SZCHARA "Między ciszą, a ciszą"

szchara 1

Który to już raz, podejmujemy decyzję o wyjściu na Dżangi Kosz? Pogoda nie nastraja optymizmem, a czas się kurczy nieubłaganie. Na działalność w dolinie mamy jeszcze niewiele ponad, jak nie tydzień. Poprzednim razem deszcz na dojściu zlał nas obficie do suchej nitki, tak że cudem nazwać to, że założyliśmy tam depozyt.
Okres fatalnej pogody trwa już przeszło tydzień, a z prognoz z bazy nie wynika jakoby miał się zakończyć.
Czas jaki nam pozostał na działanie, wyznacza nam jednoznaczy przekaz: trzeba wychodzić. Baza wysunięta już na nas czeka, teraz mamy mieć jeden plecak na trzech, także śmiało można powiedzieć, że pójdziemy na lekko.

 

***

 

Po wyjściu na lodowiec naszym oczom znów ukazuje się deszczowa nawała. W głowach pojawiają się myśli
o kolejnym falstarcie, ale trzeba zacisnąć zęby i złą passę przełamać. I tu przychodzi z pomocą "celofan". Turystyczna peleryna, nieprzepuszczająca w żadną stronę niczego, łącznie z powietrzem. Gumo-tex. Ale po kontakcie z deszczem daje radę. Idziemy w skupieniu, każdy odcięty w swojej głowie. Krok jest spokojny
i miarowy, a na twarzach widać skoncentrowanie. Wiemy po co idziemy. Od połowy lodowca deszczowy walec przewalający się do dna doliny stracił impet, a pogoda nieśmiało można powiedzieć, że się poprawia. Wiatr troszeczkę ucicha...słońce nie pali...ale jest na tyle słonecznie, że nie jest nam zimno. Idealne warunki
do marszu. W końcu po 7h zmieniając plecak między sobą docieramy na Dżangi Kosz. Namiot stoi, wystarczy się ugościć. Mija chwila i pogoda wraca do tej znanej sprzed kilku dni. Pada... Spoglądamy jeszcze na filar,
ale tego już nie widać. Chmury przewalają się przez masyw Szchary nieszczędząc nikogo. Pojawia się dyskusja
o tym czy wychodzimy dziś w nocy. Utwierdzamy się w przekonaniu, że idziemy, ale żaden z nas w głębi siebie, nie wierzy w realizm tego przedsięwzięcia. Pada do wieczora. Budzimy się w nocy...pada. Przestawiamy budzik. Pada, tylko że mocniej. Znów przestawiamy. Pada. Za późno żeby w ogóle wyjść, idziemy spać...

 

 

***

 

szchara 4
Następnego dnia korzystając z wolenj chwili bez opadu, robimy mały rekonesans sierpowatej ścieżki, prowadzącej bezpośrednio na lodowiec pod filar, ocierając zbocza znajomo brzmiącego Piku Warszawa. Siadamy na kamieniu i w milczeniu dokładnie rozpracowujemy drogę, za pomocą pożyczonej od Rosjan lunety. Od razu rzuca się nam w oczy krucha, niebezpieczna dolna partia filara oraz rozdzielający ją kuluar, który, wedle tego co wiemy, trzeba przetrawersować. Wracamy do namiotu, ale miny mamy nie tęgie. Wiadomo, że nie będzie łatwo. Ale wiadomo też, że dziś w nocy musimy wyjść na pewno. Czas skurczył się
do minimum, a rezerwa zapasu żywności właśnie została wykorzystana. Od tej pory, jeżeli chcemy czekać będziemy musieli zjadać racje "ścianowe". Wyjść trzeba tylko w jakich warunkach?! Informacje o pogodzie
z bazy, które do nas docierają od ratowników z Dżangi Kosz, że przez najbliże 4 dni będzie dobrze, a na pewno nie będzie padać, traktujemy nie tyle z niedowierzaniem, co z próbą wmówienia nam jawnego kłamstwa,
bo przecież widzimy co się dzieje "za oknem". 
Tym razem, noc budzi nas podejrzanie. Cisza. Dziwne jak do tej pory, bo powinno padać. Czyżby prognoza się sprawdza? Nie bądźmy naiwni...Nikt już w żadną prognozę nie wierzy. Wychodzimy z namiotu. Szchara!!! Jest! Cały mur oświetlony gwieździstym niebem. Nie wierzymy. Dobra karta jest wkońcu po naszej stronie! Mamy asa. A więc stało się! Nastroje podbudowane, rzucamy wyzwanie. Zaczęło się, wybiła godzina, trzeba iść, już nie ma wymówek...

szchara 6

 

***

 


Dochodzimy na skraj lodowca, wiążemy się liną. Niedługo później wchodzimy w objęcia tzw. "kraba" Szchary, czyli kotła ograniczonego półocnym filarem i północno-wschodnią granią. Trzymamy się linii potencjalnej drogi którą sobie wypatrzyliśmy dzień wcześniej z dołu. Rozpadliny lodowca są potężne. Z chwilą świtu wchodzimy
w twardy lód prowadzący pod skalną półkę. Prowadzi Deny. Widzimy, że słońce już dość mocno operuje nad naszymi głowami, bo spadający lód i kamienie tną powietrze nad naszymi głowami, wydając przeraźliwy świst. Trzeba się spieszyć i zejść z linii strzału. Teren zmusza nas do prowadzenia na sztywno, potem pozwala na lotną asekurację. Lód jest niesamowicie twardy i kruchy. Stanowiska półwiszące dają się we znaki naszym piętom i kostkom, które oparte na rakach wyginają się w nienaturalne pozycje. Łyda zaczyna puchnąć. Gdzieś niedaleko powinna być już półka... - myślę. Jest! To będzie to. Długi wyraźny trawers z kominem pośrodku.
Tu już jesteśmy osłonięci od nadlatujących kamieni z góry, jednocześnie jest tu tak krucho, że non stop lina, albo my sami jeden na drugiego zrzucamy sporo skalnego rumoszu. Nie wiadomo gdzie gorzej, CZY TU?
CZY TAM?! Dochodzę pod komin, a w nim znajduję solidny hak. Jesteśmy w domu. Idziemy dobrze. Wspinamy się ostrożnie, nie można nigdzie przyspieszyć, trzeba uważać na czym się staje. Nogi uważnie, ręce delikatnie, wszystko się rusza, wszystko dosłownie faluje. Odcinek dla brygady saperów. Ściągam chłopaków, dostajemy się za przełamanie pod rozdzielający filar na dwie grzędy, kuluar. Tu można chwilę odetchnąć. Na pełne dwie długości liny szybko i sprawnie przeskakujemy na prawą grzędę filara. Wszędzie pełno luźnej skały poprzetykanej śniegiem. Kolejne wyciągi to znów gruzowisko, z tym że idziemy teraz formą depresji
i wszystkie zrzuty wyłapuje idący za mną Wadim i Deny, nieraz na głowę. Momentami jest przeraźliwie krucho, niemal jak na minie. Trzeba lawirować pośród tonami ruchomego rumoszu skalnego, wynajdując najłatwiejszą linię drogi, jednocześnie szukając dobrej asekuracji i starać się dotknąć jak najmniejszej ilości skały...
Z Bożą opatrznością przechodzimy te partie bez szwanku. Zmienia mnie Wadim. Prowadzi jeszcze trzy pełne, wymagające wyciągi i wychodzimy na biwak. Ostatnie promienie słońca uciekają za mur i chylą się ku zachodowi. Znajdujemy bez problemów dogodną platformę pod namiot, niewymagającą zbyt dużo pracy.
O zmroku jesteśmy już w namiocie, w komfortowych warunkach. Dziewiętnastogodzinna akcja dobiegła końca. Jeszcze tylko Turnau na dobranoc i pora spać...

 

 

***

szchara 3

 

Kolejny dzień przywitał nas czystym jak łza niebem. Tak jak wczoraj, żadna, nawet najmniejsza chmura nie otarła się o przeciwległy, potężny masyw Dych Tau. Wszystko wskazuje na to, że dzisiaj będzie podobnie. Zbieramy się leniwie, ale w końcu wychodzimy. Teren prowadzi teraz śnieżno-lodowymi kuluarami, skalnymi grzędami i pojawiającymi się, dosłownie znikąd wyrastającymi turniami. Grań wyjawia wszystkie sekrety, których wcześniej z dołu nie było widać. Gdzie się da idziemy związani na 30m linie, na lotnej, tak aby nie tracić czasu na żmudną budowę stanowisk i asekuracje na sztywno. Co nie oznacza, że teren jest łatwy. Odcinki momentami wymagające, a droga filarem kluczy niemal po całej jego szerokości. Dziś już nie jesteśmy tak osłonięci przed słońcem jak wczoraj, a te góruje niemiłosiernie nad nami, skutecznie osłabiając nasze tempo. W pewnym momencie dostajemy się na opisywany w przewodniku "lodowy nóż" - fragment
śnieżno-lodowej, dość stromej grani w połowie filara. To znak, że jesteśmy całkiem wysoko. Prowadzę, śnieg jest słaby i nie związany. Gdzie się, da mozolnie wkręcam śrubę, szukając i odkopując grubą warstwę śniegu. Niedługo później lód znika i pozostaje bicie szabli, bo kilka ze sobą mamy. Krok za krokiem brniemy w górę. Byle naprzód. Na wypłaszczeniu zmieniam się i prowadzenie bierze Wadim. Śnieg jest jeszcze gorszy niż przed momentem. Co chwilę lecą na głowę kawałki lodu. Chwilę po tym jak dochodzimy do swego rodzaju: śnieżnego kotła, ograniczonego z trzech stron skałą, widzę jego beznadziejną walkę na pokrytych sypkim śniegiem płytach. Całe szczęście że ma dobry przelot w postaci starego haka, nieznanej rosyjskiej manufaktury. Stoimy w impasie. Ani dziaby o co zaczepić, ani na czym stanąć. Pół-pełzając, akcja znów się rozkręca. Niebawem z Damianem zostajemy ściągnięci w dogodne miejsce. Jeszcze wyciąg w twardym lodzie
i równo o zmroku dochodzimy na lodową grań pod wiszącym serakiem. Decydujemy się rozłożyć namiot, choć budowa platformy nie będzie łatwa i zajmie sporo czasu. Teren przed nami wydaje się nie być tak prosty żeby iść dalej. Namiot rozkładamy po 1,5 h intensywnego łupania w twardym lodzie, dodatkowo Wadim gubi czekan Denego. Jesteśmy chyba zbyt zmęczeni żeby się tym dzisiaj przejmować. Dobrze, że nie był to rak bo to byłby pogrzeb. Póki co, pora wejść do namiotu. Pociesza nas myśl, że jutro powinno być łatwiej. Rytualnie już: odpalamy Turnaua.

 

 

***

szchara 5

 

Rano prowadzi Wadim. Domniemywam, że chce zrehablitować się za zgubioną dziabę, co jakby nie było, bardzo honorny gest. Trawers pod serakiem nie należy do prostych. Śnieg jest tam tragiczny, dodatkowo co się okazuje przecina go szczelina i to nie mała. Szybki "przeskok" tego odcinka nie wchodzi w grę. Trzeba iść na sztywno. Spoglądając na wiszące nad nami lodowe turnie pojawia się stres i ręce się pocą. Nie wiadomo
w zasadzie kto na kogo bardziej spogląda? czy my na nie? czy one na nas? Udaje się przez to przemknąć, możemy odetchnąć. Teraz ostatecznie mamy już drogę na szczyt otwartą od trudności technicznych. Dalej prowadzi już pole śnieżne, u góry rozszerzające się coraz bardziej w kopule szczytowej. Słońce operuje bezlitośnie piekąc nasze twarze. Idziemy jak w matni, krok za krokiem zmieniając się na prowadzeniu. Wyjściowe pole bierze Deny. Opór śniegu jest ogromny. Nogi zapadają się po kolana. Przy wyjściu na grań słyszę krzyk. Szybko się ożywiam myśląc że stało się coś niedobrego. Wadim obraca się do mnie ze szczerym uśmiechem, także domyślam się, że był to okrzyk radości Damiana. Chwilę później dołączam się do triumfalnych krzyków. Szczyt jest 50m od nas. Zostawiamy plecaki i idziemy na lekko. Chłopaki z rozpędu biorą po jednej dziabie. Potem pojawia się zaskoczenie, że nie jest tak łatwo bo twardy lód jest pod spodem. Wadim który idzie w środku w pewnym momencie zjeżdża na zębach kilka metrów i zatrzymuje się na napiętej między nami linie. Chwila stresu, ale później stajemy na szczytowym nawisie. Eksplozja radości jest ogromna. Widzimy po drugiej stronie Gruzję i gruzińskie osady, odbijające słońce od blaszanych dachów, a także wieże, tak charakterystyczne dla tego regionu. Kontrast zieleni w stosunku do świata wiecznego śniegu, po przeciwległej stronie, jest jak z księżyca. Patrzę na Dych Tau, gdzie słońce wytopiło z kuluarów błękitny lód, nadając przepięknych barw całej południowej ścianie. Pozostało nam jedynie zejście, co samo w sobie jest wyzwaniem. Szybko tracimy wysokość obniżając się w kierunku wschodniego wierzchołka Szchary. Rozbijamy namiot na najbliższym wypłaszczeniu. Biwak jest pięciogwiazdkowy. Pogoda jest idealna. Słońce chwilę temu zaszło i dostrzegamy światła gruzińskich domostw i gwiazdy na niebie. Wiatr w tym momencie przestał istnieć. Cisza jest niesamowita. Powoli czujemy jak mocno jesteśmy spaleni słońcem. Obowiązkowo już Turnau - "Między ciszą, a ciszą". Jakże doskonale komponuje się tu na biwaku.  Melodia odmierza nam rytm dnia. Witamy i żegnamy tak każdy dzień, a w ścianie towarzyszy nam w głowach, zapętlając się w naszych mózgach i odtwarzana tysiące razy doprowadza do irytacji . Śmiało można powiedzieć, że rozróżniamy tak świt i zmrok, bo ostatnie kilka dni wyjęte jest z jako takich ram czasowych. Do nas należy tylko dojść  jak najwyżej, do oporu. Reszta nas nie interesuje...szchara 7

 

***

 

Nazajutrz zejście w pełnym słońcu. Lampa nie przestaje świecić, pogoda jak była tak jest - idealna.
Grań jest wymagająca, tempo nie jest tak optymistyczne jak zakładaliśmy, choć nie idziemy wcale wolno. Twardy lód występuje całymi odcinakami i trzeba się asekurować ze śrub. Czasem ostrze grani zwęża się do tego stopnia, że trzeba przechodzić ją okrakiem i ujeżdżać jak konia z lewa na prawą stronę. Idzie to całkiem sprawnie, zważywszy że nie ma z nami jednego czekana. Zmęczenie, upał i ciągłe skupienie prowadzi czasem do ostrych spięć w zespole, czego wynikiem jest szybka wiązanka soczystych słów, które po chwili i tak nie mają większego znaczenia. Chwilę przed zmrokiem dostajemy się do linii skał ograniczający zejściowy tzw. lodowy kuluar który wiedzie prosto na "kraba". Tam już jesteśmy nocą. Deny prowadzi niełatwe zejście kilkakrotnie łapiąc i gubiąc ślady Rosjan, których minęliśmy schodząc na grani. Buty są całe przemoczone
i niemiłosiernie ocierają stopy. Kluczymy pośród szczelin i lodowiec pomału, pomału, traci swoje nachylenie,
a teren przed nami się wypłaszcza. Gdzieś po drodze na lodowcu jeszcze odpoczywamy w świetle księżyca.
Nikt za bardzo nie ma ochoty oglądać się za siebie, wszyscy marzą tylko o Dżangi Kosz. Jeszcze tylko trochę...Rozstawiamy namiot, podczas gdy Rosjanie właśnie wychodzą. Przypatrują się dokładnie i nieśmiało zadają pytania. Wyglądają na zdziwionych. Przerywam rozmowę pytając która godzina? 3:00. Oni wiedzą,
że jestem zmęczony, a ja wiem że muszą już iść. Idą na Baszchauz Baszi. Widzę ukradkiem jak idą do góry
i jeszcze kilka razy się odwracają w naszą stronę. Bez słowa wchodzimy do namiotu, nikt nie ma siły żeby się odezwać. Rano znów widzimy cały majestat i potęgę Szchary. Żegnamy się z ratownikami i instruktorami na Dżangi. Pora schodzić. Żegnamy się murem, żegnamy z Bezengi. Zejście i kroki już nie przypominają tych skupionych i skoncentrowanych twarzy. Zmęczenie i wysiłek rysuje się na każdym kawałku ciała. W bazie dopiero smak piwa mówi nam o tym, gdzie naprawdę byliśmy i czego dokonaliśmy. 

 

 

***

 

szchara 2
Czegoś wyjątkowego.

 

avatar
0
16 styczeń 2017, 21:18
Mateusz Grobel