Na dobry początek

Maj miesiącem zawodów – tak mogę teraz powiedzieć. Policzyłam, ile kilometrów przebyłam w maju odwiedzając areny wspinaczkowe: wyszło ponad 10.000 kilometrów! Odwiedziłam dwukrotnie Austrię, Słowenię, Portugalię a przelotem nawet Londyn Zaczęło się od Pucharu Europy Juniorów w austriackim Grazu. Ledwo wyjechaliśmy z Katowic kiedy po godzinnej podróży niefortunnie zepsuło nam się auto i niestety musieliśmy tam wracać. Dojechawszy stanęliśmy przed wyborem: jechać małym 7-osobowym samochodem z ogromnymi bagażami czy czekać trzy godziny na zastępczego busa.

Wybraliśmy to pierwsze, bo nasz zapas czasowy przed piątkowym meetingiem nie był niestety zbyt duży - podróż w związku z tym nie nie była szczytem komfortu Pierwsze tegoroczne zmagania w Pucharze Europy mogę zaliczyć do udanych: weszłam do finału w którym zajęłam - niektórzy mówią, że najgorsze – czwarte miejsce: ja się bardzo cieszyłam! Takie samo miejsce wywalczyła Ida w najstarszej grupie juniorskiej. Po cało-weekendowych zmaganiach podzieliliśmy się: część polskiej ekipy zdecydowała się pojechać na polska Jurę, część na panel trochę podładować, a część (w tym ja) zdecydowalia się odwiedzić słoweński Osp i właśnie tam spędzić pierwszy tydzień maja.Prześladował nas jednak jakiś pech, bo podróż z Grazu do Ospu bez auta okazała się najtrudniejszą podróżą w moim życiu. Zaraz po zawodach na dworzec autobusowy podrzucił nas niezawodny Marek - trener ze Skarpy Bytom- i tu od razu pierwsza z całej serii jak się później okazało niemiła niespodzianka: autobus spóźnił się o 40 min przez co na następna przesiadkę mieliśmy zaledwie 7 min (wliczając w to kupno biletów a wcześniej znalezienie dworca kolejowego). Na szczęście udało nam się zdążyć i mieliśmy nadzieję, że dalsza podróż przebiegnie bez problemów. Po dotarciu do Ljubljany okazało się, że bus którym mieliśmy jechać dalej do Ospu jednak nie kursuje i po długich, bezowocnych poszukiwaniach jakiegoś innego transportu musieliśmy się poddać – czekała nas noc na dworcu a raczej przed dworcem bo takowy zamykają o 23ej. Najbliższy autobus mieliśmy dopiero o 6 rano więc skorzystaliśmy z okazji i poszliśmy trochę pozwiedzać to skądinąd piękne miasto (na pewno wrócę tam kiedyś na dłużej!). Dzięki niezłomności Kajtka udało nam się nawet przespać część nocy, ale mimo wszystko byliśmy okropnie wykończeni więc długo wyczekiwane siedzenia w autobusie i ogólnie komfort jazdy wydawał nam się wtedy dziesięć razy większy niż zwykle. Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że to wcale nie jest koniec naszych problemów... Ponieważ zmienił się termin naszego przyjazdu nie miał nas kto odebrać, a na dodatek przyjechaliśmy idealnie w święto więc nawet na autobus nie było szans. Na szczęście dzięki Wojtkowi, który zawsze czuwa nad sytuacją i uprzejmości Zuzi oraz Mateusza udało nam się w końcu dotrzeć do pięknego domku.

Okolica tak nas zachwyciła, że nie odpoczywając długo zdecydowaliśmy się wybrać nad morze, ale z racji tego, że nikt z naszej 6-osobowej ekipy nie posiadał auta musieliśmy sobie zrobić 3 kilometrowy spacer. Po zwiedzeniu pięknego miasteczka we Włoszech i zrobieniu obowiązkowych fotek nad morzem okazało się, że na kolację jedyne co nam zostało to trochę kuskusu, zepsute marchewki pomidory i jakiś sos… . Ale że przyjechaliśmy się tu w końcu wspinać już następnego dnia ruszyliśmy pod skałki: już po pierwszej wstawce ja i Ida poczułyśmy , że dwa dni ciężkich zawodów boulderowych, dwunastogodzinna podróż i brak snu nie zaowocuje żadnym ciekawym przejściem. W perspektywie całego wolnego dnia zdecydowałyśmy się pojechać na stopa do sklepu. Chyba jednak dwie miłe dziewczyny postrzegane są w Słowenii jak jakieś przemytniczki czy terrorystki, bo dopiero na ostatnim kilometrze udało nam się podjechać. W międzyczasie ja się źle poczułam, być może z przemęczenia, a Ida zgubiła się w labiryncie drzwi ewakuacyjnych tego sklepu: okazuje się, że z włoskiej galerii handlowej nie ma wyjścia dla pieszych, jest tylko dla aut. Wykończone, z pełnymi plecakami i ciężkimi torbami w rękach zdecydowałyśmy się na rzecz wręcz nie do pomyślenia na wyjeździe wspinaczkowym: wzięłyśmy taksówkę! Nie licząc tym razem na uprzejmość włoskich czy słoweńskich kierowców spokojnie wróciłyśmy do domu. Jedyne co udało mi się zrobić po powrocie to szybka kąpiel, żeby pożniej pójść do łóżka i nie wychodzić z niego przez następne 17 godzin- najdłuższy sen w moim życiu ! Mimo wszystko w skałach przeszłam RP Samsarę 8a i Hugo 7c+ zaś cały wyjazd choć bez sportowych rewelacji zaliczam do bardzo udanych ze względu na towarzyszące mi tam osoby. W następnym wpisie relacja z zawodów w słonecznej Portugalii i kolejnej wizycie w Austrii.

avatar
0
15 czerwiec 2017, 22:34
Maja Rudka