W deszczu na Taborze

   Przez ostanie kilka tygodni, dwa razy się pakowałem i dwa razy  rozpakowywałem plecak. Za pierwszym razem choroba kolegi nie pozwoliła nam ponownie wyjechać w Tatry, a za drugim poprawki w nagraniach. Minęło o kilka tygodni za długo i nagle zupełnie niespodziewanie dostałem w prezencie kilka dni wolnego.

   Oderwałem się zatem od zielonogórskiego panelu, wyskoczyłem szybciutko z pobliskiego lasu, w którym w miarę regularnie biegam i rozpocząłem doskonale mi znany proces pakowania. Jako, że za kilka dni mam jeden koncert i jedną krótką realizację TV, do plecaka, oprócz butów wspinaczkowych, ładuję lakierki. Rezygnuję z termosu i laptopa. Z dumą patrzę na plecak, kiedy dostaję sms od kolegi a nawet przyjaciela prawie, z prognozą pogody. 

- „Lać będzie cały tydzień a w czwartek śnieg”.

danielgrupa2

   O mały włos szlag mnie nie trafił. Prognozę sprawdzałem wczoraj i rzeczywiście jakiś skromny, maluteńki deszczyk miał spaść, ale żeby lało?? O Bogowie nielitościwi! O losie niesprawiedliwy! Dobra, prognozy nie zawsze się sprawdzają, więc jadę. Na wszelki wypadek rankiem zadzwoniłem do pary klubowiczów, którzy po słonecznej niedzieli postanowili jeszcze chwilę w skałach zostać i po usłyszeniu słów:

- Wiesz, ja śpię jeszcze, ale chyba nie pada… - w radosnych podskokach pobiegłem na dworzec.

   Podróż, zacytuję wieszcza, strzeliła jak z bata, i już o godzinie czternastej dreptałem w kierunku schroniska Szwajcarki. Dreptałem oczywiście w deszczu, który za nic nie potrafił zmyć mojego uśmiechu. Już się natęskniłem za tymi skałami, za tymi polanami. Paznokcie z zazdrości poobgryzałem kiedy moi koledzy i koleżanki z wypiekami na twarzy opowiadali o pierwszych, w tym roku, wspinaczkach. Nic to, pobiegam, popatrzę, pooddycham trochę. W schronisku wypiłem kawę z Grzesiem, który po raz kolejny przeżył zimę, kradzież auta, i wycieczki szkolnych urwisów. W coraz większym deszczu szedłem na Tabor, mijając po drodze Husyckie Skały. Na pustym Taborze (bo niby kto w deszczu by tu siedział), wypiłem herbatę ze Sławkiem, rozpaliłem kominek w domku, zjadłem zdrową zupę z Chin i pobiegłem dotknąć skał.

danielgrupa1

 

   Jakoś mi się pod tymi Sukiennicami błogo zrobiło i deszcz nawet nie przeszkadzał. Powolutku pooglądałem drogi, które zamierzam w tym sezonie zrobić, albo przynajmniej się w nie wstawić, jednym okiem zerknąłem na Stodołę. Jednym, bo dokładnie rok temu na krótkiej, prawie bulderowej drodze, o wdzięcznej nazwie ‚Ścianka Małolata” załatwiłem sobie środkowy palec u lewej ręki, powodując tym naprawdę niezłą ekwilibrystykę na koncertach przez kilka tygodni.

   daniel grupa

   Obszedłem Sukiennice dookoła i zbiegłem do Karpnik na proszoną kolację. Tam pyszności doskonałe, i zdrowe w dodatku. Posiedzieliśmy i pogadaliśmy o drogach sokolikowych, o tych które udało im się zrobić wczoraj. Podczas pięknej słonecznej niedzieli. Powzdychałem trochę, dopiłem herbatę i z mocnym postanowieniem wspinaczkowym na ten sezon pobiegłem z powrotem na Tabor. Zwierząt po drodze nie spotkałem a czołówka po zmianie baterii okazała się świetna i wcale nie do wymiany. W domku dorzuciłem do kominka i zasypiałem wymieniając nazwy dróg, które poprowadzę. Rankiem zjadłem surową kiełbasę (miałem ją upiec na taborowym ognisku wieczorową porą) wypiłem kawę zagryzając pomarańczą, i po sprawdzeniu na kilku portalach prognozy pogody, spakowany, w deszczu poszedłem do Trzcińska, gdzie najpierw pociągiem a potem tramwajem, dotarłem na jedną z wrocławskich ścian wspinaczkowych.

avatar
0
04 kwiecień 2017, 19:13
Daniel Grupa