Szczyt marzeń. Mont Blanc ekonomicznie (II)

Noc przy Tete Rousse okazała się (ponownie) burzowa. Nie było w tym już jednak zbyt dużo romantyzmu, nie podziwialiśmy przesuwających się po niebie błyskawic. Z duszą na ramieniu, po kolacji, opuściliśmy ciepłe, suche schronisko i udałyśmy się do Namiotki. Śpiwory przykryłyśmy folią NRC, bo wiedziałyśmy, że w takich warunkach nasz namiot zacznie przeciekać. Nie myliłyśmy się za bardzo. Poranek po burzy, naturalnie piękny. Tylko nasze morale trochę opadły, część rzeczy była mokra, a dodatkowo dotarła do nas informacja, że nikt nie wyrusza w górę bo znowu ma być burzowo...

Z jednej strony odetchnęłam z ulgą, można będzie podsuszyć rzeczy i trochę pospać. Z drugiej strony,  gdzieś z tyłu głowy zaczęły pojawiać się myśli, że może nam się nie udać. Może to koniec naszego marzenia o szczycie. Jeden dzień dłużej, to było maksimum jakie mogliśmy spędzić w górze (biorąc pod uwagę ilość jedzenia, gazu itp.).  Kiedy już oswoiliśmy się z myślą, że dzisiaj restujemy, nagle przyszła wiadomość: OKNO POGODOWE. Czyli nie będzie burzy. I będzie to pierwsza noc od tygodnia (o czym nie wiedzieliśmy), kiedy będzie możliwy atak szczytowy. No, ale nie było już tak wcześnie, a co z trwawersem Rolling Stones? Przecież poranne bezepiczniejsze godziny na pokonanie trawersu już minęły... Trochę zagubieni, jednak zdecydowaliśmy się wyjść w górę.

DSC02175

Widok na obóz przy Tete Rousse

Trawers przeszliśmy bez żadnych trudności, po czym rozpoczęliśmy, moim zdaniem, najpiekniejszy fragment drogi francuskiej. Dość duże wystawienie, trochę bardziej pionowo, idelanie i pięknie. Ten odcienk nie był za długi, jednak zdecydowanie najciekawszy. I w końcu Gouter. Nasze marzenie o tym, że ugotujemy w środku i nagrzejemy się legło, tak prędko, jak pojawiło się w naszych głowach. Było pełno. W końcu miała to być pierwsza noc od tygodnia kiedy atak szczytowy bedzie możliwy. Żegnając się  ze schroniskiem udaliśmy się trochę wyżej, aby rozstawić Namiotkę. Dalej nie wierzę, że  ten namiot przetrwał noc prawie na 4000m.n.p.m. i kilka alpejskich burz!

Obóz rozbity, przygotowywanie posiłku było już trochę bardziej czasochłonne, trzeba było stopić śnieg nie tylko do gotowania, ale też po to aby mieć wodę na następny dzień. Wrzuciliśmy tam jakąś witaminę C, aby dodać trochę smaku, ponieważ woda ze śniegu wydaję się bardzo “pusta”. Jedzenie smakowało trochę wszytskim co jeldiśmy przez ostatnie dni, ciężko domyć naczynia lodowatą wodą. Przygotowaliśmy wszytsko do ataku i udaliśmy się na upragniony odpoczynek. Mieliśmy się obudzić ok. 2 w nocy, zjeść i ruszyć na szczyt. Silny wiatr, zacinający śnieg odpuściły dopiero około północy. Tym razem to emocje nie pozwoliły mi tak łatwo usnąć, bądź brak tlenu (tak to sobie wtedy tłumaczyłam) :)

Wczesna pobudka, przygotowywanie śniadania,  topienie śniegu. Wszystko ciągnęło się niemiłosiernie. Po ok. 2h ruszyliśmy. Na lekko. Aczkolwiek lekko nie było. Mnóstwo ludzi ruszyło w górę, więc tylko podążaliśmy wydeptaną wcześniej ścieżką. Droga na szczyt ciągnęła się niesamowicie. Często poawiała się myśl, że to już, tuż tuż, a później okazywało się, że niestetyy jeszcze nie. Nie powiem, że było łatwo. Zdecydowanie dało się odczuć spowolnienie spowodowane wysokością. W końcu jednak, udało się! Szczyt. I widok zapierający dechw piersich. Widok gdzie wszystko na co patrzysz jest niżej. Byliśmy na dachu Erupy, w sercu Alp. Naturalnie było sporo ludzi, ale nie zmienia to daktu, że był to mój moment. Szczęście i lekkie niedowierzenie. Przepiękny poranek (ach te alpejskie poranki). Kilka zdjęć, telefon do mamy (tak jest tam zasięg). I pora schodzić. Tyle emocji, a byliśmy dopiero w połowie drogi. Dotarliśmy jakoś do naszych namiotów. Krótki odpoczynek, jakaś przekąska i w dół. Było dość późno,a ostatnim odcinkiem przed kolejnym noclegiem miał być słynny trawers, więc chcieliśmy tam dotrzeć jak najwcześniej. Droga w dół nie była już tak przyjemna jak w górę, szczególnie, że co jakiś czas można było usłyszeć i zobaczyć słynne kamole, które toczyły się gdzieś obok, dokładnie w kierunku trwersu, który niebawem musieliśmy pokonać. Pokonaliśmy i dotarliśmy do Tete Rousse! Zmęczeni, szczęśliwi, z dość mocną opalenizną twarzy. Kolacja i sen. W końcu sen. Bez burzy i bez zbraku tlenu ;) Następnego dnia obudziłam się z dużo większą dawką energii. Szybkie pakowanie i olbrzymia chęć bycia już na dole. Po drodze pierwszy od wielu dni prysznic, w strumieniu po drodze. I Les Houches. Nasz startowy punkt. Tak szybko jak postawiliśmy stopę w Les Houches, tak szybko chciałam snuć kolejne górskie plany i zdobywać kolejne szczyty marzeń.

SzczytMB

Widok ze szczytu

Jest wiele relacji z wejści na Mount Blanc, zapewne są dużoj dokładniejsze, zawierają sczegóły które mogą wydawać się pomocne. Ta relacja ma raczej na celu zachęcenie do realizowania marzeń. Miałyśmy z Wiktorią po 19 lat i namiot za 40 zł z Tesco. Byłyśmy w Alpach i spałyśmy przy schroniskach, więc zawsze miałyśmy wyjście zapasowe. W ciągu około tygodniowej podróży wydałam w sumie 30EUR (15 na wino), przmieszczaliśmy się autostopem. Pewnie mogłyśmy czekać na bardziej odpowiedni moment. Kiedy cały sprzęt będzie zgromadzony i najlepiej kiedy będziemy mieć samochód. Patrząc na to jak potoczyło się moje życie, gdybym czekała pewnie nigdy nie stanęłabym na tym szczycie. Nie zachęcam do nieodpowiedzialności i robienia czegoś na siłę. Tylko do odwagi  i robienia tego co podpowiada nam serce. Zachęcam do relizowania sczytów marzeń.

avatar
0
11 luty 2016, 09:26
Kasia Sarosiek