Polish Elbrus and Kazbek 2016 Expedition - podsumowanie

19 23 Copy

Dzień 1 (wtorek 21.06.2016r.) - Mc Donald

I tutaj rozpoczyna się cała przygoda. W zasadzie ten dzień jest najspokojniejszy ze wszystkich, bo wszystko idzie zgodnie z planem. Rano, już żądni wrażeń, wstajemy z łóżek i z niecierpliwością oczekujemy TEJ godziny, a TĄ godziną jest 14.30, czyli czas, w którym spotykamy się wszyscy, czyli Janusz, Michał, Marcin i ja. Owijamy plecaki folią stretchową, pakujemy do samochodu, żegnamy się z rodziną i wyruszamy na lotnisko im. Jana Pawła II w Krakowie.

2 Copying

Stąd o 18:00 mamy samolot do Warszawy, a dla dwóch z nas: Michała i Marcina, jest to pierwszy lot samolotem pasażerskim, więc już podczas tego odcinka podróży wrażenia się nasilają. W Warszawie lądujemy około 19:00, a na lotnisku im. Fryderyka Chopina kolejna część planu, czyli po dwa Big Mac’ki na głowę i zimna cola do tego :) Teraz zostaje już tylko czekać na samolot do Tbilisi, który odlatuje nieco przed 23:00. Wsiadamy do niego i tak mija pierwszy dzień podróży.

8 1 Copy

 

Dzień 2 (środa 22.06.2016r.) - Stara Wołga

Po 4.00 meldujemy się na lotnisku w stolicy Gruzji, odbieramy niestety ciężkie bagaże, które będą nam od tej pory towarzyszyć i udajemy się rozmienić nasze dolary na miejscową walutę, jaką są gruzińskie lari. I teraz zaczynamy się zastanawiać, czy po wyjściu z lotniska znajdziemy jakiegoś taksówkarza, który zawiezie nas na dworzec Didube w centrum Tbilisi. Nadchodzi ta chwila, czyli otwierają się przed nami wyjściowe drzwi lotniska i nawet nie zdążyliśmy zaczerpnąć gruzińskiego powietrza, a cała chmara kierowców zasypuje nas ofertami przejazdu. Nawet nie trzeba mówić, gdzie chcemy się udać, bo oni zrobili już to za nas. W końcu wybraliśmy jednego z nich i początkowo chciał on 130 lari, ale udało nam się utargować na 80 lari (oczywiście za całą taksówkę, czyli koszt dzieli się na nas czworo). Mimo wszystko później stwierdziliśmy, że to i tak zbyt dużo, powinniśmy dać mu nie więcej niż 50 lari, ale człowiek uczy się na błędach. Upchaliśmy jakoś nasze plecaki i wory do bagażnika, a teraz czas, żebyśmy wsiedli i my. Tutaj moje zdziwienie: kierowca siada na miejscu pasażera, wtedy pomyślałem sobie, że może ktoś z nas musi prowadzić, ale po wejściu do środka okazuje się, że kierownica jest po prawej stronie – w Gruzji jest mnóstwo samochodów z całego świata, więc później staje się to normą.

I tutaj zaczyna się brawurowa jazda naszego kierowcy - znaki przy drodze pokazują dozwoloną prędkość 50km/h, a na liczniku jest 150km/h – taka mała różnica, ale nie ma się co przejmować – to jest Gruzja. Nasz przewoźnik zawozi nas do kolejnych kierowców, którzy mają się dogadać między sobą i swoimi menadżerami (których jest więcej od kierowców) oraz ustalić cenę za przejazd do Władykaukazu. Po długiej rozmowie przechodzącej momentami w kłótnie, podają cenę 320 lari, a nam udaje się ją zbić do 250 lari, z czego 100 idzie do menadżera, a z reszty kierowca musi kupić paliwo i niewielka część zostaje dla niego. Teraz przedstawia nam super wóz, którym nas zawiezie, podkreśla, że na rosyjskich blachach, więc bez problemu przejedziemy przez granicę, ale jakoś się nam to nie uśmiecha, bo tym super wozem okazuje się stara Wołga warta 100$, do której nie mieszczą się plecaki, więc jeden z nich musimy trzymać ze sobą na kolanach.

8 10 Copy

W końcu ruszamy – nasz kierowca, którego imię to Omar, wydaje się być bardzo miły, nawet przy ciekawszych miejscach zatrzymuje swój wóz i opowiada nam co nieco. Zastanawiamy się, dlaczego obok drogi są zarzynane barany, a Omar informuje nas, że dzisiaj jest największe gruzińskie święto i będzie tędy przejeżdżał sam prezydent we własnej osobie. Po drodze jest mnóstwo policjantów rozmawiających przez telefon, na których Omar nie oszczędza klaksonu.

Zaczynają się też pierwsze problemy – nasza Wołga gaśnie i nie chce odpalić, ale na szczęście po 10 minutach udaje się ją wskrzesić. Niestety Omar stwierdza, że daleko nią nie zajedziemy, ale nie mamy się co martwić, jego brat nas dostarczy na miejsce. Przed miejscowością Stepancminda wysiadamy z Wołgi, bracia teraz proponują nam jeszcze, że zawiozą nas do Nalczyka za 3000 rubli (1500 płatne z góry Omarowi, a 1500 na miejscu jego bratu – Muratowi). Ruszamy w kierunku przejścia granicznego w Lars, a podczas drogi Murat wyciąga spod wycieraczki maczetę, ale uspokaja nas, że to tylko do samoobrony albo też przydaje się do zabicia barana. Dojeżdżamy w końcu do granicy gruzińsko – rosyjskiej, a tam okazuje się, że zabrakło prądu i jesteśmy zmuszeni czekać bardzo długo w 30 – sto stopniowym upale. W tym czasie pogranicznicy rosyjscy oglądają sobie i podają przez płot nasze paszporty. W końcu prąd wraca i można uruchomić procedurę sprawdzania wiz, którym Rosjanie się bardzo dokładnie przyglądają, ale w końcu okazuje się, że wszystko w porządku i możemy ruszać dalej. Chwilę później docieramy do Władykaukazu, gdzie kupuję kartę SIM Megafon z Internetem (niestety na paszport Murata, bo na mój się nie dało), wodę i coś do zjedzenia. Kierowca stwierdza, że jednak mu się nie chce dalej jechać, bo jest święto i potrzebuje spędzić czas z rodziną, ale na szczęście dzwoni po jakiegoś kumpla, który po nas podjeżdża i wiezie do Nalczyka. Drugą połowę, czyli 1500 rubli, które mieliśmy dać Muratowi, dajemy jego koledze, więc wychodzi na to, że Murat nic nie zarobił, a jeszcze stracił na paliwo, ale podał nam oczywiście swój numer, pod który mamy dzwonić, jak będziemy chcieli wracać.

W Nalczyku znajdujemy kierowcę, który za 35$ zawozi nas już do Terskola, w którym meldujemy się u służb ratunkowych, kupujemy gaz i ruszamy na biwak do Azau. Po około 30 minutach drogi jesteśmy już na miejscu, rozbijamy namioty i kładziemy się spać, bo jutrzejszy plan to wyjście pod Beczki (wys. około 3600m n.p.m.) i założenie tam obozu.

8 13 Copy8 16 Copy 

 

Dzień 3 (czwartek 23.06.2016r.) - Przymusowy biwak

O godzinie 7:00 słońce dobija się do namiotów i daje znać, że czas już wstać. Szybkie śniadanko (kluski śląskie przywiezione z Polski), zwijanie namiotów, pakowanie wszystkich rzeczy i ruszamy w kierunku Starego Krugozora (3050m n.p.m.). Po drodze mijamy początek kolejki, którą można się dostać na wysokość 3450m n.p.m. (my nie korzystamy z żadnych udogodnień typu kolejki, ratraki itp.). Zaczynamy piąć się w górę po bardzo kruchym podłożu, a każdy krok to walka z plecakiem ważącym 30kg. Wyprzedza nas rosyjska armia (na nasze oko to chłopcy 17-18 lat), która z całym ekwipunkiem codziennie odbywa trening do stacji MIR i z powrotem. Na 3200m n.p.m. zaczyna się śnieg, który będzie nam towarzyszył aż do szczytu, a słońce odbijające się od niego, zaczyna zostawiać ślad na naszej skórze. W końcu docieramy do stacji MIR, gdzie odpoczywamy chwilę i ruszamy z zamiarem dotarcia niedaleko Beczek (3700m n.p.m.).

15 32 Copy

Niestety 30min po wyruszeniu dopada nas ulewa, więc jesteśmy zmuszeni rozłożyć szybko namioty, aby jak najmniej rzeczy przemokło. Około 15 min po tym przestaje padać, ale właśnie w tym czasie w okolicy przejścia granicznego w Lars schodzi lawina błotna, która odetnie nam drogę powrotną, o czym w dalszej części relacji.

15 64 Copy

Jest już późno, kładziemy się z zamiarem odzyskania sił przed jutrzejszym dniem, ale niestety wysokość już tutaj zaczyna działać i przez całą noc słyszymy tylko głośne bicie serca, a śpimy w sumie może 2 godziny.

 

Dzień 4 (piątek 24.06.2016r.) - Praca na wysokości

Po nieprzespanej nocy ciężko powiedzieć że „budzimy się”, lepiej będzie „wychodzimy z namiotów” około 6:00, myjemy zęby, jemy na śniadanie kabanosy, kisiel, zupkę pieczarkową popijając herbatą, później zwijamy cały biwak i ruszamy z zamiarem wejścia na wysokość 4300m n.p.m. i rozbicia tam obozu. Pogoda jest przecudna, słońce zalewa stoki Elbrusa, temperatura odczuwalna to na pewno ponad 20 stopni Celsjusza i przy tym totalny brak wiatru. Mijamy schronisko Priut 11 na wysokości około 4100m n.p.m. i idziemy dalej w górę.

15 68 Copy

Na docelowej wysokości, czyli 4300m n.p.m. znajdujemy super miejsce, osłonięte skałami, pod założenie naszego obozu, którego nie będziemy już przenosić wyżej (z niego odbędzie się atak szczytowy). Przygotowujemy platformę pod namioty, energicznie ubijając śnieżne podłoże, rozbijamy „przenośne domy” i zaczynamy topić śnieg na jakiś posiłek. Na tej wysokości zagotowanie 1l wody ze śniegu zajmuje bardzo dużo czasu, przez co zużycie gazu jest spore.

17 5 Copy

Warto dodać, że w dzień na tej wysokości, przy pełnym słońcu, ciężko jest wytrzymać – tak jest gorąco, a w nocy temperatura spada do -10 stopni Celsjusza. W każdym razie, jak słońce zaczyna zachodzić, to wchodzimy już do śpiworów i ustalamy plan na następny dzień. Idealna pogoda ma być w niedzielę, więc jutro postanawiamy zrobić aklimatyzację i wyjść do przełęczy pomiędzy dwoma wierzchołkami Elbrusa.

 

Dzień 5 (sobota 25.06.2016r.) - Tajemniczy strumyk

Całą noc bardzo mocno wieje i zmrożony śnieg uderza o ścianki namiotu, więc nie wstajemy zbyt wcześnie rano. Dopiero przed 8:00 zawierucha ustaje i możemy wyjść na zewnątrz. Nie wierzymy własnym oczom, że pogoda może się tak szybko zmienić (a w tym przypadku poprawić). Wszystkie stoki oświetlone, wiatr całkowicie się uspokoił, jednym słowem – pogoda idealna do wyjścia w górę. Około 9:00 zaczynamy piąć się ponad chmury, głównie z myślą o aklimatyzacji. Wysokość daje o sobie znać w postaci niesamowitego bólu w mięśniach. Po około 4 godzinach marszu stajemy na przełęczy rozdzielającej dwa wierzchołki - czyli dzisiejszy plan wykonany.

18 2 Copy

18 8 Copy

Schodzimy w dół, do naszych namiotów i robimy sobie godzinną drzemkę. Siedząc przy namiocie słyszymy, jakby w pobliżu płynął strumyk – przydałby się nam bardzo, bo czas gotowania wody byłby o wiele krótszy. Tym bardziej, że dwójce z nas skończył się już gaz i musimy iść spytać dziś do Priuta, czy nie mają nam odsprzedać. Idziemy sprawdzić i okazało się, że to jednak malutki strumyk, ale „czynny” tylko dwie godziny dziennie (kiedy słońce oprze się tak, że go roztopi). Napełniamy wszystkie butelki wodą i idziemy teraz do Priuta po gaz, a przed wyjściem zastanawiamy się, ile może kosztować. Skoro na samym dole kupiliśmy po 800 rubli, to tutaj cena będzie na pewno wyższa niż 1000 rubli, więc zabieramy w razie czego więcej pieniędzy. Po dojściu do schroniska i zapytaniu się ile zapłacimy za jeden kartusz gazu, długo nie możemy dojść do siebie – gaz kosztował nas 100 rubli – tak… nigdzie nie zgubiłem zera (czyli około 7zł). Wracamy szczęśliwi do namiotów, gotujemy herbatę na jutrzejszy atak szczytowy, budziki nastawiamy na 1:30 i kładziemy się spać.

 

Dzień 6 (niedziela 26.06.2016r.) – ATAK SZCZYTOWY

Dzwoni nasz budzik, wyłączamy go, i znowu jest cisza… nie, jednak nie ma ciszy, wydaje nam się, że zostaliśmy przeniesieni w pobliże autostrady. Jak się okaże chwilę później, wysokościowe taksówki (ratraki) wywożą ludzi już od godziny 1:00 na wysokość 5100m n.p.m. Teraz czeka nas najgorsza chwila: wyjście z cieplutkiego śpiwora na zewnątrz, gdzie panuje temperatura -10 stopni Celsjusza. Długo zwlekamy, ale w końcu, z wielkim trudem, wychodzimy, zjadamy posiłek liofilizowany, ubieramy się, zakładamy cały potrzebny sprzęt i wychodzimy w górę.

18 47 Copy

Jest jeszcze całkowicie ciemno, mróz szczypie w końcówkę nosa, zmrożony śnieg trzeszczy pod nogami, a my z każdym krokiem zdobywamy wysokość. Jest bezwietrznie, powoli zaczyna się rozjaśniać – jednym słowem - zapowiada się piękny nowy dzień. I w końcu nastaje jedna z najpiękniejszych chwil podczas wyprawy – wschód słońca, który z tej wysokości wygląda naprawdę imponująco. Odwracamy się, a naszym oczom ukazuje się niesamowity kształt, którym jest cień Elbrusa.

18 52 Copy

18 53 Copy

Pniemy się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu stajemy na przełęczy pomiędzy dwoma wierzchołkami. Stąd bardzo wielu ludzi wraca w dół, a część decyduje się iść na główny wierzchołek Elbrusa o wysokości 5642m n.p.m.

19 10 Copy

Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej. Na tej wysokości ilość tlenu jest tak mała, że każdy krok, który przybliża nas do wierzchołka, czujemy jako piekący ból w mięśniach. I tak krok za krokiem, pomału idziemy w stronę szczytu, aż do momentu, kiedy wyżej nie da się już wyjść . TAK, JESTEŚMY NA SZCZYCIE!!! Łzy cisną się do oczu, w końcu to kolejny szczyt należący do Korony Ziemi i nasz pierwszy z celów podczas tej wyprawy. Ciężko opisać, co czuje człowiek stojący na szczycie, do którego wyjścia przygotowywał się przez długi czas. Żeby to poczuć, trzeba tam po prostu być, ale w skrócie: przez chwilę jest się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Jest godzina 9:30, a wejście na wierzchołek z namiotów zajęło nam 6,5h.

19 23 Copy

19 20 Copy

19 21 Copy

19 22 Copy

19 24 Copy

19 33 Copy

Po zrobieniu zdjęć, odpoczynku, uzupełnieniu płynów, czas już schodzić w dół, do naszych namiotów. Słońce przez cały czas nam towarzyszy, schodzimy na przełęcz, na której znajduje się awaryjny schron dla 2 osób, który może uratować życie w przypadku załamania pogody. Z przełęczy już bardzo szybko schodzimy do naszego obozu, jemy szybki posiłek, popijając herbatą i ucinamy sobie drzemkę. Po południu nabieramy jeszcze wody ze odkrytego wcześniej strumyka, gramy szybką partyjkę w karty i po zachodzie słońca kładziemy się spać. To był dla nas wielki dzień, wszystko poszło zgodnie z planem, no i udało się spełnić kolejne z marzeń.    

 

Dzień 7 (poniedziałek 27.06.2016r.) – Lawina błotna

Dzisiaj już żaden budzik nie zakłóca naszego snu i wstajemy wypoczęci, jak nigdy po 14 godzinach snu. Bowiem czeka nas tylko szybkie zejście do Terskola, by jak najszybciej przedostać się pod Kazbek i jeśli zostanie nam czas wolny, to spędzimy go właśnie w miejscowości Stepancminda (Kazbegi). Zwijamy więc cały ekwipunek i ruszamy w dół, po drodze kupując jeszcze w Priucie 2 kartusze z gazem (tym razem po 400 rubli, a nie po 100, widocznie właściciel miał gorszy dzień). Bardzo szybko schodzimy do stacji MIR, gdzie kupujemy coca-colę, o której myśleliśmy od poprzedniego dnia. Odczuwamy tutaj też potrzebę zjedzenia jajecznicy, więc postanawiamy sobie, że po zejściu kupujemy jajka i ją przyrządzimy.

Odzyskuję tutaj też zasięg w telefonie i dociera do nas wiadomość, w którą nie możemy uwierzyć: przejście graniczne w Lars (rosyjsko-gruzińskie) zamknięte z powodu lawiny błotnej, która porwała jedyną drogę, prowadzącą tamtędy. Dzwonimy więc do ambasady polskiej w Gruzji, aby się upewnić, ale Pani konsul nie wie o tym nic, spróbuje się dowiedzieć. Dzwonimy więc do naszego kierowcy, a ten twierdzi, że granica jest otwarta, żadna lawina nie zeszła, polegamy więc na nim (w końcu miejscowy to ma najpewniejsze informacje) i umawiamy się, żeby przyjechał po nas jutro o 14:00 do Nalczyka i nas do Stepancmindy. Dzwonimy też do drugiego kierowcy, który o 11:00 zabierze nas z Terskola do Nalczyka. Wszystko umówione, pogłoski o lawinie zdementowane, więc schodzimy na sam dół. Myśl o jajecznicy nas nie opuszcza. Po zejściu do Azau pytamy jeszcze tamtejszych taksówkarzy dla pewności o tą lawinę, a jeden z nich odpowiada, że przejście jak najbardziej otwarte, a drugi z nich mówi, że będzie trzeba przejść 15km pieszo. To dla nas żaden problem, tylko dlaczego te informacje się sprzeczne? Wskazuje na to, że coś musiało się tam wydarzyć, ale skoro jesteśmy już umówieni z Muratem, to na pewno on nas zawiezie. Rozbijamy namioty w tym miejscu, gdzie mieliśmy je rozłożone, po przyjeździe z Tbiilisi, i udajemy się się na zakupy do sklepu położonego 30 minut drogi od miejsca biwaku. Kupujemy 20 jajek, sól, chleb, masło, pomidora, cebulę i już nie możemy się doczekać, aż przyrządzimy najwspanialsze danie na tej wyprawie. Szybko udaje nam się wszystko upichcić i właśnie próbujemy najlepszej jajecznicy na świecie. Jest wspaniała!

19 85 Copy

Po zjedzeniu idziemy się ukąpać do pobliskiego potoku, w którym woda jest bardzo zimna, oj bardzo (spływała bowiem z lodowca). Po „prysznicu” wskakujemy do śpiworów, a nasze powieki szybko się zamykają.

 

Dzień 8 (wtorek 28.06.2016r.) – GEORGIA OK

Wstajemy znowu po 14 godzinach snu, wypoczęci i gotowi do ataku na Kazbek. Po spakowaniu się, schodzimy z Azau do Terskola. Po zejściu i wymeldowaniu się u służb ratunkowych siadamy na pobliskim murku i czekamy na naszego kierowcę. W międzyczasie zajadamy się lodami śmietankowymi – tak naprawdę ŚMIETANKOWYMI, całkiem inaczej smakującymi, niż w Polsce.

21 1 Copy

Po drodze zauważamy, że śmigłowiec ląduje w pobliżu budynku służb. Zastanawiamy się, czy to jakaś akcja ratunkowa…? więc idziemy sprawdzić bliżej bramy, co się dzieje. Ku naszemu zdziwieniu wychodzą z niego ratownicy, biorą do rąk kosy spalinowe, grabie i zaczynają robić porządki wokół budynku. Ciekawy transport im się trafił :) W końcu o umówionej godzinie przyjeżdża po nas Rahmed – kierowca, który ma nas podwieźć do Nalczyka. 120km przejechane, jesteśmy w Nalczyku i teraz czekamy na kolejnego kierowcę – Murata, który przewiezie nas przez granicę, z Nalczyka do Stepancmindy. W końcu podjeżdża klimatyzowany, srebrny mercedes, otwiera się okno od strony kierowcy i ze środka słyszymy głośne: GEORGIA OK! GEORGIA OK! Nie tylko my słyszmy, lecz także wszyscy wokół nas, ale to jest przecież ulubione powiedzenie Murata i nikt mu tego nie zabroni. Mamy też pewne podejrzenia do tego nowego samochodu, ale nie roztrząsajmy już tego, ważne że jest wygodnie. Ruszamy, już w pełnym komforcie, pod nasz kolejny cel – Kazbek. Droga przebiega w spokoju, przejeżdżamy Władykaukaz i zbliżamy się do granicy. Dosyć wcześnie widzimy olbrzymi korek utworzony z tirów (koło 35km długości), a po prawej stronie drogi pogranicznika, który tworzy z rąk krzyżyk i z jego ust wydobywają się dwa najgorsze słowa, po których nie możemy do siebie dojść: GRANICA ZAMKNIĘTA. Szok, niedowierzanie, ale jak to!!!???... Przecież Murat mówił, że jest otwarta... On sam też w to nie może uwierzyć. Taki właśnie tutaj jest przepływ informacji – NIKT NIC NIE WIE!

Stajemy przy pobliskim sklepie i rozmawiamy z kierowcami, którzy tutaj stoją, pytając przez jak długo ma być zamknięte przejście. Oni na to, że do 30 dni mają otworzyć. Aha, no to super, musimy się teraz zastanowić, co robić dalej. Myślimy też, co zrobią Ci kierowcy tirów, którzy będą tutaj stali z wszystkimi produktami, przez 30 dni. Oj nie chciałbym być jednym z nich. W każdym razie do wpadamy na pomysł, żeby przejechać przez Azerbejdżan, ale szybko zostaje wyrzucony z naszej głowy, bo przecież nie mamy wiz do Azerbejdżanu. Pojawia się kolejny plan: przejedziemy do Soczi, a stamtąd do Batumi autobusem. Kierowcy uświadamiają nam, że jeśli wjedziemy z Soczi do separatystycznej republiki, jaką jest Abchazja, to już stamtąd nie wyjedziemy, bo Gruzini nas nie wpuszczą, a wiza do Rosji jest tylko jednokrotnego wjazdu. To jest jakiś absurd, co tu się dzieje! Ale dochodzi nas wiadomość, że z Soczi kursują regularnie promy do Batumi i Poti. OK, to teraz musimy dostać się do Soczi; myślimy najpierw, aby jechać autokarem, ale stwierdzamy, że musimy się spieszyć, aby zdążyć zdobyć Kazbek. W takim razie pytamy naszego kierowcę, czy nas podwiezie do Soczi, a on stwierdza, że bardzo chętnie, ale dopiero wczoraj kupił ten samochód i nie ma jeszcze od niego dokumentów. Hmmmm… nasze podejrzenia co do tego mercedesa się sprawdzają, ale ku naszemu szczęściu inny kierowca, który czeka na granicy już od 5 dni, mówi nam, że i tak mu się tutaj nudzi i może nas podwieźć. Po negocjacji ceny za przejazd, udaje nam się ustalić ją na 13 000 rubli za 4 osoby. Ładujemy plecaki do bagażnika starej Wołgi przerobionej na gaz, związujemy go sznurkiem i ruszamy w 800km drogę do Soczi, która zajmie nam około 14 godzin. Po wejściu do Wołgi, dalej nie możemy uwierzyć w to co się stało, a z tymi granicami to jest naprawdę jakieś nieporozumienie, aby nie można było się przedostać do Gruzji w żaden inny sposób drogą lądową. I na tych rozmyślaniach mija kolejny dzień naszej wyprawy.

 

Dzień 9 (środa 29.06.2016r.) - Stacja kolejowa zamiast portu

Musimy być cały czas czujni, ponieważ widzimy, że naszemu kierowcy zaczynają zamykać się oczy, więc nie śpimy wcale. W końcu postanawia uciąć sobie drzemkę na poboczu, a my razem z nim na chwilę zamykamy oczy. Budzi nas syrena policyjna i policjant zaraz puka do okna kierowcy. Okazuje się, że tutaj nie wolno spać w pobliżu jezdni i kierowca zmuszony jest zapłacić mandat w wysokości 1000 rubli. No cóż… takie rzeczy się zdarzają i nic na to nie poradzimy. Ciekawy jest tutaj również sposób tankowania gazu na stacji: leje się do pełna, a gdy się już nie mieści, dwie osoby opierają się na samochodzie i potrząsają nim z całej siły. W ten sposób gaz się „ubija” i wchodzi go więcej. Dobrze, że w Polsce się nie praktykuje takich zwyczajów.
Dojeżdżamy wreszcie do wybrzeża Morza Czarnego, a stąd do Soczi już tak niewiele kilometrów, które jednak najbardziej dłużą się na tej trasie. Odtąd droga staje się bardzo kręta, wznosi się i opada oraz... no właśnie: wyobraźcie sobie, że główna droga wzdłuż wybrzeża przechodzi w drogę szutrową, po której samochodem w tym stanie nie da się jechać więcej niż 40km/h. To przecież takie zwyczajne :) W każdym razie udaje nam się dostać w końcu, po 14 godzinach jazdy, do letniej stolicy Rosji – Soczi. Taki mały przeskok: Elbrus -> Soczi :)

20 13 Copy

Prosimy kierowcę, aby podwiózł nas do portu i rozliczamy się z nim na miejscu. Teraz musimy tylko znaleźć kasy, gdzie możemy kupić bilety na prom do Batumi lub Poti. W końcu udaje się nam, ale w kasie dostajemy kolejne informacje, które nas całkowicie dobijają. Żadne promy nie kursują, jest jedynie wodolot do Batumi, który pływa tylko w piątki, cena z naszym bagażem to jakieś 15 000 rubli (1100zł) od osoby i niekoniecznie Polacy zostaną wpuszczeni na jego pokład. Jednym słowem – super. Stoimy tak w miejscu przez 10 min i zastanawiamy się, co robić dalej; w tym momencie lega w gruzach marzenie o zdobyciu Kazbeka. Nie ma drogi, którą można się dostać do Gruzji w przystępnej cenie. Mało tego – przepadają również nasze lotnicze bilety powrotne z Tbilisi do Krakowa. Gdy my tak stoimy, podchodzi do nas bardzo miły mężczyzna i pyta, czy może nam jakoś pomóc, bo dziwnie wyglądamy w tych plecakach, z takim sprzętem w Soczi. Pytamy go o pociągi do Polski, a on odpowiada, że najlepiej dostać się do Moskwy, a stamtąd dojedziemy już wszędzie. Prosimy go więc, żeby zaprowadził nas na przystanek, z którego dostaniemy się na stację kolejową. Szybko jesteśmy już na miejscu i kupujemy bilety na najbliższy pociąg do Moskwy za 3500 rubli od osoby. Przed nami 38 godzin drogi, niecałe 2000km do stolicy Rosji. Kto się spodziewał takiego obrotu sytuacji? Na pewno nikt z nas: Elbrus->Soczi->Moskwa, zobaczymy, co ciekawego czeka nas jeszcze. Przy wsiadaniu do pociągu nasz naczelnik wagonu pyta, po co przyjeżdżamy do Rosji, skoro przyjaźnimy się ze Stanami Zjednoczonymi, my nawet nie odpowiadamy mu na to pytanie, bo stwierdzamy, że jest tak głupie, że nie ma na nie odpowiedzi. Resztę dzisiejszego dnia spędzamy w pociągu grając w karty, rozmawiając, ale także żałujemy trochę tego Kazbeku, który był drugą częścią naszego planu.

21 26 Copy

 

Dzień 10 (czwartek 30.06.2016r.) - Przerwa na loda

Noc w pociągu była bardzo długa, bo wstajemy dopiero o 12:00, i po zjedzeniu czegoś ciepłego dalej leżymy, bo cóż innego można robić w zamkniętym wagonie. Podczas dłuższej przerwy wychodzimy się przejść na zewnątrz tej „klatki” i tradycyjnie kupujemy sobie lody. Tutaj już troszkę inny smak niż w Terskolu, ale mogą być. Wsiadamy znowu do pociągu i w nim spędzamy resztę dnia. Wieczorem nastawiamy tylko budziki na 5:00, bo przyjazd do Moskwy jest planowany na około 5:30.

 

Dzień 11 (piątek 01.07.2016r.) - Kreml

Wreszcie wysiadamy na dworcu w Moskwie, teraz musimy metrem przedostać się tylko na białoruską stację kolejową, bo dowiedzieliśmy się, że z niej już bezpośrednio dojedziemy do Warszawy, w dodatku komfortowym pociągiem, w którym można wziąć prysznic (oj… bardzo by się nam teraz przydał…). Moskiewskie metro to jedno z najstarszych metr na świecie. To, co je odróżnia od innych, to monumentalność, malowidła i ozdoby z czasów carskich. Bilet do metra kupujemy za 50 rubli, zjeżdżamy schodami w dół i odszukujemy, który pociąg zawiezie nas na białoruską stację kolejową.

21 30 Copy

21 33 Copy

Szybko odnajdujemy, wsiadamy i za moment już jesteśmy na miejscu. Stajemy przy kasie z biletami międzynarodowymi i rozmawiamy między sobą. Po chwili osoba, która stoi przed nami zagaduje do nas w naszym ojczystym języku – ależ jesteśmy zdziwieni – to Polak! Okazuje się, że też jedzie do Warszawy, niepokoi nas tylko jedna rzecz: na stronie, na której otwarty jest jego paszport zauważamy wizę tranzytową przez Białoruś. Czyżby kolejne problemy?... Pytamy go, czy jeśli nie będziemy wysiadać z pociągu, również potrzebujemy tej wizy. On bez wahania odpowiada, że tak, ale prosimy go, by spytał jeszcze kasjerki. Ona znowu mówi, że bilety może nam sprzedać, ale najprawdopodobniej zostaniemy wysadzeni przy granicy. Czyli plan szybkiego powrotu do Warszawy również odpada. Powstaje pytanie, co teraz…? Dzwonimy do ambasady, a Pani konsul informuje nas, że może nam wyrobić wizy w tempie ekspresowym, tzn. do dwóch dób, ale… koszt to 100$ od osoby. Od razu odrzucamy ten pomysł i decydujemy, że musimy dostać się na Ukrainę, a stamtąd już z górki będzie do Polski. Wsiadamy znowu do metra i jedziemy na kijowską stację kolejową. Pytamy pani w okienku, gdzie są połączenia najbliżej granicy Polski, ona odpowiada, że najlepszą opcją będzie Kijów. W takim razie bez wahania bierzemy najtańsze bilety do Kijowa. Teraz mamy 4 godziny czekania na odjazd naszego pociągu, więc myślimy sobie: skoro jesteśmy w Moskwie, to warto zobaczyć Kreml i Plac Czerwony, bo być może to jedyna okazja… Szybko dzielimy się na dwie grupy: ja i Michał, oraz Janusz i Marcin, tak, aby ktoś z nas pilnował cały czas bagaży. Mamy po 1,5h na grupę. Idziemy jako pierwsi z Michałem, po przejściu około 3km pytamy młodą dziewczynę siedząca na ławce, jak daleko do Placu Czerwonego? Ona mówi nam, że trzeba iść cały czas prosto, i że to jest bardzo, bardzo, ale to bardzo daleko i na nogach będzie nam ciężko tam zajść. To stwierdzamy, że przejdziemy się jeszcze kawałek i wrócimy sobie inną drogą na stację kolejową. Wszędzie są remonty, z jednej strony ulicy trzeba przechodzić na drugą stronę, później znowu i tak cały czas w kółko. W końcu mamy skręcać w stronę naszego miejsca zbiórki, ale myślimy sobie: skoro tak daleko zaszliśmy, to może skręcimy jeszcze w tą uliczkę, w tą i w tamtą, ten Kreml musi gdzieś tutaj być. I tak przebiegliśmy około 8km i w końcu widzimy odsłaniający się budynek Kremla. Bingo!

21 46 Copy

Podchodzimy bliżej, robimy zdjęcia i patrzymy na zegarek: zostało nam 10 minut czasu na powrót!!! A my tutaj biegliśmy 1 godzinę i 20 minut, a mamy wrócić w 10 minut nie wiedząc nawet którędy? Szaleństwo! Nie mamy najmniejszych szans. Niedaleko zauważamy wejście do metra, więc teraz już bez problemu dostaniemy się na naszą stację. Po kupieniu biletu szukamy napisu ze Stacją Kijowską, szukamy, szukamy… przeszukaliśmy wszystko, a Stacji Kijowskiej jak nie było, tak nie ma. Czasu mamy coraz mniej, więc pytamy ludzi na stacji. Jedna z pań zaczyna nam coś szukać na telefonie, a druga szturcha nas za ramię i mówi, że nam pomoże, żebyśmy wsiadali za nią. Ufff, no to po problemie, wsiądziemy z nią i wysiądziemy już na Stacji Kijowskiej. W końcu wysiadamy, ale w ogóle nam ta stacja nie przypomina miejsca, w którym już dzisiaj byliśmy. Osoba, z którą wsiadaliśmy, każe nam iść dalej za sobą, więc idziemy, w końcu pokazuje palcem, że ona wsiada tam, a my mamy wejść do następnego metra, które przyjedzie niebawem. Tylko, że nie jesteśmy do końca pewni, czy na pewno jej o to chodzi, bo z naszym rosyjskim jest bardzo słabo, a akurat w tej chwili podjeżdża jakieś metro. Kierujemy wzrok na siebie i zastanawiamy się: wsiadać, czy nie wsiadać? Ok, wsiadamy! Pytamy kolejnych osób, czy dostaniemy się tym metrem na Stację Kijowską. Jeden chłopak też na niej wysiada, więc będziemy się trzymać blisko niego. No… nareszcie udało nam się dostać z powrotem tam, gdzie chcieliśmy. Kupujemy jeszcze szybko drożdżówki, co do minuty, bez żadnego spóźnienia spotykamy się z Marcinem i Januszem. Teraz kolej na nich. Poszli od razu, a wrócili z… torebką jedzenia przyniesionego z McDonald’a. Stwierdzili, że nie chce im się biegać tak, jak nam i lepszym rozwiązaniem będzie zjeść coś „zdrowego” :)

Idziemy już na peron, bo nasz pociąg czeka. Wchodzimy, a w środku nie da się wytrzymać – jest tak gorąco. Chcę otworzyć okno, ale okazuje się, że tu się okna nie otwierają, klimatyzacji też nie ma, a temperatura to 37 stopni Celsjusza. Poznajemy też Ukraińców, którzy znają język polski, więc zagadujemy się z nimi. Pytają nas, skąd jesteśmy, dokąd jedziemy. Odpowiadamy, że z Polski i jedziemy teraz do Kijowa, żeby stamtąd przedostać się przez granicę do Polski. Oni ze zdumieniem, pytają dlaczego nie jedziemy do Lwowa, mielibyśmy przecież bliżej. Ale jak to??? To ten pociąg jedzie do Lwowa??? Kasjerka mówiła, że najlepiej zajechać do Kijowa. Chłopcy mówią nam, że te 3 wagony (w jednym z nich jesteśmy) zostaną w Kijowie odpięte, a reszta pociągu jedzie do Lwowa. Zdenerwowani na kasjerkę obmyślamy dalszy plan działania. Idziemy do opiekunki naszego wagonu i pytamy, czy moglibyśmy jakoś bez biletu zostać w pociągu i przejechać do Lwowa. Ona odpowiada, że bardzo chętnie, ale te wagony będą odpinane i nie może nam pomóc, ale sugeruje, żebyśmy poszli do naczelnika pociągu i porozmawiali. Przechodzimy 14 wagonów, po drodze mijając Ukraińców pijących trunki ze szklanki, biegające i krzyczące dzieci, mężczyzn bez koszulek, i w końcu trafiamy do naczelnika pociągu. Przedstawiamy mu naszą sytuację, a on na to odpowiada, że 160$ za 4 osoby załatwi sprawę i w nocy przesiądziemy się do innego wagonu, który zabierze nas do Lwowa. Zbijamy cenę do 130$ i po kontroli granicznej, po północy przesiadamy się do luksusowego, klimatyzowanego wagonu.  

 

Dzień 12 (sobota 02.07.2016r.) - Strajk włoski

Z 40-sto minutowym opóźnieniem, po 15:00 dojeżdżamy do Lwowa, a stamtąd od razu udajemy się do informacji turystycznej, zapytać w jaki sposób najlepiej dostać się do Krakowa. Okazuje się, że pan w okienku doskonale rozmawia po polsku i poleca udać się nam na dworzec styryjski, z którego na pewno znajdziemy jakiś autokar do Krakowa. Mówi, że aby się tam dostać, musimy wsiąść do busa linii 10 i stamtąd jakieś 30 min jazdy na dworzec styryjski. Tak robimy, a za 35 minutowy przejazd płacimy 4 hrywny od osoby (64 grosze). Na stacji benzynowej duża coca-cola kosztuje niecałe 2zł, chipsy tak samo, piwo 1,8zł, a duża pizza w mieście to koszt około 12zł. Ceny są tutaj bardzo niskie. Gdy wypłacamy z bankomatu po 500 hrywn, ludzie patrzą na nas z niedowierzaniem. W końcu dojeżdżamy na nasz dworzec i dowiadujemy się, że autokar do Krakowa odjeżdża za 2 minuty. Kierowca wpuszcza nas w ostatnim momencie, a płacimy mu po 450 hrywn już podczas jazdy. Do granicy droga przebiega bardzo szybko, a na niej stoimy około 6 godzin. Polscy pogranicznicy urządzili sobie strajk włoski i my musimy przez to cierpieć, ale niestety nie jesteśmy w stanie nic zrobić i musimy czekać.

21 49 Copy

No to w takim razie tradycyjnie trzeba iść sobie kupić po lodzie. Tutaj smak znacząco się różni od tego w Terskolu, ale i tak są lepsze niż w Polsce. W końcu, po kontroli granicznej wjeżdżamy do Polski i autostradą pędzimy do Krakowa. Dojeżdżamy tam po godzinie 3:00 w nocy, a tam czeka już kuzyn – Szymon, który zawozi nas do domów w Andrychowie.

I tak nasza przygoda dobiegła końca, wróciliśmy cali i zdrowi z dużym bagażem nowych doświadczeń. Podczas tej wyprawy dotarło do nas, że nie da się wszystkiego z góry zaplanować, bardzo często zdarzają się sytuacje, wydawać by się mogło bez wyjścia, ale trzeba sobie z nimi poradzić. Na Kazbek wrócimy jeszcze z całą pewnością, a kiedy… zobaczymy co czas pokaże. Jedno wiem na pewno: w rejonie Elbrusa, jak i całego Kaukazu klimat POLITYCZNY jest bardzo surowy.

Aha, i na koniec zapomniałbym dodać: naszym celem na luty 2017 roku jest przejście Lodowca Polaków na wierzchołku Ameryki Południowej - Aconcagua (6962m n.p.m.).

 

Na koniec zapraszam też do obejrzenia całego albumu ze zdjęciami i filmiku z wyprawy:

ZDJĘCIA

FILMIK

avatar
0
15 lipiec 2016, 11:42
Kajetan Burzej