Sylwestrowy wyjazd w Tatry

Niegdyś miałam jakieś takie dziwne poczucie, że w sylwestra muszę imprezować. Że pozostanie w domu w towarzystwie wyłącznie aktualnej drugiej połowy, odpalenie filmu i odkorkowanie wina, będzie dowodem towarzyskiej porażki. Zwykle więc w okolicach listopada popadałam w lekki popłoch, który napędzał mnie do poszukiwania jakichś fajoskich opcji na ten szczególny (sic!) wieczór, tudzież organizowania własnej prowizorycznej domówki.

A potem nastała w moim życiu jakże zbawienna era, pod tytułem "mam to w nosie". W sumie to gdzie indziej, ale może nie wypada pisać. A zatem mam w nosie bardzo wiele różnych rzeczy, w tym tę, czy mój sposób spędzania sylwestra wpisuje się w kanon sposobów, na jakie wypada go spędzać, oraz na jakiej pozycji społecznej mnie ustawia.

I zaczęłam spędzać go w górach. Nie, nie w zakopiańskiej kwaterze, nie na Krupówkach, tylko w górach, gdzieś w ich sercu. A w tym roku to nawet zupełnie na trzeźwo. I z pójściem spać o 17-tej. Co za wstyd :D.

Tegoroczny sylwestrowy wyjazd obejmował 6 dni i początkowo miał być rozwleczony na nieco większy obszar Tatr, ale pokonani przez ciężar całego ekwipunku, ograniczyliśmy rewir działania do otoczenia Schroniska na Hali Gąsienicowej. A ściślej - do otoczenia jego bagażowni ;).

Pierwszego dnia doliny spowijała mgła, wyżej pewnie musiało być cudnie. Mając jednak ambitne plany na dzień następny, nie chcieliśmy się za bardzo dziś szarpać. Wybraliśmy się więc na wspinaczkę krótką drogą Klisia w Kotle Gąsienicowym. Nie było jakoś szczególnie pięknie, fajnie, czy emocjonująco. Ot taki dzień na rozruch i zdobycie doświadczenia. Warunki na drodze niestety prawie letnie, więc zamiast dziabać śnieg i lód... osadzaliśmy ostrza w zmrożonej ziemi.

Filmik ze wspinaczki Klsiem autorstwa Bartka.

Zaaklimatyzowani, ale nie przemęczeni, nazajutrz z samego rana dotarliśmy pod Północny Filar Świnicy. Wspinaczka nim zajęła nam cały dzień - ostatni wyciąg pokonywaliśmy już w zapadającym zmroku, na szczycie byliśmy po ciemku, a czekało nas jeszcze zejście na Halę. Ostry mróz, a przede wszystkim silny wiatr sprawiły, że ta wycieczka naprawdę solidnie dała nam popalić. Szczegółowa relacja w linku.

wspinaczka na świnicę

Kolejny dzień był ostatnim w roku. Wyjście gdziekolwiek uzależnialiśmy od tego, jak będziemy czuć się po wczorajszej intensywnej konfrontacji z zimą. Okazało się, że czujemy się dobrze, potrzebujemy tylko leniwego poranka na zregenerowanie sił. Przedpołudniową porą wyruszyliśmy na Krzyżne i kilka okolicznych pagórków, gdzie podziwialiśmy przecudny zachód słońca... a potem też wschód.

na wołoszyn

W tym linku filmik Bartka.
A w tym szczegółowa relacja.

Nowy Rok był dniem wylegiwania się w słońcu i niespiesznego zejścia do Murowańca.

Przedostatni dzień pobytu miał być znów przeznaczony na pełnokrwistą wspinaczkę, ja jednak jakoś tak już pod ścianą, zapałałam do pierwotnego planu silną niechęcią. Dlatego też wylądowaliśmy na lodospadzie nad Zmarzłym Stawem, gdzie spędziliśmy kilka godzin na treningowym dziabaniu lodu.

No i dzień ostatni - powolna, spokojna i bardzo przyjemna wycieczka na nieodległy cel, jakim był Kościelec. Dla urozmaicenia, wybraliśmy się nań nie szlakiem, a żlebem Zaruskiego. Warunki w żlebie były dobre, a my odpowiednio wyposażeni (czekany sportowe). Zejście już szlakiem, pokrytym śniegiem tylko miejscowo i trochę oblodzonym. Pełna relacja tutaj.

koscielec

Filmik z wejścia autorstwa Bartka.

Fajnie było :). Lepiej niż niegdyś na baletach. ;)

avatar
0
31 styczeń 2016, 21:09
Małgorzata Nowakowska