Jak zakończyć sezon zimowy?

 Jak zakończyć sezon zimowy?

Dobre pytanie, ale nasuwa się od razu kilka innych.

Pierwsze to: „Czy zakończyć?” 

Nie jest to przecież takie oczywiste. Mam znajomych, którzy późną wiosną pakują narty i przenoszą się na drugą stronę globu: do Argentyny, Australii czy  Nowej Zelandii aby jeździć dalej. Mnie też co jakiś czas korci, aby zrobić to samo.   Jednak nie jestem do końca przekonana. Dawno temu spotkałam instruktora, który przez 6 lat wędrował za śniegiem. Mimo, iż to był dopiero początek on już wyglądał, jak cień człowieka. Kiedy go spytałam , czy dobrze się czuje – opowiedział smutno, że to jego 12 sezon z rzędu i dawno nie widział nic poza śniegiem. To przygnębiające wyznanie zapadło mi w pamięć . Odtąd uważam, że sezon kończyć należy.  Zrobić przerwę choćby na kilka tygodni. Zamknąć pewien etap.  Zrobić podsumowania. I przede wszystkim zrobić imprezę :)

panorama

 

Drugie pytanie: „Kiedy zakończyć?”

Tutaj kilka jest możliwości.

Pierwsza, to kiedy szef szkoły robi oficjalne zakończenie sezonu (pozdrowienia dla Szefa, koleżanek i kolegów z pracy oraz wszystkich pracowników i sympatyków stacji).  Zakończenie sezonu to zawody dla klientów oraz instruktorów, podsumowanie sportowe całego cyklu treningów, rozdanie dyplomów, medali, pucharów i losowanie nagród. Potem jest impreza – część oficjalna w karczmie (pozdrowienia dla wspaniałych dziewczyn z karczmy!) oraz nieoficjalna w szkółce (!!!)

Kolejna, to kiedy śnieg smutno spływa ze stoku. W słonku jest tak ciepło, że trzeba się rozebrać do koszulki. Na krzesełku jeździ już tylko kilku instruktorów (ale bez klientów), i w powietrzu wyraźnie pachnie wiosną.  Wtedy można zamknąć oczy na leżaczku. Zasnąć, zaś po południu przepłynąć  przez błoto na parkingu i bez zbędnych słów pojechać do dawno niewidzianego domu.
Można też delikatnie później (mniej więcej miesiąc) kiedy podobne okoliczności przyrody nadciągną w Alpy.

No i zostaje ostanie pytanie: jak zakończyć? Moi znajomi z zaprzyjaźnionej włoskiej szkoły narciarskiej (pozdrawiam!) zaprosili mnie kolejny raz na ich zakończenie sezonu. Robią je w Cervinii. Jest to włoska stacja narciarska, położona tuż przy granicy ze Szwajcarskim Zermatt.  Zalety wyboru miejsca są niewątpliwe. Szerokie, świetnie przygotowane trasy. Ponad setka kilometrów stoków plus lodowiec, który oferuje możliwość jazdy od wczesnej jesieni do bardzo późnej wiosny. Do tego możliwość zagranicznych wycieczek w ramach jednego skipasu.

Moi znajomi na miejsce zakończenia sezonu wybrali już kolejny raz hotel położony poza miasteczkiem, na stoku na wysokości  ponad 2000m. Aby się do niego dostać trzeba wyjechać gondolką do stacji pośredniej. Zalety wyboru miejsca są niewątpliwe: po zamknięciu wyciągów klienci hotelu zostają w górach, trochę odizolowani od wygód, które proponuje miasteczko. Jednak rano, gdy tylko wstaną i zjedzą śniadanie wychodzą prosto na stok i jazda zaczyna się natychmiast!!! Nie trzeba chodzić , dojeżdżać,  parkować.  A  po południu zjeżdża się na nartach pod wejście do hotelu, odpina wiązania i wchodzi do narciarni :) Plus widoki gór i cisza po zamknięciu stacji. To bardzo sprzyja integracji i dobrej, przyjacielskiej atmosferze.

.mati

Lubię nieco absurdalne wyzwania. Logistyczne sprawy związane z przetransportowaniem  sprzętu potrzebnego do organizacji takiej imprezy do hotelu, położonego na stacji pośredniej, bardzo mnie cieszą.

A zaprzyjaźniona szkoła narciarska ma trochę gadżetów do przetransportowania.  Zaplecze do stawiania giganta i slalomu. Normalna sprawa – trzy wiązki tyczek, wiertarki,  akumulatory, miotełki, flagi. Potem rzeczy, które wychodzą już poza normę: sprzęt audio wideo (m. in. 15 dużych monitorów)! Walizy z radiami dla wszystkich klientów (!), duże plansze, tablice, projektory, głośniki. Pudła z gadżetami na sprzedaż, kilkadziesiąt par nart testowych. Niezliczona ilość bardzo ważnych drobiazgów, które mogą ale nie muszą się przydać. Zapakowanie zawartości dwóch busów i kilku aut do gondoli zwykle trwa około 1,5 godziny.  Potem jeszcze trzeba ją rozpakować na górze oraz przetransportować bagaże długimi korytarzami stacji aż do hotelu.

Następnie zakończenie sezonu zaprzyjaźnionej szkoły zaczyna żyć swoim życiem.  Pomoc już nie jest potrzebna. Zaczynają się zajęcia na śniegu, wykłady, analizy wideo, spotkania z gośćmi, imprezy towarzyszące... piękna sprawa dla pasjonatów narciarstwa i cieszę się, że mogę być świadkiem takich wydarzeń.

A ja zabieram swoje narty do telemarku i idę sprawdzić , jakie są warunki na stoku. Jadę sobie szybkim sześcioosobowym krzesełkiem zupełnie sama i gapię sie na południową ścianę Materhornu. Szerokie stoki są zupełnie puste, ludzi prawie nie ma. Cisza, spokój. Ucinam sobie krótkie pogawędki z wyciągowymi. Opowiadają mi o jakiś kosmicznych  liczbach turystów, którzy  w tym wyjątkowo udanym sezonie odwiedzili stację. Cieszą się, z dużych opadów śniegu i z dobrego stanu lodowca ponad naszymi głowami. Oznacza to dobre prognozy na letnią jazdę na lodowcu.  Zostaje jeszcze jedna większa impreza i właściwie pracownicy stacji są gotowi, by rozpocząć letnią przerwę. Pozostaną tylko ci, którzy jeszcze będą kontynuować pracę na lodowcu.
Kiedy rozmawiamy o większej imprezie mają na myśli kongres telemarku, który rozpocznie sie za kilka dni. Wiem o nim i ja, niestety nie mogę się zatrzymać dłużej i w nim uczestniczyć. Żegnam się i odjeżdżam na czarną trasę sprawdzić czy jeszcze potrafię zjeżdżać  po stromym. Jest wczesne przedpołudnie, zakładam pierwszy ślad.

plateau rosa

Kto raz spróbował skrętu telemarkiem, wie, że to jedno z najwspanialszych odczuć na nartach :) Hasłem tego sportu jest: „uwolnij piętę, uwolnij umysł”. Ludzie zakochani w telemarku są trochę jakby z innej planety.  Skąd to wiem? Daleko na horyzoncie widzę jednego z nich.  I on mnie dostrzegł (telemarku nie da się z niczym innym pomylić) i już mnie ściga. Kiedy znalazł się blisko – wielki , brodaty kudłacz – podjeżdża i ściska mnie tak mocno, że czuję pracujące żebra w klatce piersiowej. To wszystko z radości ze spotkania z innym fanem „klękania”. Kilka godzin później inny telemarker czeka na mnie przed knajpą, żeby dać mi pamiątkową naklejkę. Namawia mnie, bym została na kongresie. Nie muszę chyba dodawać, że nie znamy się i nie spotkaliśmy nigdy wcześniej.

Nić wspólnoty została nawiązana. Jak to jest możliwe? Mam swoje teorie lecz tak naprawdę, to nie wiem.  Na tym właśnie polega magia telemarku...

Zwiedzam stację, kolejne kilometry pustych gondoli i krzeseł, które wiozą chyba już tylko mnie i kilku zagubionych miłośników sportów śnieżnych. Na granicy ze Szwajcarią dwoje niespodzianie spotkanych znajomych zaprasza na drinka. Siedzimy na leżakach i patrzymy na ten wspaniały Materhorn, na który wypadałoby się kiedyś wspiąć. Ale kiedy, jeśli ciągle trzeba na narty???
Z głośników sączy się relaksująca nuta, element baśniowy rozprzestrzenia się po ciele. Nie ma już pracy. Jest tylko słońce, góry, śnieg i wolność. A gdyby  jednak nie kończyć sezonu? Może pojechać na drugą półkulę i zacząć od nowa???  Zamykam oczy i zapamiętuję ten moment na później. Będzie potrzebny w środku lata, daleko od śniegu i ukochanych dwóch desek :)

klekanie

Ps. Podziękowania i pozdrowienia dla wszystkich, którzy umożliwiają, towarzyszą , podnoszą na duchu, inspirują i uczą. Przecież nie ważne gdzie, ważne z kim!

 

 

 

 

avatar
0
24 lipiec 2017, 14:32
Paulina Janczar