Wielka ucieczka

Jesień. Taki zwykły, szary, dzeszczowy dzień...

Kiedy zaczynałam moją przygodę z górami, to były dla mnie azylem. Ucieczką od sztucznie przez człowieka stworzonych miast, korporacji, propagandy bliżej niezdefiniowanego sukcesu, blichtru rzeczy pożądanych, choć w zasadzie bez znaczenia. Bezsensownych dyspozycji, komunikatów i jednak jakiejś kontroli, a może tylko braku wolności. Jednym zdaniem: egzystencji, która wydawała mi się mało autentyczna.

jesien

Góry niosły ze sobą obietnicę przeżyć o głębszym znaczeniu. Przede wszystkim o jakimkolwiek znaczeniu. Chciałam, żeby moje życie rozwijało mnie i pogłębiało i aby mijało w dobrym towarzystwie. Wyobrażałam sobie, że góry mają w sobie moc eliminowania typów o ułomnych charakterach i bez poczucia humoru, a mnie samej nadadzą jakieś wyjątkowo piękne szlify.

Udało mi się przenieść lwią część mojej aktywności  z miasta w góry. I kilka pięknych lat spędziłam na obrzeżach tego, co mnie wcześniej tak nużyło. Z mojej rodzinnej miejscowości jest daleko w góry... daleko w Tatry, i jeszcze dalej w Alpy. Marzenia o ostrej linii skalnych grani zdecydowanie przecinających horyzont powodowały, że wsiadałam w pociąg, autobus, samochód i jechałam. Droga w góry stała się częścią przygody. Żeby  moja wielka ucieczka była możliwa, musiałam zgodzić się na dyscyplinę. Na swój własny użytek nazywam ją dyscypliną drogi ;)

Kiedyś myślałam, że wystarczy entuzjazm bez granic. Byłam pewna, iż na jego skrzydłach da się dolecieć wszędzie. Nie ważne, jak wysoko, jak daleko. Ograniczenia nie istnieją.

Prawie 12 lat temu, jadąc starym wyciągiem krzesełkowym  z Jaworzyny na Skrzyczne w Szczyrku, opowiadałam o tym entuzjazmie mojemu fantastycznemu instruktorowi. O tym, jakie wrażenie robią na mnie skrzące zachody słońca i górskie mgły a nawet świerki, których konary uginają się cierpliwie pod ciężarem śniegu. Pamiętam, że zalecił mi życie pełną piersią NATYCHMIAT, gdyż z latami intensywność przeżyć maleje. Z całego kursu, to właśnie te słowa zapamiętałam najlepiej. I postanowiłam skorzystać z nich jak z drogowskazu. Tak właśnie góry realizowały swoje obietnice. Pozwalały mi spotykać ludzi, którzy dali mi dużo więcej, niż to po co przyszłam. To było prawdziwe Nauczanie a nie tylko wykonanie usługi. 

Dziś myślę, że entuzjazm napnie żagle, gdy marzenia są nagrodą. Ale co nas będzie napędzało, kiedy okaże się, że ich realizacja ma również swoją cenę. I to nie małą? Co prawda, modna propaganda sukcesu zaleca pozostawienie wszystkich, którzy nie mieszczą się w naszej wizji albo mogą nasz sukces spowolnić. Ale w górach nie zostawia się przyjaciela, choćby był bryłą lodu. Zatem???
Święta Bożego Narodzenia są nudą, jeśli przy wigilijnej kolacji myśli się o heroicznych wyczynach górach. Ale kiedy zaczyna się rozumieć, że być może nie zostało nam zbyt wiele Świąt w tym samym gronie? Co wtedy? Jak zmusić się do wyruszenia? Są granice po przekroczeniu których, magia entuzjazmu nie działa.

Jeszcze nie jestem w królestwie dziewiczych śniegów. Nie porwało mnie szaleństwo intensywnej pracy, która wydaje mi się dużo bardziej znacząca, niż tylko uczenie ruchów i równowagi. Jestem na mokrej i mglistej mazowieckiej równinie.  Może nie więcej niż 30 km od Was. Cieszę się, że nie muszę wychodzić z domu. Cieszę się, że mam czas, żeby zza mokrych szyb mojego pokoju przyglądać się światu, który od lat zostawiam, aby pędzić bardzo daleko. Na kolanach trzymam otwarty kalendarz i planuję wszystkie wydarzenia od listopada aż do kwietnia. Czasem przydałby się dar bilokacji. Przejazdy, miejsca,  sprzęt, zobowiązania, wyzwania. Kostka Rubika to pikuś. Pan Pikuś. Liczę kolejne kilometry do przejechania, i myślę, że znowu sama, że nie wiadomo jak to będzie. No właśnie, jak to będzie? Najpierw 1100 km, potem 1500, w końcu może nawet dwa (sezon zwykle zamykam w 10 tys samochodem).

Znów będę śpiewać za kierownicą, dzwonić do przyjaciół i znajomych, słuchać radia, audiobooków. Może brzmi fajnie, i nawet to lubię...ale to straszny kawał drogi. Drogi, która się nie kończy nigdy. Sama droga nie jest taka przerażająca. Jednak myśli, że za sobą zostawia się bliskie osoby, ważne sprawy -  nie dają spokoju. Ale wyruszyć trzeba. Mieć zlecenia, mieć plan, wytrzymać niedogodności, których wcale jest niemało. W czasie sezonu nie mam na nic czasu ani do niczego głowy. Z kolegą instruktorem spotykamy się co rano w kuchni i wymieniamy uwagi o życiu. Oboje mamy wrażenie, że operator sieci komórkowej straszy nas odłączeniem od usługi komunikacyjnej  - nie co miesiąc, ale raz na trzy dni. Tak szybko nam mija czas! W tym okresie na wiadomości odpowiadam z przynajmniej kilkudniowym opóźnieniem.  Jeśli w ogóle. Nie dlatego, że nie chce mi się – zwyczajnie nie ogarniam.

Zanim odjadę w umiłowane góry, będę się musiała spakować. Trzeba dokonać zasadniczych wyborów: czy zabrać wszytko, co potrzebne czy tylko to, co niezbędne. Z całego rytuału odjazdu szczerze i zdecydowanie nie lubię tylko jednej rzeczy – pakowania. Jeśli sobie wyobrazimy, że nie wystarczy mieć sprzęt do jazdy, i serwisowania , czy ubranka, rękawice, kask, gogle itd. Przecież jeszcze warto zabrać coś do zjedzenia, a także do wypicia, a może nawet do przeczytania. Gubię się w tym... co poza nartami jest najważniejsze do zabrania? Puchowy śpiwór ???:)

Mówi się, że w narciarstwie najpiękniejsze są dwa uczucia: dźwięk zapinanych z rana wiązań i uczucie ulgi, kiedy na koniec wreszcie zdejmuje się narciarskie buty. To prawda. Ale i metafora.

Jest pierwsza w nocy... znajomy z Podhala pisze, że prognoza wspomina o śniegu nad ranem. No i dlaczego spociły mi się ręce???

Kiedy znów zobaczycie fajne fotki na portalu społecznościowym, pomyślcie proszę o jednym. To była wspaniała chwila, którą bardzo chciałam uwiecznić, bo było super, cudownie i pięknie. Ale ... To była chwila.  Jak wyspa. Pośród mórz determinacji, prądów zwątpienia i zmęczenia, oraz oceanu dyscypliny.

Zapłaciłam za nią cenę. Może nawet nie małą. Dlatego ta chwila ma taką wartość! Nie oddałabym bym jej za nic!!! Wobec przygody z górami mam jedno bardzo duże oczekiwanie: że pomoże mi lepiej zagłębić się w świat i siebie. Nie chodzi o obraz, ale o emocję na rdzeniu. Nie chodzi o wizerunek ale o rzeczywistą głębię. 
Takie tam jesienne dwie myśli. Bo za chwilę będą już tylko te: skręt w prawoooo... skręt w lewoooo... :)

Czego sobie i Wam życzę :)

avatar
0
26 październik 2017, 19:29
Paulina Janczar