Puch w Japonii

Połowa marca to moment, kiedy narciarstwo zjazdowe w Polsce powoli się zwija. I albo przenosi się w Alpy, albo sprzęt musi czekać do następnej zimy.

Od kilku lat ostatnie tygodnie sezonu spędzałam pracując w Alpejskich ośrodkach, gdzie długie dni i wiosenne słońce sprawia, że szusy po śniegu stają się już tylko przyjemnością.  Jednak tej wiosny plan był inny.  Dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Instruktorów i Trenerów Narciarstwa wybrałam się na Międzynarodowy Kongres Instruktorów Amatorów (IVSI) w Hakubie, Japonii.

trasa

Zapakowałam JEDNĄ (!!!) parę nart do pokrowca, buty i ubranko do walizki, kask do podręcznego plecaka i poleciałam zobaczyć, co o tej porze roku dzieje się w po drugiej stronie globu. Z zaskoczeniem odkryłam , że Japonia jest całkiem blisko. Bezpośredni lot z lotniska Chopina w Warszawie do Tokio trwa zaledwie 10 godzin i 35 minut. Tylko trochę dłużej niż podróż autem z mojej rodzinnej miejscowości do Zakopanego.

Naszym celem była dolina Hakuba, która reklamuje się jako największy Japoński kurort narciarski. Podróż z Tokio do Nagano (w bezpośrednim sąsiedztwie Hakuby) super szybkim pociągiem Shinkansen trwa tylko 70 min!!! Moi znajomi i ja pojechaliśmy wynajętym autokarem. Przebycie prawie 300 km zajęło nam około 5 godzin. Dzięki temu była okazja, aby podczas postoju wylosować coś do jedzenia. Piszę „wylosować” ponieważ z barowych zdjęć czy opisów nie dało się zupełnie nic wywnioskować o charakterze zamawianego dania. Aż do chwili, kiedy miska (chyba wszystko podawano w dużych miskach) nie pojawiła się przed konsumentem – potrawa była absolutną niespodzianką. Ale, że zawsze była to miła niespodzianka – doszliśmy do wniosku, iż w Japonii jada się smacznie. A rachunek za jedzenie w barze wygląda tak!

rachunek

Hotel w Hakubie okazał się być miejscem z wnętrzami w stylu japońskim. Były zatem przesuwane drzwi wejściowe  do pokoju, tatami (ryżowe maty) na podłodze w minimalistycznie urządzonej sypialni oraz reżim zmieniania i zostawiania obuwia, który cały czas wprawiał mnie w konsternację. Podobnie czułam się podczas posiłków. Duża ilość małych porcji na talerzykach ustawionych przede mną na stole w żaden sposób nie sugerowała, co było przystawką, co daniem głównym, a co deserem. Wszystko było bardzo smaczne, chociaż nie zawsze było wiadomo, co to dokładnie jest. Ważna sprawa to stać się biegłym w używaniu pałeczek do jedzenia.  Po kilku dniach nawet zaczęło mi wychodzić.

jedzenie

Ale dość  o jedzeniu.  Wracamy do nart.

W garażu na poziomie (-1) znajdowała się narciarnia oraz suszarnia butów i kurtek. Podobnie jak w Europie , żadnych niespodzianek. Ale... był też mały kącik serwisowy do sprzętu, gdzie oprócz stołu z zamontowanymi imadłami, znajdowało się wszystko, co do przygotowania nart jest potrzebne. Były cykliny, szczotki, raszple, pilniki, żelazka oraz dużo różnych rodzajów smarów. Do tej pory się zastanawiam, czy to japoński standard, czy po prostu mieliśmy szczęście.
Rankiem czekał nas zawsze dziesięciominutowy spacer do wyciągu. Był też hotelowy busik, który oferował transport pod krzesełka. W telemarkowych butach chodzi się całkiem wygodnie, zatem z kolegami z teamu chodziliśmy „per pedes”.

Stacja Happo – One jest jedną z dzięsięciu, które składają się na narciarski kurort w Hakubie. Szusować można od wysokości 1831 m npm aż do 760m. Najdłuższy zjazd ma aż 8 km długości, jest 13 tras obsługiwanych przez 23 wyciągi (gondole, krzesła, orczyki). Każdy z miłośników białego szaleństwa znajdzie coś dla siebie, nie brakuje zjazdów ani dla początkujących ani dla zaawansowanych. Spora część tras pozostaje nieprzygotowana, tworzą się na nich długie wymuldzone odcinki. Jednak japońscy narciarze – niezależnie od stopnia zaawansowania nie rezygnują z wyzwania. Pokonują muldy i garby sprawnie i z wyraźną przyjemnością. Moim zdaniem, to świetni narciarze! Jestem pod dużym wrażeniem!

mapka

Jeżeli jazda po trasie kogoś nudzi, to terenu do freeride’u nie brakuje. Można skręcić w las, który wygląda dokładnie tak, jak na japońskich drzeworytach i zmierzyć się z najlepszym puchem na planecie.  A puchu nie brakuje. Średni miesięczny opad od grudnia do kwietnia waha się pomiędzy 100 a 240 cm. Kto raz  spróbuje zjechać w świeżym śniegu, będzie chciał do Japonii wracać zawsze. Wrażenie jest nie do porównania z czymkolwiek dostępnym w Europie.  Jest genialnie!

Kto potrzebuje jeszcze mocniejszych wrażeń, może się wybrać na heliskiing (narciarzy w niedostępne górskie tereny dostarcza śmigłowiec), które w porówaniu do cenami oferowanymi w Europie jest dużo tańsze. Znajomi byli i powiedzieli, że to było najpiękniejsze narciarskie doświadczenie w ich życiu.

Ale chyba tylko heliskiing jest tańszy. Wszystkie inne wydatki wymagają uzbrojenia się w środki finansowe na poważnie.


Dzień odpoczynkowy można spędzić w pięknej świątyni Japońskiej – ja byłam w ZEN KOJI. To miejsce o 1400 letniej historii jest uważane przez Japończyków za skarb narodowy.  Pod świątynią znajduje się zupełnie ciemny korytarz. Pielgrzymi wchodzą w ten tunel i zupełnie po omacku idą kilkadziesiąt metrów. W środku nie widać absolutnie nic, umysł zaczyna płatać figle, czas rozciąga się w nieskończoność. Jeśli komuś podczas tego marszu uda się natrafić na tajemniczą, skrzypiącą klamkę to legenda mówi, iż uda mu się też wyrwać z kręgu Samsary zaraz po śmierci... może warto poszukać zbawienia?

Inną propozycją dla restujących narciarzy jest wizyta w Parku Jigokudani, gdzie można podziwiać 200 śnieżnych małp zażywających kąpieli w gorących źródłach. Małpki przechadzają się pomiędzy zwiedzającymi, nic sobie nie robią ze zdjęć ani z turystów. Z zamkniętymi oczami relaksują się w ciepłej wodzie, albo szukają pożywienia lub też bawią się wspólnie. O tym słynnym miejscu powstało wiele filmów przyrodniczych, i naprawdę warto zobaczyć je na własne oczy.

małpki

Można też poznać lepiej kulturę gospodarzy i wybrać się na warsztaty  serwowania herbaty lub wiązania tradycyjnego kimona, gry na tradycyjnych bębnach czy też składania origami. Kto nie lubi się aż tak wysilać, może udać się do jednej z wielu wspaniałych Japońskich restauracji na degustację dań oraz sake :)

10 dni to stanowczo za mało aby nacieszyć się Japonią. Za mało by w tych pięknych okolicznościach przyrody nasycić się wytęsknioną wolnością na nartach. To niewystarczająco aby bez żalu rozstać się z fantastycznymi pasjonatami narciarstwa z całego świata, z którymi dzieliło się emocje pokazów, radość skrętów w Japońskim puchu,  i szklaneczkę sake podczas niepowtarzalnych w swej oprawie imprez, organizowanych przez gospodarzy. Obiecaliśmy sobie, że jeszcze się kiedyś spotkamy. Niektórych miałam zobaczyć szybciej niż innych, gdyż dużymi krokami zbliżał się kongres telemarku we Włoskiej Cervinii.

Zerknęłam do kalendarza, i już wiedziałam, gdzie uwolnię swój umysł 3 tygodnie później... :)

 matt

avatar
0
20 czerwiec 2017, 18:57
Paulina Janczar