Na Hali

   Mój niezwykle ambitny plan, zakładał spakowanie do 30-litrowego plecaka wszystkich niezbędnych rzeczy na kilkudniowy wyjazd w Tatry. I kiedy wydawać się już mogło, że mój cel jest blisko, zupełnie niespodziewanie znajdowałem na podłodze menażkę, tudzież kosmetyczkę, albo część jedzenia.

   Podjąłem jeszcze kilka prób przepakowania, konsultacji telefonicznych polegających na przekupieniu partnera, co by zabrał ode mnie jeszcze kilka rzeczy aż w końcu wyciągnąłem z szafy 60 litrowego „staruszka” i wypchałem go po sam komin. Podchodząc na Halę Gąsienicową przez Boczań, dyszałem jak lokomotywa u Tuwima, niosąc jeszcze linę i trochę żelastwa.

   Na przełęczy między Kopami zaczyna trochę wiać a na niebie ukazują się gwiazdy, będące, jak mniemam, zwiastunem dobrej pogody. W schronisku spokój i sporo wolnych miejsc. Przypominam sobie październik zeszłego roku, kiedy to walczyliśmy z Marcinem o chociażby jedną noc w Murowańcu. Na podłodze, pod prysznicem, w kuchni lub gdziekolwiek jeszcze. Wtedy nam się nie udało a dzisiaj proszę bardzo… W ośmioosobowym pokoju śpimy we troję.

   Umiarkowanym rankiem, spakowani w 30-litrowe plecaki, podchodzimy pod Czarny Staw Gąsienicowy. Pogoda niewiarygodna. Słońce i nie ma wiatru. Chcieliśmy iść w okolice Zmarzłego Stawu, na drogi lodowe ( w schronisku rozpływali się nad ilością i jakością lodu), jednak kiedy zobaczyliśmy dwa kursy taternickie zmierzające w tamtym kierunku, skręciliśmy na Bulę z postanowieniem zrobienia drogi Kochańczyka na progu Kotła Kościelcowego.

koscielec

   Podchodzimy w dość głębokim śniegu pod ścianę. Stanowisko zakładamy jakieś 10 metrów wyżej od zwyczajowego startu. Wykopujemy platformę pod nogi i zaczynamy się szpeić. Uśmiecham się, bo kilka lat temu będąc na Hali z koleżanką klubową, mieliśmy w planach zrobić właśnie tą drogę. Ba, wydawało nam się, że ją robimy, kiedy to moja, o wiele bardziej wspinaczkowo doświadczona i nie tylko, koleżanka klubowa, krzyknęła z dołu:

- To nie ta droga! Szlag by to trafił, ale to chyba nawet nie jest ta Bula!

   Zjechaliśmy wtedy z kamienia, pozostawiają dwie taśmy i jeden zakręcany karabinek. Nauka jest droga…

   Dzisiaj, jestem pewien, że jesteśmy na właściwej drodze. Startuję i po kilku metrach wbijam pierwszą igłę. Droga jest dość ewidentna, trochę odbija w lewo na progi skalne. A tu czarno, czasem odkładam dziaby i wspinam się na rękach. 

- Ile liny? - krzyczę do Robercika.

- Dawaj - słyszę z dołu co interpretuję jako spory zapas.

   Omijam pierwsze stanowisko i po zmrożonych trawkach, gdzie wbijam jeszcze jedną igłę, zmierzam prosto do kosówek gdzie zakładam stan z dwóch pętli. 

 - Chodź!!! - krzyczę do Robercika.

robert orłowski   Pogoda piękna. Spoglądam na Żółtą Turnię, Wierch pod Fajki, Granaty… Cieplutko i bezwietrznie. Po jakimś czasie zza progu wychyla się Robercik z uśmiechem.

   Pod koniec ostatniego wyciągu trochę zamotałem się z liną. Zabrakło mi jednej taśmy żeby przedłużyć przelot i przegiąłem trochę linę. Już po skończeniu drogi wściekam się odrobinę i motam dodatkowe stanowisko jakieś piętnaście metrów przed zjazdowymi taśmami. Wybieram przegiętą linę i męczę się straszliwie. Po dłuższej chwili podchodzimy do stanowiska i z wielką ulgą zakładamy zjazd. Na dolę podchodzę jeszcze raz do naszego stanowiska i walczę o zatartego frienda. Mam. Nie ma strat. Spokojnie zmęczeni wracamy do schroniska. 

   Następnego dnia idziemy na lody. Pogoda się zmieniła. Wieje i kurzy. W drodze do Koziej Dolinki robimy wszystko co jest na tych lodach możliwe.

daniel grupa2

   Do zrobienia jednej z dróg brakuje nam jeszcze jednej śruby albo odrobiny mocniejszej psychy:). Nad Zmarzłym Stawem język lodospadu ma około 20 metrów. Poznajemy Ksawerego z Hiszpanii i we trójkę, zostajemy na lodospadzie do końca dnia.

daniel grupa3

avatar
0
09 luty 2017, 14:38
Daniel Grupa