dobre. Tyle że było ślisko.

Ale zaraz zaraz. Ustalmy parę faktów. Śnieg i lód są śliskie, tak? W miastach zimą posypuje się chodniki i ulice piachem lub solą, co by tę śliskość zniwelować, tak? W górach się tego nie praktykuje. A dodatkowo góry są wysokie i strome.

Czy zatem w górach zimą ma prawo być ślisko?

No mnie się wydaje, że tak.

Czy wobec powyższego należy założyć, że w górach przez całą zimę, ba!, przez cały okres zalegania pokrywy śnieżnej lub lodu jest z całą pewnością mniej lub bardziej ślisko?

Nosz kurde, skoro lekko zaśnieżony chodnik jest śliski, to jak niby góry miałyby nie być?

Czy śliskość w górach można więc uznać za warunek zły?

Pewnie kwestia interpretacji, ale ja uważam jednak, że to warunek poniekąd NORMALNY. Zimą jest śnieg. Śnieg jest śliski. Ergo: zimą jest ślisko.

I trzeba być na to przygotowanym.

Utarło się stwierdzenie: "trzeba mieć raki i czekan". Ale rzadko następuje po nim takie, że jeszcze trzeba umieć ich używać. I wiedzieć o nich pewne rzeczy. Na przykład rzecz taką, że założenie raków nie gwarantuje, że ich właściciel się nie poślizgnie. A trzymanie w ręku czekana, że nim zahamuje.

Do listy przyczyn "czarnej serii" dodałabym zatem niewystarczające przygotowanie turystów do poruszania się zimą po górach. Co nie czyni z nich bynajmniej samobójców. Każdy kiedyś zaczynał, każdy kiedyś miał raki na nogach po raz pierwszy i niezdarnie dzierżył czekan mogąc nim co najwyżej wydłubać sobie oko w razie W, ale na pewno nie wyhamować upadku. Tyle, że nie każdy trafił na taki beton po którym mknie się na sam dół z prędkością światła. Oni trafili. Ale to wciąż normalny zimowy warunek. Odpowiednio przećwiczona umiejętność posługiwania się sprzętem zimowym, w połączeniu z zachowaniem maksymalnej uwagi, daje duże szanse na uniknięcie wypadku. Na pewno większe niż przy potknięciu w stromym terenie LATEM. Nie ma odpowiednika czekana do hamowania w skałach i piargach...

A no i jeszcze właśnie ta nasza zawodna uwaga. Jak łatwo jest zagapić się, zamyślić na chwilę, rozmarzyć o czekającym już w schronisku piwie... Wystarczy chwila. Najlepszym się zdarza. Nie ma co oceniać.

avatar
0
08 styczeń 2016, 19:54
Małgorzata Nowakowska