Polecam krótki tekst Małgorzaty Klamry, oddający sprawiedliwość , agencjom górskim w Pakistanie

Tak się zastanawiałam dłuższą chwilę, jak ten tekst rozpocząć. Prawdę mówiąc zaczynałam kilka razy i za każdym razem wydawał mi się… nieciekawy, delikatnie mówiąc. Ale chyba już wiem… Wczoraj w nocy kładliśmy się spać z przeświadczeniem, że atak  szczytowy na Kanczendzandze jest odwołany, że już rano nic większego się nie wydarzy. Napięcie i adrenalina, troszkę opadły. Aż tu rano, bomba!

 

Co prawda wiadomości skąpe niezwykle, bo SMSy od Denisa Urubko są zwięzłe, ale za to jest wiadomość najważniejsza. Denis Urubko dzisiaj o 9.40 czasu lokalnego stanął na szczycie Kachendzongi. Ośmiotysięcznik został zdobyty drogą klasyczną – brytyjską, jednak nowym wariantem. Po tym jak zespół zawrócił, około sto metrów przed szczytem, Denis zdecydował się na samotną wspinaczkę dalej. Tutaj sto metrów, pokonujemy w kilka minut, tam to oznacza kilka godzin walki z mrozem, wiatrem, śniegiem. Ale przede wszystkim jest to walka z uczuciem zimna, pragnieniem, czasami lękiem, walka o każdy oddech. Oczywiście, możemy również powiedzieć, że jest to kreowanie własnego ja, czy że jest to forma twórczości… ale tu i teraz, jest to sztuka cierpienia.
Denis Urubko dziś ma swój wielki dzień. Był na szczycie, sięgnął tam po swoje marzenia, ale też pozwolił się i nam w nich nie co ogrzać. Bo któż z nas nie miał dziś lepszego dnia?
Serwisy górskie się aż zatrzęsły od kolejnych postów, które trzeba było zamieszczać. Telefony dzwoniły i odbywały się ożywione rozmowy, niektóre z pań dostały za pewne rumieńców od tego. Czym by było życie bez takich dni?! Co prawda sama te rozmowy odbywałam częściowo z kawiarni, znad ogromnej filiżanki cappuccino, a częściowo z ogrodu (dziś pokazały się ośnieżone szczyty Tatr – tak dla Denisa, pomyślałam spoglądając w ich kierunku), ale emocje ogromne. Tu na dole, w zgiełku tłumu, wśród sklepów… poczułam powiew himalajskiego wiatru. Takie dni nadają znaczenie, dają wspomnienia, są ważne.
A kilka miesięcy temu, byliśmy na Nanga Parbat… o Lattabo możemy już spokojnie opowiadać, Safdar Karim, osobiście nauczył mnie poprawnej wymowy, nazwy tej malutkiej osady. Zaczynaliśmy dzień o siódmej rano pierwszymi komunikatami, a ja spoglądając na zegarek natychmiast miałam w świadomości czas Pakistanki (do dziś z resztą go przeliczam dość odruchowo). Dwa miesiące na Nanga Parbat zimą odmieniło nas wszystkich. Pozwoliło chociaż musnąć, tych wszystkich wartości po które jedzie się TAM. Jesteśmy inni po tych tygodniach w Lattabo i jesteśmy inni po dzisiejszym dniu. Nie można powiedzieć, że lepsi czy gorsi. Nie… inni. I uśmiechamy się…
Tylko to wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie bohaterowie drugiego planu. Których nie widać, o których nie słychać. To agencje górskie. Jasmine Tours & Trawel, która opiekowała się Nanga Dream, Hunza Guides Pakistan, która opiekowała się wyprawą TNF i Daniele Nardi. Mountais Expert Pakistan, która opiekowała się wyprawą na Broad Peak w 2012/2013 i malutka agencja Adventure Hunza, Treks, Adventure Hunza, Treks, Tours & Expeditions
Nie znamy ich nazw, bo i skąd? Imiona i nazwiska i szefów zwykle skądś kojarzymy. To właśnie dzięki Asgarowi Ali Porikowi, Karimowi Hayatowi i Safdarowi Karimowi, himalaiści dotykają dachu świata, a my nie wyjeżdżając z domu przeżywamy wielką przygodę.
To Ci ludzie, o których nawet nie myślimy, oglądając kolejne zdjęcia z wyprawy, załatwiają kolejne formalności w urzędach. Organizują porterów, samochody, jaki, osiołki, wypożyczają potrzebne sprzęty, do przetrwania w i tak trudnych warunkach. Kontaktują się z ludnością lokalną, a czasem dostarczają dobra luksusowe. Na przykład, zimną Coca Colę…
Oczywiście nie robią tego za darmo, bo w dzisiejszym świecie, w ogóle nie wiele rzeczy jest za darmo. Oni również mają rodziny i żyją w tym trudnym miejscu do mieszkania z tego co tam najcenniejsze – z gór. Podobnie jak krakowianie z zabytków. To jest ich dobro naturalne i niech tak będzie.
W tym roku, gdy lawina porwała Michała Obryckiego i Pawła Dunaja, Asgar Ali Porik bez chwili zastanowienia wyłożył dwa tysiące dolarów, które pozwoliły zapewnić chłopcom opiekę.
Karim Hayat wyszedł na wysokość 7820m, z nadzieją, że będzie mógł pomóc Maciejowi Berbece, a może i Tomkowi Kowalskiemu.
Te gesty wykraczały daleko po za ich działalność biznesową, a to tylko dwa spośród pewnie wielu przykładów. Oczywiście są i negatywne doświadczenia, o których trzeba mówić i ostrzegać przed osobami nieuczciwymi.
Ale w tym komentarzu, chciałam zwrócić uwagę na tych dzięki którym, my przeżywamy chwilę szczęścia i ekscytacji, a himalaiści dokonują rzeczy wielkich. Na agencje górskie ich szefów i pracowników, których imion i nazwisk nikt nie zna.
Małgorzata Klamra

avatar
0
31 maj 2014, 10:10
Tomek Mackiewicz