Przed Rzeźnickim czelendżem

 

 

Jurek – "majówka" jak to majówka – była, słoneczko pogrzało, browarek i łono natury w pełnym wydaniu! Postanowiliśmy pojechać w Bieszczady, ale nie w głowie nam była jakaś tam Siekierezada czy inna Połonina Caryńska – my postanowiliśmy zrobić trasę Biegu Rzeźnika.

Po co? Bo nie lubię niespodzianek, na trasie biegu tym bardziej, więc postanowiłem z jednym z moich „Rzeźnickich” partnerów sprawdzić co na nas będzie czekało 11 czerwca na trasie jednego z najbardziej hardcorowych biegów w Polsce.

Jak to się stało, że jestem na liście startowej? Zgadnijcie? Kiedyś nieśmiało wspomniałem, że fajnie byłoby wystartować w trzyosobowym zespole, i że to taki kultowy bieg i tak ciężko się dostać, poza tym start nieregulaminowy … I co się stało? Oczywiście Rudej nie trzeba dwa razy powtarzać, zadzwoniła, załatwiła i oznajmiła – Mirek Bieniecki – Dyrektor Festiwalu Bieg Rzeźnika – nie widzi przeszkód – startujecie …

Im bliżej startu, tym moje przerażenie rosło. Nie boję się o wytrzymałość na trasie, jestem sportowcem więc do formy dochodzę dość szybko, poza tym trenuję – niczym chomik w klatce, biegam po moim krakowskim wieżowcu! Boję się o kamienie których nie widzę, korzenie i wszystko inne co spotkam na trasie. Musicie pamiętać, że z racji tego, że nie widzę – praca moich nóg jest inna a co za tym idzie – zmęczenie mięśni jest nieporównywalnie większe niż u osób widzących. Ja biegnę w stanie ciągłego napięcia mięśni, tak abym mógł w każdej chwili zamortyzować potknięcie się, wywrotkę, nierówność pod nogami.

Stąd też pomysł na przejście całej trasy. Namówiłem znajomych, w tym jednego z moich biegowych partnerów – Krzysia Pyrcia, rzuciliśmy wszystko i pojechaliśmy w Bieszczady. Trasa, ciężka, cała w błocie, dużo kamieni, długie podbiegi, strome zbiegi, z których zdecydowanie nie pozbiegam… Wyżebraliśmy u Mirka dodatkowe 3 godziny, startujemy wcześniej ale nadal trzęsiemy portkami, no bo będziemy na trasie pełnej dzikich zwierząt. Ale czego człowiek nie robi dla sławy i hajsu?

Ruda – ten wyjazd w Bieszczady był Jurkowi bardzo potrzebny, bo o ile reszta Teamu zdawał sobie sprawę z trudności trasy o tyle Jurek zdawał się żyć w zupełnie innym przeświadczeniu. Poszli z plecakami, spali pod namiotem no i przekonali się na własnej skórze, że Bieszczady mogą dać w dupę. Jak zapytałam Krzyśka Pyrcia czego boi się najbardziej na kilka tygodni przed startem w Rzeźniku odpowiedział: że Jurek za mało trenował, że on (Krzysiek) nie da rady, że niedźwiedzie ich zeżrą, że może któryś z nich złamać nogę.

Bieg Rzeźnika to sprawdzian, ale w najmniejszym stopniu fizyczny. To przede wszystkim sprawdzian siły przyjaźni i relacji między partnerami biegowymi. Obserwuję ten bieg i uczestników od kilku lat i miałam okazję zaobserwować niejedną, złamaną przez Rzeźnika przyjaźń. Rzeźnik weryfikuje siłę relacji, zaufania, zdolności do wybaczenia niedyspozycji drugiej osoby, mierzy poziom empatii. Jest siłą destrukcyjną ale tylko dla przyjaźni, które nie są warte przetrwania.

Ja wierzę, że na mecie wypijemy niejednego browara, świętując sukces szalonego Teamu z Nie Widzę Przeszkód, Ślepej Furii i Rudej!

18194826 1490759110965750_2050082937812330554_n

 

 18274802 1491781264196868_6450153120665761096_n

IMG 4817

 

IMG 4818

avatar
0
16 May 2017, 21:13
Jerzy Płonka