Kurde bele czyli Spółka w Sokolikach ;)

20160618 111450_LR

Ostatni raz w Sokolikach byłem w listopadzie – jedyny raz zeszłego roku. Wcześniej – również w listopadzie, rok wcześniej. A przecież całkiem niedawno spędzałem w mym ulubionym rejonie więcej czasu niż na Jurze. Stęskniłem się… Naprawdę, stęskniłem się.

Z kolei z Nucteą ostatni raz widzieliśmy się i wspinaliśmy w sierpniu, w Tatrach na Zabielarce. Choć sporo wody w Wiśle upłynęło od tego czasu, cóż ten fakt znaczy wobec zgrania, zrozumienia czy zaufania? Spółka w Sokolikach staje się zatem faktem ;) Piersi żony ducha gór – Lolobrygidy, jak potocznie określane są czasem Sokoliki, witają nas, jak widać na załączonym obrazku powyżej. Cieplej chyba nie można.

Po dotarciu i przepakowaniu się na zaprzyjaźnionym „Najnapie” (pozdrowienia dla Agi ;) ), czym prędzej uderzamy w teren. Na początek, postanawiamy przypomnieć sobie nieco nauki chodzenia ;) Do tego doskonale nadaje się, dobrze nam już znana, z pierwszej naszej wspólnej wizyty w Sokołach, Kto się boi ten nie stoi (VI+) na Krzyżnej Strażnicy. W cruxie, musimy trzymając się niczego, stanąć na niczym i iść w górę. Odnoszę wrażenie, że wcale nie jest mi łatwiej niż niespełna trzy lata temu… No cóż – rajbungi można kochać lub nienawidzić! Ja je zdecydowanie uwielbiam, najbardziej już po przejściu :D

IMG 6942_LR

Następnie udajemy się pod jedną z „piersi” – Krzyżną Górę. Na tapecie bowiem mamy Kino moralnego niepokoju VI.1, nową, długą, obitą w 2014 r. drogę o górskim charakterze. Trudności do trzeciej wpinki, potem już trochę łatwiej. Zalecane górskie ekspresy oraz przejście zespołowe i zjazd (30m) połogimi płytami pod krzyżem. Ale standardowo (będąc opuszczanym przez partnera), trochę kombinując też się da, nawet na 55m linie ;)

IMG 6950_LR

IMG 6950_LR

Z Krzyżnej Góry roztacza się przepiękny widok na okoliczne wioski, stawy a przede wszystkim na Główny Grzbiet Karkonoszy (obowiązkowo na skitury w najbliższym sezonie!). Fantastyczną scenerię potęgują kształty i barwy chmur, jak tu się nie zachwycić choć przez kilka chwil.

IMG 6946_LR

Po zjeździe, jako że jesteśmy nieopodal, przenosimy na Zamkowe Skały. Na pierwszy ogień idzie, rozkopana podczas jednej z wcześniejszych wizyt, dróżka Kocie ruchy VI.1+. Jak sama nazwa wskazuje – czujne skradanko na nogach, po oblakach i nikłych krawądkach. Tym razem (trochę mnie nawet zaskakując tym faktem) puszcza od strzału :) Wizytę na Zamkowych kończymy, trikowym Rozpoczęciem sezonu VI+. Kiedyś nie mogłem wystartować, teraz: dwa ściągnięcia, pięta i po kłopocie ;)

Na koniec dnia wstawka w Mandalę Życia VI.2 na Jastrzębiej Turni. Coś złego jednak dzieje się u mnie z głową i przestaję się wspinać, dosłownie niestety. Gęstą atmosferę rozładowuje nasz wspólny „lot supermena” przy okazji zbierania przeze mnie ekspresów ;) Uwzględniając wszystkie za i przeciw, dzień zdecydowanie uznajemy za udany. Pogłębia ten fakt znakomity, jak zwykle, domowy obiad w Mamarosie w Janowicach Wielkich, gdzie zresztą ucinamy sobie świetną pogawędkę z „Panem z Mamarosy” o piłce nożnej i odbywających się właśnie ME. A na deser miły wieczór przy Skalaku na super-sofie, już na „Najnapie” :)

Drugi dzień, zamierzamy spożytkować na wspinanie na własnej asekuracji. Więc już na samym początku… zapominamy zabrać kasków :P Nie ma wyjścia, na camp wracam biegusiem. Wracam z oboma kaskami pod ręką uhahany (nie wiadomo z czego ;) )

IMG 6959_LR

Na rozgrzewkę decydujemy się machnąć coś obitego. Wybór pada na, znajdujący się na Ptaku, Kant Brzętysława. Droga również znana nam z pierwszej wizyty w Sokolikach, tym razem war. wprost VI-. Kluczowy fragment płytą nie jest wcale taki soft. Kolejnym naszym celem jest już „na własnej”. Konkretnie to zachodnia wystawa Krzywej Turni i Przez Trawki V (L1:IV, L2:V). Ładna, stosunkowo nietrudna droga biegnąca zacięciem.

IMG 6959_LR

IMG 6959_LR
Dla mnie najtrudniejszym miejscem, o dziwo, było przedarcie się przez tytułowe trawki bez chwytów i stopni pod koniec pierwszego wyciągu ;) Niestety w trakcie wspinaczki psuje nam się pogoda. Czarne chmury i zapach deszczu zbliżają się w ekspresowym tempie. Sprawnie mijamy jakiś kursowy zespół, wspinający się Gorayskim i czym prędzej zjeżdżamy. Nie ma przelewek – Darkness Is Coming.

IMG 6966_LR

Szybki zjazd i zlewa łapie nas już bezpiecznie przyczajonych pod przewieszeniem Żubra. Mimo dobrych chęci to raczej koniec wspinu na dziś. Intensywne opady ustają po jakichś kilkudziesięciu minutach na tyle, że możemy czmychnąć na campa. Co robić..? Przecież nie będziemy tu siedzieć cały dzień – jedziemy do Jeleniej Góry.

***

Spacerowo-miejska część relacji w oryginale: Kurde bele czyli Spółka w Sokolikach ;)

avatar
0
20 czerwiec 2016, 07:16
Krzysztof Witos