Pandemonium

Kolejny mit odhaczony. Tym razem nie poszło tak łatwo jak z resztą najtrudniejszych polskich dróg.

Przygoda z Pandemonium rozpoczęła się w pierwszej połowie marca. Wykorzystując świetną formę bulderową i idealne warunki atmosferyczne (chłód i niska wilgotność powietrza) po raz pierwszy próbuję drogę. Moje zdziwienie było spore – wykonuje wszystkie przechwyty, czuję na nich zapas i kontrolę. Wydawać się mogło że dzień, dwa powinny załatwić sprawę. Jeszcze wtedy mógłbym postawić na szybki sukces mieszkanie z wszystkimi oszczędnościami. Byłem pewny siebie i przekonany do swoich umiejętności. Kolejnego dnia umówiłem się od razu z Wojtkiem, który miał mi zrobić sesję zdjęciową podczas przejścia. Co prawda przeszedłem pierwsze miejsce z fakiem z 3 razy ale sponiewierało mi go okrutnie. Trudno, następnym razem. Kilka dni później znów Gołębnik. Zadaję z faka, czuję ból ale napieram dalej. Łapie się podchwytu kończącego trudności ale mam źle zapatentowane wyjście z niego i spadam. Przeklinam donośnie, adrenalina opada a palec napier….

1-m

Łukasz Dudek na Pandemonium. Fot. Wojtek Barczyński.

 

Ten stan rzeczy nie zmienił się praktycznie do września. Oczywiście próbowałem jeszcze w marcu ale kontuzja palca nie dawała szans na przejście miejsca z dziurą na jeden palec. W kwietniu pobyt w Hiszpanii na zregenerowanie palców. Nic nie dało. Po powrocie pierwsza wstawka i znów to samo. W czerwcu zaczynam robić przywisy na kampusie w celu wzmocnienia ścięgien. Podczas pierwszej sesji już wiem dlaczego nie targam z tego chwytu – mam tak słabe pojedyncze palce, że aż litość bierze. W lipcu i sierpniu ze względu na temperaturę zapominam zupełnie o Pandemonium. We wrześniu gdy temperatury spadają wracam do tematu.

Już od pierwszej wstawki czuję, że palec się wzmocnił. Dodatkowo wymyślam na dole łatwiejszy patent, dzięki czemu nadal tli się nadzieja. Coraz rzadziej spadam na dolnym miejscu z dziurą, za to malutkie krawądki zrzucają mnie raz po raz. Z każdym dniem czuję coraz większy zapas na drodze, jednak wizualnie zupełnie tego nie widać. Ciągle latam z krawadek. Dni mijają i zaczynam się zastanawiać czy ma to sens. W końcu daję sobie datę 3 październik (ur. mojej żony Basi). Jeśli do tego terminu nie zrobię daję sobie z 10 dni wolnego od Gołębnika, by odpoczęło ciało i przede wszystkim głowa. Samo przejście wyglądało tak jak sobie wyobrażałem. Rozgrzewka, pierwsza wstawka i dojście do zjazdowca. Nie było heroicznej walki, wyciskania 7 potów. Na tej drodze się nie walczy, po prostu trzeba się perfekcyjnie wspiąć. Każdy błąd kończy się odpadnięciem. Pandemonium jest jak bezwzględny nauczyciel karzący za najdrobniejsze niedociągnięcie, zawahanie…

2-m

 Fot. Wojtek Barczyński.

 

Z pewnością nie potraktuję tej drogi jako kolejnej 9a dopisanej do zeszytu. Dla mnie to coś zupełnie wyjątkowego, nie dającego się zmierzyć. Odczarowanie mitu, legendy, drogi wokół której zgromadziła się potężna dawka energii, zarówno tej pozytywnej jak i negatywnej. Podczas każdej próby trudno było utrzymać emocje na wodzy. W głowie zawsze zostaje świadomość, że to nie zwykła droga tylko Pandemonium…

Łukasz Dudek

avatar
0
01 październik 2014, 09:14
Łukasz Dudek