Marriott Everest Run - Himalaje w Warszawie

Kilka słów o Everest Run...

  • Na czym w ogóle polega Everest Run?

Impreza odbywa się raz do roku w połowie lutego w Warszawie.

Marriott Everest Run to 24-godzinny bieg po schodach. Żeby osiągnąć wysokość Everestu, „wystarczy” 65 razy pokonać 42 piętra Hotelu Marriott. Start imprezy zaczyna się w sobotę o 9 rano, następnie równo co godzinę puszczane są kolejny osoby ze swoich stref czasowych. Bez względu na to o, której się startuje, impreza kończy się w niedziele o 9 rano. Więc kto pierwszy ten lepszy.

jae

W ciągu 24h można sobie robić przerwy wg. własnego uznania, przespać się czy nawet pojechać do domu, wrócić lub skończyć w każdym możliwym momencie. Teoretycznie wydaje się, że 24 godziny to masa czasu by zaliczyć "tylko" 65 wyjść.. Pfff.. Tylko teoretycznie, w praktyce to wygląda zupełnie inaczej. Mnie samej się wydawało, że to będzie zdecydowanie prostsze. Niestety nie jest, było tak cholernie ciężko, że osobiście nie wiem, czy będę chciała to powtórzyć, a na pewno nie prędko. J

Everest Run było trzecią edycją, a ja brałam udział pierwszy raz. Jakbym miała świadomość tego co tam się dzieje, to pewnie bogatsza, już o nowe doświadczenia startowałabym w sztafecie a nie jako osoba indywidualna. No, ale Czyż jest zawsze mądrzejsza. J

PDS 20170218_0549

 

Swój bieg z Martą rozpoczęłyśmy po godzinie 10. Pierwszą krótszą przerwę zrobiłyśmy po 10 wejściach czyli po około 3h, następnie po następnych trzech jedną dłuższą przerwę obiadową. Później już każda z nas „biegła” swoim tempem i robiłyśmy kilka krótszych przerw. Na pewno zdecydowanie lepszym elementem jest „skakanie” co dwa schodki tak jak robiła to Marta, ja natomiast zważywszy na moje kolano i przede wszystkim na stan zdrowia bardziej mi zależało na tym by wytrwać do końca i nie wypluć z moim kaszlem płuc, chodziłam sobie spokojnie co jeden - co dwa schodki.

Bieg jest do rozpracowania typowo strategicznie. I tak jak czytałam różne opinie, że nie ma czasu na przerwy, tak teraz sama mogę potwierdzić, że tam naprawdę nie ma czasu na przerwy. Kilkuminutowe przerwy odbywały się czekając na winde, gdzie można było się napić i chwilę odpocząć. Około godziny 5 nad ranem odczuwałam tak silne zmęczenie, byłam tak niesamowicie głodna, że tylko googlowałam w telefonie gdzie mogłabym w pobliżu coś ciepłego zjeść o tej porze, bo niestety nasze zapasy jedzenia były zdecydowanie jak się okazało za małe i już dawno ich nie było. Ostatecznie przy 45 wyjściu zrobiło mi się słabo, kręciło mi się w głowie, że postanowiłam chwilę odpocząć i się zdrzemnąć. Ta kilkudziesięciu minutowa drzemka była „gwoździem” do trumny, bo po przebudzeniu było chyba już gorzej. I o ile psychika jeszcze chciała walczyć, tak moje ciało domagało się wszystkiego, ale nie schodów.

PDS 20170218_0559-1

 

Mając świadomość, że już nie ma szans bym, zrobiła „Everest”, bo by wyrobić się w czasie musiałabym skakać tam jak jakaś koziczka górska, postanowiłam zakończyć mój udział na 45 wyjściach. Co dało mi nie „Everest”, ale trochę ponad Kilimanjaro.

Sama impreza była świetnie zorganizowana, sherpowie czyli wolontariusze spisywali się najlepiej jak tylko potrafili, dodając na każdym kroku otuchy i rozbawiając nas. Tym bardziej czułam się super, gdy jednym z szerpów była Pani „Asia”, która na grudniowym ultramaratonie, gdy rozwaliłam kolano nie przebiegła obok mnie obojętnie a otoczyła mnie troską. I to m.in. z nią i dzięki niej ukończyłam wtedy bieg. Widząc znajomą twarz zawsze lepiej się "walczy".

  • Ostatecznie spaliłam około 17 tys kcal
  • Schudłam 2 kg
  • Zaliczyłam 45 wyjść
  • 1890 pięter
  • I wysokość 6142,5m n.p.m.

ev

 

Od poniedziałku jem jak oszalała J i wystarczy, że tylko gdziekolwiek usiądę i momentalnie zasypiam. Do dzisiaj czuje wstręt do kawy. A jako typowy kawosz i pijący kawę jak wodę, to w moim przypadku można by pomyśleć, że jest to aż wręcz niemożliwe.

I o ile Everest Run jest bardzo ciężką imprezą to ma to do siebie, że potrafi w jendym miejscu zjednoczyć dwie moje ulubione grupy docelowe czyli biegaczy… i ludzi gór. I to jest niepodważalny element dla którego warto wziąć w nim udział. J

 

 

Co zabrałam i w co warto się zaopatrzeć:

  • Dwie koszulki na przebranie
  • Krótkie spodenki, które niestety były za krótkie i po tym biegu wylądowały w koszu, bo obtarłam nogi do krwi
  • Podkolanówki kompresyjne ZeroPoint, które działają jak zbawienie
  • Obuwie biegowe, ja biegłam w Under Armour
  • Kubek jednorazowy
  • Cieplą bluzę
  • Śpiwór
  • Żele energetyczne, shoty energetyczne
  • Jedzenie 
  • Leki przeciwbólowe, przeciwgorączkowe i stoperan

Zdjęcia pochodzą ze strony Everest Run i są wykonane przez Piotra Dymusa

avatar
0
23 luty 2017, 08:38
Karolina Czyż