Krótka refleksja o powrotach.

unnamed O powrotach.

Niełatwo wraca się z gór, z każdym rokiem coraz trudniej. Nie dlatego, że z każdym rokiem coraz więcej mnie samego zostaje w górach, a coraz mniejsza moja część zjeżdża do kraju, nie dlatego; również nie dlatego, że coraz więcej energii pochłaniają góry, co zaburza pewną równowagę pomiędzy światem na dole, a światem na górze. Też nie dlatego, że coraz bardziej włada mną poczucie, że za każdym razem wracam do innej rzeczywistości, która wypełniona ludźmi zmienia się w tak szybkim tempie, że nie nadążam. Ilekroć zadaję sobie pytanie, dlaczego “tak niełatwo wraca się z gór”, tylekroć każda z wymienionych powyżej przyczyn paradoksalnie może być odpowiedzią, ale nią nie jest. Fakt ten generuje stan, który nazwałem „syndromem postekspedycyjnym”.

 

Odstawienie gór i powrót do kraju wywołuje chaos, brak równowagi, jak gdyby za każdym razem trzeba uczyć się życia na nowo. De facto nie trwa to długo, jednak stan ten zawsze jest sporym zaskoczeniem, jak gdyby człowiek po powrocie za każdym razem rodził się na nowo, a tym narodzinom, jak każdym zresztą, z reguły towarzyszy cierpienie. Ogólnie rzecz ujmując, oscylacja pomiędzy tymi dwoma światami, poszukiwanie ciągle od nowa harmonii i równowagi, jest niezwykle pobudzającym zjawiskiem, zarówno w sensie fizycznym, jak i mentalnym. Mam tu na myśli ilość bodźców, emocji, dylematów, wyzwań, która towarzyszy mojej wędrówce pomiędzy dwoma światami, ilość tak ogromna, że nie sposób jej pomieścić w umyśle, a umysł który próbuje całość poukładać w jakimś porządku, nadać całości kształt, zmusza sam siebie do niewyobrażalnego wysiłku. To, co się nie zmieści, unosi się ponad umysłem i krąży wokół niego jak pierścienie wokół Jowisza, żeby w momencie, gdy zwolni się przestrzeń w głowie, natychmiast ją wypełnić i dopełnić kolejnymi zjawiskami, które czekają jedne po drugich na swój kształt i miejsce.

Po powrocie w tej całej czasoprzestrzeni trzeba umieścić dzieci, rodzinę, bliskich, tarapaty finansowe, urzędy skarbowe, dawnych współpracowników, którzy niczym żywe wyrzuty sumienia krążą gdzieś w starych mailach, zawiedzionych partnerów, którzy nie dostrzegają wiele poza poczuciem własnej krzywdy. I takich, co nie zauważają w sobie przyczyn zachodzących przemian, nie potrafią wziąć na siebie odpowiedzialności za własne wybory, ani ponieść ich konsekwencji. I także tych, którzy coś sobie wyobrazili, a rzeczywistość, zmienna z resztą, zaskoczyła ich swoja zmiennością, zadając głębokie rany ambicjom i ego, a czasem także raniąc dosłownie. W końcu tych, którym usta się nie zamykają, i nic ponad to, zapominających, że słowa to aż słowa i mają moc sprawczą - ranienia i kształtowania rzeczywistości. Do tego rosnąca w sposób adekwatny do agresji konsumpcyjnego społeczeństwa medialna popularność, która rośnie nieoczekiwanie, ale nie po to, żeby ktoś mógł ją sprzedać, zarobić na niej, nie by przetrwać, ale wzbogacić się i móc w końcu kupić wszystko. A na czubku tej drabinki stoi dystrybucja i komercja, którą od hieny różni jedynie to, że chce cię pożreć jeszcze żywcem, ale tak byś o tym nie wiedział, ewentualnie byś dowiedział się o tym już z odrąbanego kawałka siebie, z kampanii reklamowej, która gdzieś tam w świecie żyje sobie własnym życiem.

A w tej plątaninie powiązań, zależności i braku zasad – szukanie odpowiedzi na pytanie o odpowiedzialność w sobie, dokonywanie moralnych wyborów i ich konsekwencje, określanie własnych granic. Za każdym razem po powrocie coś się kończy, a coś zupełnie nowego zaczyna. Ten ostatni powrót najmocniej mnie poruszył, bo skala zmiany we mnie i wokół mnie nie była poprzednio tak duża. A wśród spraw ważnych i mniej ważnych, na samym szczycie priorytetów umieszczam jednak dzieci, bo jak twierdzi moja Ania, to one wyznaczają porządek w ustalaniu ważności spraw. To ich istnienie ma największy wpływ na moją rzeczywistość, zarówno tę tutaj, jak i tę w górach.

 

avatar
0
08 czerwiec 2014, 14:37
Tomek Mackiewicz