Ważny bieg, czyli jak pokonała mnie pycha - Memoriał Wojtka Kozuba na Babiej Górze.

To był dla mnie bardzo ważny bieg. Dlaczego? Bo niewiele jest imprez, kiedy biegnie się dla kogoś, a nie po coś. Taki bieg daje mi więcej emocji i satysfakcji. Inaczej go przeżywam, zdecydowanie mocniej doświadczam. Wojtka, który zginął podczas zejścia z Mount Blanc, znałem z opowiadań. Był mi bliski, bo również biegał po Babiej Górze – w ten sposób trenował przed swoimi górskimi wyprawami. Poza tym Babia Góra to moja osobista góra. Rok temu byłem na niej 60 razy. Uciekałem tu, aby się wyciszyć… Biegałem i całkiem niechcący zrobiłem formę.

Dylemat

Zwykle ustawiam sobie priorytety, jednak życie na bieżąco je weryfikuje. Rok temu postanowiłem wystartować w Kozubie (memoriale Wojtka Kozuba, www.memorialwojtka.pl). Nic nie zapowiadało, że coś się zmieni. Nagle w połowie października okazało się, że właśnie w tym samym czasie mam zajęcia w szkole. Toczyłem wewnętrzną walkę, co wybrać – szkołę czy bieg i związaną z nim integrację w schronisku na Markowych. Było ciężko, wahałem się, zwlekałem z ostateczną decyzją. Rok temu nie miałbym z tym najmniejszego problemu. Wtedy liczyło się tylko bieganie, a nie szkoła. Teraz było inaczej.

01

Pogodzony z losem siedziałem w ławce. Nie potrafiłem się jednak skoncentrować. Zacząłem analizować, czy jak się urwę z lekcji, to zdążę na bieg. Nie, to nie ma sensu – przekonywałem sam siebie. Zająłem się zadaniami, ale za chwilę znów spojrzałem za okno i na zegar. Za pięć dwunasta coś we mnie strzeliło! Podbiegłem do biurka, oddałem kartkę z połową rozwiązanych zadań i grzecznie, lecz zdecydowanie oznajmiłem, że wychodzę. Chyba byłem bardzo stanowczy, bo prowadzący zajęcia nawet nie zareagował. No i wiatr!

Wskoczyłem do samochodu świadomy, że będzie ciężko dotrzeć na czas. Śpieszyłem się. Łamałem wszelkie możliwe przepisy (przyznaję, że teraz mi wstyd :P). Ochłonąłem nieco na światłach w Makowie Podhalańskim, gdy dotarło do mnie, że chyba nie zdążę.

Zbiła mnie pycha!

Dojechałem na start i wyskoczyłem z samochodu. A jednak mi się udało, zdążyłem – przemknęło mi przez myśl, kiedy zobaczyłem kolumnę gotowych biegaczy.
– No, to co?! Biegniemy? – padło z tłumu.

02

Po chwili krótkie odliczanie i pobiegli… Podłamałem się, ale tylko na 5 sekund. Skarpetki, buty, koszulka… Po trzech minutach byłem gotowy. To była szybka akcja! I trochę chaosu… Skarpetki miałem od Zosi, buty od Lucka, zegarek od Weroniki, buff z Pięciu Stawów i izotonik od Agisko. Ruszyłem bez rozgrzewki, niewyspany, głodny. Nie miało to jednak znaczenia. Byłem szczęśliwy, że gdzieś tam przede mną, w lesie, biegną inni. Liczyło się tylko to, co tu i teraz, nie było przeszłości ani przyszłości. Pędziłem, ile fabryka dała! Pierwszy raz w życiu wystartowałem po wszystkich. Musiałem więc dogonić innych. To mnie uskrzydlało.

Luźna łydka

No i… pyrzypaliłem się, zakwasiłem, musiałem przejść do marszu. Byłem zły na siebie, że znowu przesadziłem. Po raz kolejny nie mogłem opanować swoich emocji. Wiedziałem, że będzie ciężko, liczyłem na to. Znałem jednak bardzo dobrze trasę, w końcu wielokrotnie ją pokonywałem. Byłem pewien, że uda mi się ją błyskawicznie pokonać. Zabiła mnie pycha.

Z Małej Babiej biegło mi się już rewelacyjnie, choć musiałem, co prawda, wyprzedzać innych zawodników, co było nieco karkołomne, bo ciężko się to robi, pędząc w dół. Gdy się wypłaszczyło, doznałem przebłysku, wiedziałem, że mogę wszystko. Mogłem nareszcie przyspieszać, po prostu luźna łydka ;)

03

Kilometr przed schroniskiem dogoniłem Marysię Cebo, tego dnia była w świetnej formie. Biegliśmy razem kilkadziesiąt metrów, a pózniej pobiegłem na przód. Przy schronisku kilkunastu dopingujących, robiących zdjęcia. Najwięcej było jednak mocno zdziwionych turystów… bo tu nagle wyskakuje taki biegacz. Spocony, sapiący i skąpo ubrany jak na panujące warunki. Myślałem, że ludzie przyzwyczaili się już do tego widoku, przecież biegów jest coraz więcej… Niestety, daleko nam jeszcze do atmosfery, jaka panuje na takich imprezach za granicą, gdzie jest fantastyczny doping.

Po minięciu schroniska rozpocząłem karkołomny zbieg. Momentami podnosiłem głowę, by sprawdzić, czy kogoś nie widać. Czy mogę jeszcze kogoś dogonić. Kilometr przed metą ujrzałem czarną postać i to mnie zmotywowało, by z siebie jeszcze coś wycisnąć. Niestety, dzieliła nas zbyt duża odległość i w efekcie mój atak się nie udał. Ja byłem wilkiem, o on owcą, ja go doganiałem, a on wtedy uciekał. Na metę wpadłem krok za nim. Mimo wszystko byłem szczęśliwy, dałem z siebie wszystko. Po chwili założyłem bluzę i ponownie wróciłem na trasę. Chciałem dopingować innych. Ale i też czułem niedosyt kilometrów w nogach ;)

04

O wschodzie słońca

Podsumowanie biegu i rozdanie dyplomów (http://www.memorialwojtka.pl/doc/results/2014/WYNIKI_OPEN_K.pdf) odbyło się w karczmie w Zawoji. Lubię tę pełną emocji, gorącą atmosferę po biegu. Gwar, rozmowy, dyskusje, nowe znajomości, analizowanie biegu… Zawodnicy z czołówki biegaczy przyjechali, aby się ścigać, dla mnie i przyjaciół Wojtka ważny był sam udział w biegu i pamięć o nim (galeria: http://www.memorialwojtka.pl/99_galeria2014.html).

Po zakończeniu imprezy z grupą znajomych wróciliśmy do schroniska na Markowych Szczawinach, aby wspólnie zrobić niedzielne wybieganie po zawodach. W planach był też wschód słońca, jednak ja z samego rana, gdy było jeszcze ciemno, mimo protestu innych, musiałem wracać. Znajomi chcieli mnie odprowadzić na parking, poświęcając zdobycie szczytu o wschodzie. To było miłe, jednak po kilkudziesięciu metrach dotarło do nas, że to jest zbędne i że dam sobie radę sam! Ja i tak po rozstaniu, z czołówką na głowie, popędziłem w dół…

To był dobry weekend!

Józek

avatar
0
07 styczeń 2015, 11:52
Józef Pawlica