Szczyt marzeń. Mont Blanc ekonomicznie (I)

Doskonale pamiętam z lekcji geografii, naukę najwyższych szczytów na każdym kontynencie. Mount Blanc- najwyższy szczyt Europy (tak uczono za moich czasów), był tylko nazwą w atalsie georgraficznym i pewnie nigdy bym nie przypuszczala że kilka lat później z taką łatwością podejmę decyzję o wejściu na ten szczyt. A jednak, tak właśnie się stało. Miłość do gór rozpoczęła bardzo namiętnie i dość platonicznie, a mianowicie od czytania książek o wspaniałych polskich himalaistach:) Później przyszedł czas na Karkonosze, Bieszczady i w końcu wylądowałam w Tatrach. Od początku wiedziałam, że Tatry to zdecydowanie moje miejsce. Wszystkie góry są piękne, jednak Tatry miały w sobie sobie coś więcej. Były piękne, surowe, budziły szacunek, były wyzwaniem, a ponad wszystko były właśnie PONAD WSZYSTKO. Były najwyższe. I to  połączenie skradło moje serce. Zawsze chciałam więcej i wyżej, dlatego bardzo naturalnym krokiem, była decyzja, że w wakacje 2009 jadę na Mount Blanc. Nie lubię odkładać marzeń na później, dlatego decyzja o  wyprawie zapadła w rozmowie z Wiktorią w kilku zdaniach, na początku roku.

Mount blanc

Nie było długich dyskusji jechać czy nie jechać, że może za wcześnie, może góra poczeka jeszcze jeden sezon...Miałyśmy wystarczającą ilość czasu żeby zdobyć pieniądze na sprzęt (za wyprawę samą w sobie nie zamierzałyśmy dużo płacić) i niezbędne doświadczenie. Tatry zima, bieganie, praca w weekendy i w wakacje… Oczywiście nie oceniam i nie doradzam  czy jedna, czy dwie zimy w Tatrach to wytarczające doświadczenie na Mount Blanc latem, myślę, że to dość indywidualna sprawa. Uważam, że człowiek uczy się gór całe życie, a czasami równie istony co wiedza jest po prostu instynkt samozachowawczy.

Tak oto, zgodnie z planem pod koniec sierpnia dotarliśmy do Les Houches, autostopem. To była część naszego ekonomicznego planu. Wybraliśmy się 4 osobową ekipą, bo zdecydowanie wizja tego, ze wybieramy sie tam we dwie  nie była do końca akcpetowalna przez naszych rodziców.Pierwszą noc w Alpach spędziliśmy praktycznie w czyimś ogórdku (nieogrodzonym). Rozstawiając namioty wieczorem poczuliśmy na sobie czyjś zdziwiony wzrok , po czym grzecznie zapytaliśmy czy możemy tu spędzic jedną noc. Mogliśmy :)

Obudziły nas prominienie słońca, pierwszy i jakże piękny poranek w Alpach, Widoki jak z pocztówek, zapierajace dech w piersiach. Aż rwaliśmy się aby zacząć zdobywać Naszą Górę. Plan był prosty: wjechać kolejką na Nid d’Agile 2362m.n.p.m. Czytałam kilka (naście?) relacji z wejść na Mount Blanc drogą francuską (klasyczną) i  wszystkie zaczynały sie właśnie od kolejki. Jakie było nasze zdziwienie kiedy, lekko zagubieni szukając słynnej kolejki jakaś staruszeczka z okna wskazała nam kierunek do miejsca gdzie rozpoczynał się szlak. Szlak, a nie kolejka! Nasza ambicja nie pozwoliłaby nam skorzystać z kolejki w takich warunkach, mimo, że  był to pierwotny plan. Jedzenia mieliśmy wystarczająco na jeden dzień dłużej, więc bez żadnych wątpliwości zaczęliśmy naszą wędrówkę.

 Był to bardzo ambitny plan biorąc pod uwagę, że les Houshes znajduję się na wysokości ok. 1000m.n.p.m i że nasze plecaki były przeokropnie ciężkie. Trochę nam zajęło żeby przyzwyczaić się do ciężaru na plecach. Nie był on porównywalny z niczym, co kiedykolwiek przyszło nam nosić w Tatrach. Wspomnienie, które dość głęboko utkwiło w mojej pamięci to moment po odpoczynkach, kiedy trzeba było powrócić do pozycji pionowej z tymże plecakiem. Było to praktycznie niemożliwe bez pomocy osób trzecich. Muszę zaznaczyć, że byliśmy kompletnie samowystarczalni i mieliśmy wszytsko czego potrzebowaliśmy, aby przetrwać bez schronisk. Pierwszemu dniu naturalnie towarzyszyły ciągłe “ochy” i “achy” nad otaczającą nas przestrzenią.  Piękno krajobrazu bez watpienia zachwyca i moim zdaniem całkowicie tłumaczy chęć wspinania, sięgania szczytów! Jedyną niepokojącą częścią tego sielankowego obrazka były alpejskie krowy. Niestety nie przypominały tych przyjaznych, fioletowych stworzeń z reklamy Milki i zdecydowanie wzbudzały we mnie głównie niepokój.

Późnym popołudniem doatrliśmy do ostatniej stajci kolejki na 2326m.n.p.m. Pierwszy dzień za nami. Czas na pierwsze gotowanie. Nasze posiłki były dość proste, składały sie głównie z jakiegoś makaronu, sosu w proszku i w porywach jeszcze jakiejś kiełbaski. Chyba jeszcze nie wiedziałam co to kus kus i jak łatwo można go przygotować:) Byliśmy zmęczeni i szczęśliwi. Ciekawi tego co dalej. Coraz bliżej celu. To jeden z tych monetów, kiedy chcę się iść szybko spać, żeby szybciej się obudzić ;) Wieczór był niezwykle pogodny i ciepły, dlatego nie rozbiłyśmy nawet naszej Namiotki. Tak nazwałyśmy nasz namiot, bo w zasadzie namiot to zbyt duże słowo na to co posiadałyśmy. Układając się wygodnie do snu, podziwiając widoki, na horyzoncie zaczęliśmy zauważać piękne świetliste błyski. Bardzo szybko przesuwały się one, wraz z deszczem z  dalekiego horyzontu wprost nad nasze terytorium. Burza w Alpach! Bez wiekszego zastanowienia, taszcząc plecaki pobiegliśmy pod zadaszoną część budynku kolejki. Dość ekscytujący początek. I pierwsza, nie do końca przespana noc.

Poranek po burzy był cudny. Piękny słoneczny dzień, idealny. Naszym celem było dotarcie na wysokość schroniska Tete Rousse na 3167m.n.p.m. Dystans sporo krótszy, niż pierwszego dnia. Krajobraz z zielonego zaczynał robić się coraz bardziej kamienisty. Takie trochę wyższe Tatry.  Góry nabierały surowszego charakteru, a ja z każdym krokiem byłam coraz bardziej podekscytowana zbliżającym się celem. Mimo faktu, że biwak planowaliśmy w  pobliżu schroniska, warunki były już znacznie bardziej ekstremalne. Po pierwsze mimo schroniska brak wody w kranach, tylko prosto ze strumienia. Kupowanie tej w schronisku nie było uwzględnione w naszym budżecie, ale była taka opcja. Miłym elemenetm była możliwość gotowania w schronisku, szczególnie biorąc po uwagę, że było już trochę chłodniej. Zrelaksowaliśmy się i nagrzaliśmy. Plan na następny dzień był dość wymagający: bardzo wczesna pobudka i pokonanie  trawersu Rolling Stones,  który znany jest (jak sama nazwa wskazuje) z lawin kamieni, które są dość niebezpiecznym I regularnym zjawiskiem w tym miejscu. Najlepiej robić ten odcinek rano, kiedy jest zimniej, a  lód w górnych partiach jeszcze nie topnieje, uwalniając wspomniane wcześniej kamienie. Celem na następny dzień było dotarcie na wysokość schroniska Gouter 3817 m.n.p.m. (może trochę wyżej), a  ok. 2, 3 w nocy rozpoczęcie przygotowania do ataku szczytowego…

avatar
0
10 luty 2016, 09:49
Kasia Sarosiek