male dolomity

Popularne

Blogi

FundacjaTOPR 271x62_v1

TOPR SystemMonitoringuPogody_271x62

Konkurs na opowiadanie górskie - "Śnieżna epopeja"

Kategoria: Konkursy / Zakończone

konkurs-opowiadanie-mMinął już ostateczny termin przyjmowania prac do konkursu na opowiadanie górskie i zapraszamy do lektury nadesłanych prac. Tym razem mamy przyjemność zaprezentować opowiadanie zatytułowane: "Śnieżna epopeja", którego autorem jest Adam Śmiałkowski. Zachęcamy do czytania!

 

"Śnieżna epopeja"

Autor: Adam Śmiałkowski

 

    Gdyby doliny umiały mówić, a szczyty opowiadać zdobywcą o ich poprzednikach ... powstałaby niekończąca się tatrzańska epopeja. Dni różne, dalekie od siebie, ludzie z odległych stron, w różnych zakątkach Tatr, w którymś momencie spotykają się na szlaku, krzyżują się ich drogi ... i tworzą niewidoczną aurę, więź zadzierzgniętą na granitowych wantach, historię w kolebach uśpioną, spod piargu wyzierającą. Może dlatego tak różne są (w odczuwaniu), te wszystkie doliny, bańdziochy i żleby, bo się w nich przyczaiły przeżycia nieporównywalne, bo pozostawiono w nich myśli i słowa, tylko im przynależne, tylko w nich mające swój koniec i początek. Bo przecież to ludzie tworzą tą legendę Tatr, tą  duszę ich żłobią swoim przebywaniem, zostawiając w nich swoje spełnienia, marzenia, wielkie i małe porywy serc, swoją odkrywczą naturę, a wreszcie i swoje pragnienie zjednoczenia z naturą, współistnienia z granitem,  ze stawem, w którym topią wzrok, aż po jego dno ... A może to Tatry kształtują ludzi gór, przelewają w nich, strumieniami bystrymi, potęgę niewzruszoną, nostalgię, podniosłość ... Gdzie się stykają te przenikania, którego jest więcej, czy doprawdy istnieją, nie są bredniami wydumanymi?

    Idę na Śnieżną Galerię, popod Śnieżne Kopy, tam gdzie mam w Tatrach swoje lotnisko. Bo tak zawsze widzę to miejsce z sąsiednich grani. Może jeszcze nie lądował tam żaden helikopter, i może nigdy nie będzie. Lądują tam moje myśli, gdy się rozglądam za miejscem ustronnym, kojącym dla zbłąkanej w zbyt ludnych Tatrach, duszy. Idę z Anielką od Zachodnich Żelaznych Wrót. Na przełęczy wiatr hula, przegania zwaliste masy szarego powietrza. To mroczy, to rozświetla   okolicę. Od wschodu półmrok, od zachodu błękit sielski i błogi. Patrzę w dno Kaczego Żlebu, a tam ja sam nad nim zawieszony, z aureolą tęczy wokół siebie. Liczę, które to już spotkanie z widmem Brockenu? Może szóste, lub siódme? Dużo ich już było. A gdyby tak uknuć nową wróżbę, nie o trzech spotkaniach, ale o tym, że nie wolno widma spotkać dwa razy w tej samej dolinie, bo już z niej żywym się nie wyjdzie ... Przerażające, jak te chmury niespokojne, dławiące, lękiem nas napawające. Anielce nie w smak to przejście z przełęczy do galerii. Ziemisty piarg, miejscami jak piasek drobny, bystro w dół do Kaczej się urywający, straszy porwaniem, tam gdzie jeszcze przed chwilą, widmo kolorowo nas wabiło.
    Ale od czego mamy linę, przecież po to ją tu zabraliśmy, żeby temu miejscu odstręczyć się nie dać. Pogoda przygniata, wtłacza niepewność w umysł, jak zimno pod ubranie. Śnieg, który tu niemal zawsze bywa, zniknął zupełnie. Ostrożnie przechodzimy groźnie wyglądający trawers, który w bezpośredniej bliskości, ułagodzony się zdaje. Jeszcze tylko szybko na Śnieżną Ławkę (bynajmniej nie przełęcz) wychodzimy, i już pędem wracamy tą samą drogą do Zachodnich Wrót, bo niebo zupełnie ciemne się zrobiło, jakby strzegło tatrzańskiej pustelni przed intruzami. A od strony Złomisk, zanurzamy się w ciepłe promienie słońca i już zapał nowy wstępuje, obawy pryskają, toteż cel sobie nowy obieramy i na Zachodni Szczyt Żelaznych Wrót wychodzimy. Jeszcze raz tego dnia, po linę sięgamy, by gdzieś w połowie grani od Przełęczy pod Kozią Strażnicą biegnącej, wspomóc Anielkę, gotową z celu bliskiego rezygnować. Kolejna radość ze szczytu, z widoku przepysznego ... z wrażenia niebywałego, bo tym rejonem nasyconego. A my się nim bez umiaru napawamy, wchłaniamy, w czeluście pod nami zaglądamy, jakbyśmy przez ich głębię, w jądro ziemi zaglądnąć chcieli ...
    Ale przecież nie o tym chciałem powiedzieć, w związku z tą doliną. Bo na początku tego dnia cudnego, który nam żadnych górskich wrażeń, ani bogactwa przeżyć nie skąpił, spotkałem (tylko ja, bo zawsze do przodu się wyrywam, żeby szczyty pierwszym oglądać) Węgra, którego o imię nawet nie spytałem, a którego zaraz poznałem, bo twarz jego utkwiła mi w pamięci, gdy się z nim ścigałem, o to by przed nim wejść w początek drogi na Jastrzębiej Turni. A potem długo o tym niecnym swoim postępku przemyśliwałem i nad losem Węgra się zastanawiałem. Nie mogłem nijak się dowiedzieć, czy poszedł wtedy za nami, czy znalazł drogę której szukał, i wreszcie czy ją skończył, czy tamten dzień miał udany. I tak dążąc (znów pośpiesznie – i czemuż?) nad Staw Popradzki, kątem oka dostrzegam, że to ten sam człowiek idzie tuż koło mnie. Pytam podekscytowany, czy był na Jastrzębiej Turni, miesiąc temu, na tej, a tej drodze. On potwierdza. Po czym ściska mi rękę (jakby tamtej mojej niecnej postawy nieświadom) i recytuje bezbłędnie po polsku: „Polak Węgier dwa ...”. Dalej już po angielsku, daje mi lekcje historii o Batorym i Warneńczyku. Wreszcie mówi, że poszli wtedy na Rzeżuchowe Turnie, że drogę piękną zrobili. Dalej, pokazując swojego kompana szczyci się wielce, iż poznali Włodka C. (i jego też w tej dolinie zupełnie przypadkiem spotkałem, nie tego dnia co prawda, ale przy jednym stole z Markiem G. siedzącego ...), chwali go za to wytykanie hipokryzji słowackim „strażnikom” przyrody. Dowiaduję się, iż mieszka niedaleko granicy i ma zaledwie dwie godziny drogi samochodem w Tatry, że jest w nich co tydzień. Mówi, to co mnie jest bliskie, że wspinałby się tu codziennie, ale nawet gdyby to było możliwe, to i tak byłoby mało, nie dosyć. Oj, przy tym Popradzkim Stawie, spotkań niespodziewanych się namnożyło. Już kolejne na myśl się ciśnie, nie przy okazji śnieżnych wrażeń, lecz znowu mające miejsce tego lata krótkiego. Trzeba mi tu przywołać Huberta J. sympatycznego, w roli przewodnika występującego, zbyt grupą swoją przejętego, żebyśmy czas mieli na pogawędki tatrologiczno – bujdałkowe. I gdzież szukać wspomnień tych ludzi gór, górom oddanych, jak nie przy tatrzańskich stawach, na szlaków rozstajach?

    Czemu tą Śnieżną Galerię przywołałem, nad jej odosobnieniem się rozczuliłem? No dlatego, że kilka tygodni później, gdy z innej wyprawy wracaliśmy, opuściwszy Śnieżne Czuby,  zadowoleni z górskiej roboty, kupując piwo w Smokowcu, spotykamy Zośkę B. Opowiadamy gdzie to łaziliśmy cały boży dzień, a Zośka nam trochę zazdrości, bo ona już któryś dzień z kolei, korzystając z dobrej pogody, tylko na 'złotą górę' wychodzi, ckni jej się więc za innymi dziedzinami. Pewnie z radością uciekła by w jakiekolwiek śnieżne ostępy, a nuż pod Śnieżne Kopy, na 'lotnisko', żeby odlecieć od rzeszy klientów.  I tak w tej monotonii przewodnickiej zanurzona, myli te nasze Śnieżne Czuby ze Śnieżnymi Kopami (może i dla niej, tamte okolice są podobnym eremem jak dla mnie?), a to przecież w dwóch różnych dolinach. Zaraz sobie przypominam, jak to siedząc naprzeciw mnie z Włodkiem C. egzaminowała mnie Zośka z topografii, pytając o jakieś szlaki z Tatr Zachodnich. Wtedy odpowiedziałem, że w zachodnich to prawie nie bywam, ale z wysokich to chętnie poopowiadam.
    A na Śnieżne Czuby poszliśmy gromadą liczną bardzo. Tak bardzo, że gdyby któraś z tych czub, opierać się nam zechciała, to moglibyśmy żywą drabiną na nią wleźć niechybnie. Szło nas pięcioro, ale po drodze, spotkaliśmy dwóch kompanów z naszego miasta miłego, a stolicą Podhala będącego, idących w tą samą dolinę. Jako że się nie wspinali, nie wsparli nas w oblężeniu Snehovego Hrbenia (jak to Słowacy zwą te Czuby). Także jeden z towarzyszy, który doszedł aż pod ścianę, lenistwu się oddał, błogiemu, bo mu zupełne szczęście dawało spoglądanie na nas i na grań od dołu, a że pod sobą i tak miał kawał świata i całą Doliną Stawów Spiskich, to nie żałował braku styrmania się do góry. Pogoda cudna roztoczyła się nad nami, błękit słońcem podświetlany, drobnymi obłoczkami przetykany, ciepłem ku nam spływający – otulały.
    Zerwa nad nami nie z tych największych, a raczej z tych nie odstraszających, ze 150 metrów wysoka, do tego południowa, nagrzana, i  zupełnie pusta. Nie na darmo przyszliśmy aż do samego kąta doliny, dzięki czemu możemy kosztować spokoju i tej osobliwej ciszy, która jest tuż pod ścianą, i tylko tam brzmi tak głośno i przejmująco ... Na wspinanie mało kto by się wybrał w to miejsce, za daleko, bez stałych kotw do asekuracji, ale z nas, nikomu to nie przeszkadza. Płyty nade mną wyglądają przepięknie, aż niemożliwie do przejścia. Nic dziwnego że odstraszyły Fenka, bezczelnie teraz leżącego, strach swój, plecami przygniatającego; a tak naprawdę ustępującego pola innym kompanom. Źle to zaplanowaliśmy, za wielu nas przyszło, a tylko jeden ze wszystkich prowadzi.
    Patrzę wysoko nad siebie, żeby znaleźć przebieg drogi; cisza łomocze ... ale przerywają ją głosy na grani, ktoś idzie od Śnieżnej Przełęczy (Lodovego Sedla), do Śnieżnego Szczytu (Snehovy Stit – tylko ten brzmi tak samo!).  Płyty gładkie straszliwie, pod pierwszym dotykiem, łagodnieją. Piękna jest tu skała, biało połyskująca w słońcu, ciepła, mocna. Następny wyciąg jakby w nowej aurze przebiega – mgliste baranki przetaczają się po moich plecach, i tylko czuję ich presję na sobie; a ściana przede mną przewieszkami poprzetykana, jakby ktoś tor przeszkód ustawił. Gdzieś między nimi jest przejście tajemne, trudne tylko za IV, tylko gdzie? Ale jest hak, kierunek właściwy wskazujący, a za nim przepiękne wyjście między dwoma trójkątami okapów. Wywijam się tam sprytnie, spokojnie, zadowolony z siebie i dumny, ze Śnieżną Czubą zbratany, w jedną całość spojony, rytmowi jej kamiennej powłoki poddany. Za mną druhowie mili, ufni że ich bezpiecznie na szczyt wywiodę, idą w swoistej karawanie – najpierw dwóch, których ściągam do siebie, a potem ten  czwarty, którego asekuruje jeden z dwójki, bo drugi zaś mnie musi, jednocześnie. Bliski jest już wierzchołek, tylko pół długości liny. Skała znów płytowa i piękna, choć nie tak jasna jak na dole, jakby barwę traciła, od chłodu, wiejącego z Czarnej Jaworowej. Po stronie tejże, cień głęboki, jakby odwieczny, jakby się tam zimno chowało, jakby czarne instynkty ktoś poutykał wszędzie ... No więc schodzimy, półcieniem Czarnej obleczeni, w nastroju poważnym (choć szczyt zdobyliśmy), uważni, nie tacy pewni siebie, a skromni, żałobną powagą Czarnej przytłoczeni, mimo że nieco pogody do jej zatęchłych kątów wnosimy.
    Gdy tylko plecami do szarości się odwracamy, i w słoneczne odbicia Stawów Spiskich schodzimy, nasze twarze i słowa, rezolutniejsze barwy przybierają. Ale jakiś respekt w naszych trzewiach schowany, z Czarnej przeniesiony, delikatnie rozsnuwa się popod granitowymi ścianami, stygnącymi w cieniu popołudnia. Jeszcze raz oglądamy swoją drogę, napawając się jej urodą i jakby śladów swojego jestestwa na niej szukając. Podziwiamy też sąsiednie, apetyt na nie sobie ostrząc, nie mając pojęcia kiedy znów tutaj zawitamy. W Chacie Tereho z Fenkiem się spotykamy, piwo zamawiamy, odpoczywamy. Rozmawiam z hatarem – Mirą, że na Śnieżnych Czubach byliśmy. A Miro pamiętając mnie jeszcze z zeszłego roku, gdy w ciągu tygodnia trzy razy w jego chacie byłem, przypomniał mi o mojej częstej bytności w tej okolicy. I wtedy chcąc to jeszcze mocniej potwierdzić, odparłem, że trzy dni temu też tu byłem, tylko że do schroniska nie schodziłem; że robiłem nową drogę na Wielkiej Śnieżnej Turni, skąd do Śnieżnego Szczytu doszedłem. Miro spojrzał szczególnie na mnie, ale jak się niebawem miałem przekonać, nie w uznaniu, a w niejakim  zamieszaniu, które tym śnieżnym paplaniem w nim wywołałem.

    No i nadszedł dzień, gdy znów stanęliśmy w Chacie Tereho, w ilości osób nie mniejszej niż  miało to miejsce miesiąc wcześniej. A nawet nas przybyło. Właściwie można by to było nazwać podhalańskim oblężeniem Doliny Małej Zimnej Wody. Jeszcze w Smokowcu spotykamy Ewelinę i Klaudię z Zakopanego. Idą na 'Drogę ku słońcu' (lub też filar Puskasa, choć pierwszy na nim był Szczuka). No przecież byliśmy na niej, równo rok temu (wtedy właśnie, gdy Miro tak sobie zapamiętał tą moją częstotliwość wizyt). Mówimy dziewczyną o tym miejscu, w którym trzeba uważać, żeby nie zmylić drogi ... i one tam właśnie ją później zmylą.
    Niezwykłą jest siła miejsc, granitowe czary. Ale w tym krzyżowaniu się, taternickich przejść, szlaków, ludzi, ludzkiego ducha z kamiennym półświatkiem Tatr, miało miejsce jeszcze jedno zdarzenie – śmieszne, acz znamienne. Szukając tejże samej drogi, zachwalanej przeze mnie, pewien mój znajomy z kolegą, którego imienia nie wymienię, pomylili ściany, i zamiast od Lodowej Dolinki, poszli na ów (południowy) filar, od Stawów Spiskich. Będąc w jakimś wielkim mieście, pośród terkotania tramwajów, odbieram telefon z pytaniami jak należy się wbić w ten piękny filar, Tłumaczę jak umiem, (bo tamci oczywiście nie mają niczego, czym by wątpliwości mogli rozwiewać), ale nic się nie zgadza z obrazem jaki odtwarzam z pamięci. Panowie wychodzą na Lodową Kopę po jakimś gruzowisku, a po paru dniach mam ubaw ogromny, gdy się wyjaśnia od jakiej strony szukali drogi, która ich nie chciała widzieć u siebie. Znamienne jest, że to nie mogło spotkać nikogo innego, a ich właśnie. Granitowy półświatek rządzi się swoimi prawami, ma swoje sposoby na intruzów, na ignorantów, ma swoje dni przychylne, ale i dni w których pokazuje każdemu, gdzie jest jego miejsce.
    Wracając do Doliny Stawów Spiskich i do naszej gromadnej wizyty w niej. Miro milcząco przyglądał się naszym twarzą, tym ponownie po miesiącu ujrzanym, i nowym, mniej znanym,  wesoło i ściśle przed schroniskiem skulonych – bo wiatr wierutny grał i świszczał między wszystkimi szparami i szczelinami, w skałach i w naszym przyodziewku. Tym razem siły rozłożyliśmy po całej dolinie. Na cztery zespoły podzieleni, ruszyliśmy ku granią okolicznym. Majer i Marek ku Małemu Durnemu, Anielka (samotnie) na Baranią Przełęcz, Tadek z Dawidem na Baranie Rogi, a ja z Fenkiem, oczywiście na Śnieżne Czuby. Tylko że Miro nie wiedział o tym naszym podziale zadań i jak się wieczorem od Anielki dowiedziałem, przypuszczał że idziemy się rozprawić z tą nową drogą, o której mu wspomniałem. Sądził, że przyczyną tego wielkiego poruszenia, tak zmasowanej koncentracji sił, są pewnikiem okrutne trudności, ściany która nie chciała paść przy pierwszym szturmie.
    Tymczasem, smagani wiatrem (bo to już przecież październik), ale w pełnym słońcu, dążymy z Fenkiem pod Snehovy Hrben, na drogę, której płyty w górnej części, już spod schroniska, wyglądały na wielce obiecujące. Siadamy pod ścianą, i jak miesiąc temu, tak i tego dnia patrzymy na zielone oka stawów pod nami, mrugające do nas połyskaniem słonecznym. Zerkamy w stronę Pośredniej Grani, nastroszonej ku nam, swoją napiętą i ciemną sylwetką. Widzimy jak nasi towarzysze zatrzymują się pod ścianą Baranich Rogów. Wracam pamięcią do dnia, w którym mierzyłem się z tą samą drogą ... wspomnienia przybladły, został wśród want nasz trud, pozostało wrażenie dobrze spędzonego dnia, wspólnej radości z Majerem, zdjęcie; a może wtedy, przygotowywaliśmy sobie grunt pod Śnieżne Czuby, zjednywaliśmy Dolinę, zasługując na łaski: wspaniałej pogody, dobrej asekuracji, dostępu do intymnych miejsc? ...
    Nic o tym nie wiem, ale wszystko to czujemy ... kiedy wiatr ustaje u wejścia w ścianę,  otulającej nas przed zbyt zimnymi podmuchami, kiedy kominek na pierwszym wyciągu poddaje się bez nadmiernego oporu, kiedy udaje się wejść we właściwy trawers do filara, i mimo niepewności, dążyć we właściwym kierunku,  gdy wreszcie Fenkowi dany jest odwet, za tamten leniwy dzień i gdy możemy sięgnąć czubka Czub ... Chciałoby się każdy kamień, każdy odcień granitu, przywołać, podziękować i oddać im chwałę, bo gdy się tak kładzie stopy i dłonie na nich, to następuje jakieś zżycie, z tą niby martwą naturą, to tak jakbyśmy zaproszeni, gościnności dostatniej dostępowali, jakby w podniosłości (dosłownej i  w przenośni) nas przyjmowano. I nawet jak o tym nie mówimy, jak to pięknoduchostwo ze swojego słownika, (a niechby i nawet z myśli) – wytrzebimy, to się we wdzięcznościach, w domu, na szczycie, po opresji, po trudnościach, przed lustrem, przy piwie – wdzięczymy. I każdy – skałą, (tak pięknoduch jak i demiurg), oddaje cześć i swoją daninę.
    Wspaniały jest uśmiech towarzysza na stanowisku, gdy tej gościnności i wspólnoty ze ścianą zaznaje, gdy się rozkoszować nimi umie, kiedy dostrzega granitu, nie byle jaką strukturę. Może nawet taki towarzysz to większy skarb, niż typ sportowca przeskakującego przewieszki jak  płotki. Bo jeśli nawet, nie spod każdej przewieszki się wywinie, to każda ściana, widzi go mile; a to w ogólnym rozrachunku, jest najważniejsze, a czasem najpotrzebniejsze. Więc bliski mi jest towarzysz wesoły, z przejścia płyt zadowolony. A za naszymi plecami, nasi kompani kończą swoje baranie potyczki, granitowe przenikania. Widzimy siebie. Dawid robi nam zdjęcia, na naszym trzecim wyciągu, gdy przez te płyty, które nas tak urzekły, przejścia wyszukuję, gdy stanowisko solidne dla kompana szykuję. Dźwięczy młotek tak jakoś harmonijnie, żadnego dysonansu nie wywołuje, ciszy nie łamie, a się w nią hakiem wbija prostolinijnie. Jest asekuracja dobra na płytach, choć w opisie było – 'słabe istnienie'. Dość szczelin nam Śnieżna Czuba odsłoniła,  do płyt zachęciła, pięknym wspinaniem ugościła, słońca nie poskąpiła.
    Wdrapujemy się niebawem na wąski grzebień grani, drogę szczęśliwie kończymy, i w oczy Czarne – Jaworowej, zaglądamy. Zaraz z nas ciepło które przynieśliśmy, duszkiem wypija. Kapturzymy się, dłonie rozcieramy, sprzęt rychło do plecaków chowamy, z objęć Czarnej się wyrywamy, ku przełęczy (Śnieżnej rzecz jasna) zdążamy. Rozmawiamy, nadziwić się nie mogąc, nad tak różnymi, dwóch dolin, światami. Schodząc już do Tereho, doświadczamy jesieni wkraczania. Słońce na horyzoncie nisko ułożone, chowa się za Lodowym, zimny wiatr smaga nas bez skrupułów, ciepło z dnia ulatuje wraz ze słońca promieniami.  A może to Czarna Jaworowa się za nami ugania, tak się do naszych ubrań przyssała, w linę naszą uwikłała, że na polewkę do schroniska, z nami się zabrała. Stając na piargach doliny, ścianę zachłannym wzrokiem obrzucamy. Jeszcze jedna droga nęci; na niej płyty pancerne, a w górze groźne zacięcie, wyglądają przepięknie;  i Śnieżne Czuby tak nas polubiły, że śmiało przystąpić tu znowu możemy ...
    W Chacie, w kompani zacnej zasiadamy, wrażeniami dnia się dzielimy, z Mirem rozmawiamy. A ten już wszystko rozumie, bo Anielka mu wyjaśniła, gdzie rzecz ta stała się zawiła. Że Śnieżne Czuby to Snehovy Hrben, że ten nasz najazd na tą okolicę, nie ma związku z nową drogą, a owa droga powstała na Velkej Snehovej Vezy, czyli na Wielkiej Śnieżnej Turni, od strony Czarnej Jaworowej. No i jak teraz przybliżyć Mirovi, to co tam zrobiłem? Jak mu opowiedzieć o drodze która w innej krainie powstała, która się zupełnie w otoczenie jego chaty nie wkomponowuje, która żadnych płyt nie ma, która nie straszy okapami, którą słońce tylko czasem muska, na którą nikt raczej nie zajrzy, a już na pewno, dwa razy pod tamtą ścianę nie pójdzie. Gdzie znaleźć słowa i jakie, na to, co łączy Śnieżne Czuby ze Śnieżną Turnią? Czy łączy je nazwa, czy też Śnieżny Zwornik (Snehova Straz)? A może to Miro je łączy, czy może ja? Czy jeszcze ktoś inny?

    Świat wokół mnie, wydaje się niezmienny w szaleństwie. Mam tylko nadzieję, że ono nie dosięgnie Tatr ... Wśród ludzi bliskich Tatr, toczy się od kilku dni spór, o prawdę na temat nowej drogi na Grenlandii, czy zasługiwała by ją nagrodzić 'jedynką'. Choć może, jest to spór o etykę? Zbyt wiele w tym sporze politykierstwa, a mowa ich nie jest – „tak, tak, nie, nie”. Cieszę się, że ten 'wielki świat' nie wciska się (jeszcze?) w tatrzańskie doliny. Bowiem mam tu swój projekt, swój mały Everest. Jest też wypróbowany towarzysz wielu wyjść, wtajemniczony w ów lodowy, (jeszcze nie ten śnieżny) plan. Niestety nie może pójść w  góry. Pozostaję sam, z wolnym dniem, oczywiście dla Tatr. Nie długo szukam w głowie, miejsca odosobnionego, od mętnych przemów oddalonego. Nie grenlandzkie góry lodowe, podsuwają mi pomysł odwiedzenia Śnieżnych Turni, a człowiek, któremu się one kłaniały.
    Niezwykły jest poranek w Czarnej Jaworowej. Wita mnie przepięknym pokazem, rozsnuwających się mgieł i grą światła, starającego się przebić ku mnie, poprzez ten delikatny woal wilgoci. Już samo podchodzenie przez las ku Czarnemu Stawowi Jaworowemu, jest podniosłe i nastrojowe. W ścieżce która tam prowadzi, są uśpione ślady niedźwiedzi i podkutych butów przedwojennych taterników. Między drzewa wplątane są ich rozmowy, i pragnienia szczytów, na które nikt jeszcze nie wchodził. Mech pod stopami tłumi dygotanie nerwów i tuli łagodnie obawy. Pajęczyny łaskoczą policzki, robią uśmiech na twarzy ...
    Jestem sam, już ponad progiem doliny, w granitowym królestwie, pośród want, głazów kołyszących się, od czasu do czasu, wraz ze mną, dudniąco rozbudzonych, może niekiedy nawet i po stu latach. Cisza i mgła mogą być niepokojące, albo też pobudzające. Jest we mnie spokój i wstrzemięźliwość Czarnej. Czuję że mgła ustąpi, czuję zbliżający się ku mnie dzień. Nie nakazuję sobie niczego, nawet nie mam planu. Chcę tylko wejść na grań, jeśli pogoda pozwoli, jeśli Czarna będzie łaskawa. Przystaję pod ścianą Pośredniej Śnieżnej Turni, szukam w niej drogi Stanisłwskiego. Niepojęte, jak mógł aż tak, zaufać tej zerwie odpychającej. Ale przecież wiem jak ... Dopatruję się w swojej twarzy rysów Stanisławskiego, i gdybym w to wierzył, to mógłbym być jego kolejnym wcieleniem. Ale gdy jestem w Czarnej, to tam go spotykam, jakby się błąkał po tej dolinie, jakby zielone głazy gadały pod moimi stąpnięciami, o takim jednym co je tu nawiedzał, co chwilę temu dosłownie, tędy przechodził. No i potem wyciągnął linę w tamtej zatoczce, wplótł ciało swoje w rysę, a ta go uścisnęła, bo znała go już dobrze, powierzył się kominkowi, co go wywiódł ponadto to, co zdawało się być z dołu niemożliwe ...
    Mgły raczą mnie nastrojem maligny, zatapiają czas i przestrzeń w kole złud, kleją się zimną mazią, do rozwleczonych głazów. Ślizgam się na omszałym granicie, a każdy kamień pod stopami jest mokry. Mam tylko nadzieję w słońcu, wiem że kiedy się zbliży, przedrze przez mgłę, to uczyni cuda, to zmieni wszystko – nastrój, skałę, i tchnie nowego ducha, ożywi wschodnie zbocza i moje mięśnie wypręży. Mam już przed sobą Wielką Śnieżną Turnię, i jej północno – wschodni filar z drogą Stanisławskiego. Mierzę się z nim wzrokiem, patrzy w moje oczy; nie wyschną wszystkie jego zakamarki, rysy, szczeliny, stopieńki, potrzebne dla moich splotów z jego muskułami. Mam co prawda 20 metrów liny w plecaku, na okoliczności nieoczekiwane, ale jeszcze na nie za wcześnie. Jest też łatwiejsza droga, tuż na prawo od Siwej Przełęczy (też przez Wieśka, w zejściu zrobiona). Trawy szklą się na niej rosą i mgłą. Nie jest trudna jak na pierwsze spotkanie; tylko ... „Gdybym ja się do Wielkiej Śnieżnej, po raz pierwszy przymierzał, to wszedłbym tutaj, w te czarne głazy, niczym stopnie od dna ponurego, do wyższych  dziedzin, poustawiane” - słyszę głos nieswój w sobie, jakby podszept Wieśka. „Idź. Spróbuj. Skała już tam sucha. A nie nadepnij kwiatka, on jak granit żyje” - jeszcze wyraźniej, namowa czyjaś, kieruje mnie wprost na czarno omszały granit. Dalej już on prowadzi ... Nie pytaj czy Wiesław, czy Granit, obaj tam ze mną byli.  
    Jeszcze lęk przyczajony, z zatęchłej cywilizacji przytargany, czai się, by kończyny spętać, umysł zmętnić, zatrzymać. Po pierwszych wydźwignięciach na skale twardej, spada w przepaść.  Już nie ma odwrotu, już o tym co za mną (tak daleko, jak myśl i  słowo to, sięga) – zapominam. Dopiero pod granią spojrzę w dół i ucieszy mnie, miła będzie, całkiem pokaźna ekspozycja. Tymczasem wchodzę w zażyłość ze Śnieżną. Wyciąga do mnie rękę, uśmiech słoneczny rozpościera, co ją z łzawego świtu markotnego, osusza. Już w przyjaźń jej dla mnie nie wątpię, jest mi niejako, nieobecnym towarzyszem, partnerem. Łapię jej granitowe ramiona. Trzeba im zaufać. Oddaje w zamian to samo ... i nie odtrąca, nie kruszy skały zdradliwie pod stopą, ani w ręce. Trzyma za palce, czasem podstawi pomocny stopień, zamruga jakimś wesołym porostem na swej twardej skórze, wskaże kierunek, nie zmąci skupienia, a z tym tchnieniem spragnionym szczytu, współpracuje, współdąży z nim do grani zwieńczenia, tam gdzie i jej kończy się domena, gdzie w błękit nieba się wpatruje, gdzie za sąsiednie granie zagląda ... Oj, granit Śnieżnej nie jest oziębły, nie jest nieczuły ani bezduszny ... może co najwyżej, łatwo się nie wzrusza.
    Ze szczytu patrzą w Śnieżną Dolinę, obdartą ze śnieżnej powłoki. Jej górne piętro, łypie wielkimi płytami, rzadko kiedy spod śniegu wystającymi. Czy mogła śnieg stopić, moja radość? Dążę jeszcze w swojej śnieżnej wędrówce, granią do Śnieżnego Szczytu. Patrzę stamtąd na Stawy Spiskie, na chatę, przy nich przycupniętą. Nie wiem jeszcze wtedy, że tam wkrótce zawitam. Tylko wzrok rejestruje urok Czub Śnieżnych, a pod skórą krąży, nieujawnione ich pragnienie. Mogła mnie   Wielka Śnieżna do nich przywieść, a mógł też ktoś inny ... nie dowiem się pewnie. A do Mira wyślę wiadomość, żeby sprostować śnieżne perypetie, taką nie górnolotną, nie wysublimowaną, a nowoczesną:
„Tradycja” – nowa droga na wschodniej ścianie Wielkiej Śnieżnej Turni!
    Niemal sto lat czekał na rozwiązanie problem taternicki z ubiegłego stulecia. Od śmierci Wiesława Stanisławskiego w 1933 roku, wielkiego eksploratora Doliny Czarnej Jaworowej, a w szczególności Śnieżnych Turni, niewielu śmiałków zaglądało w tamte rejony. Jego niedokończone projekty i niezauważone przez innych problemy, wciąż czekają, by ujrzeć światło dzienne. Dnia 31.VIII.2011, jeden z nich padł wreszcie łupem, w najczystszym stylu, solo bez asekuracji. Czas przejścia jedna godzina, trudności III. W ścianie nie pozostawiono żadnego sprzętu ani śmieci, nie natrafiono także na ślady poprzedników.
    Wschodnia ściana Wielkiej Śnieżnej Turni ma według W.H. Paryskiego około 200 m wysokości, wspomniana droga biegnie pomiędzy drogami 2872 wschodnią depresją i 2873 północno wschodnią granią (obie autorstwa W. Stanisławskiego). Droga prowadzi rodzajem filarem w środku ściany, zwieńczonego kazalniczką, po czym przechodzi ukosem w lewo do wybitnego trawiastego wcięcia w płn – wsch grani, skąd granią osiąga szczyt. Wejście w skały jakieś 100 metrów od ujścia żlebu z Siwej Przełęczy, poniżej drogi 2872. Dalej przez bloki do kazalnicy w filarze. Następnie skośnie w lewo do góry, litymi dobrze urzeźbionymi płytami, a wyżej przez bloki przetykane trawami, w kierunku wyraźnej, najgłębiej wciętej przełączki w płn – wsch grani. Z niej jakieś 150 m na szczyt razem z drogą 2873. Do kazalnicy krucho, wyżej skała pewna.
    Jako że Grenlandia odstrasza mnie zimnem, zaś Afryka upałami, idealnymi górami są dla mnie Tatry. Ponieważ niektórzy ze znanych mi wspinaczy nie mogli towarzyszyć mi w tej trudnej wyprawie, a to ze względu na brak lotów do Zakopanego, a to na szykowanie dzieci do szkoły (i jeszcze inne powody, będące kamuflażem ich lęków), zdecydowałem się zaatakować problem samotnie. Drogę postanowiłem nazwać „Tradycją”, dla uczczenia tradycyjnego stylu atakowania ścian i urwisk, dotychczas nie przebytych. Jako że największym eksploratorem rejonu Doliny Czarnej Jaworowej był i pozostaje nadal Wiesław Stanisławski (mój jedyny idol wspinaczkowy jakiego posiadam), pokonujący tatrzańskie ściany w ów tradycyjny sposób, chciałem tą drogę dedykować właśnie jemu, z nadzieję, że poczytałby to jako dokończenie jego dzieła, gdyż tylko tej części Wielkiej Śnieżnej Turni nie zdążył uszczknąć, przedwcześnie ginąc w ścianie Kościółka.
    Ewentualnych sponsorów prosiłbym jedynie o nową parę skarpet, bo te których używałem przetarły się na piętach. PZA zaś proszę o wzniesienie skromnego toastu za Wieśka, mnie i nową drogą. Podkreślam iż nie liczę na uznanie jak i na żadne laury. Z przyjemnością jednak przyjmę nowiutką jedyneczkę, bo jedyna jaką posiadam jest mocno zardzewiała i boję się jej używać.

    A wszystkie te śnieżne poczynania/spotkania miały miejsce, kolejno w dniach: 14.VIII, 4.IX, 2.X, 31.VIII Anno Domini 2011. Czy te daty są ważne? Dla kogo? Dla mnie? Dla towarzyszy wypraw? Dla Dolin i szczytów? To ten ludzki lęk, przed zapomnieniem, przed przeminięciem. Górą obcy, bo trwają, choć się zmieniają; bo są z kamienia, w granicie wyryta jest ich dusza, w skale zapisana historia. Nie potrzebują ani moich słów, ani żadnych dywagacji o ich naturze. Oddychają tym co do nich wnoszę, tętnią życiem, które przez lata przetoczyło się po ich twardej i szorstkiej strukturze, pulsują pragnieniami pierwszych zdobywców, rozgrzeszają tych co w nich pozostali, szepczą o tym jak to było, przy pierwszym zlodowaceniu ... Kiedy poddamy swój zracjonalizowany umysł, te nadpsute wielkomiejskością  zmysły, prostemu odczuwaniu, to znajdziemy to wszytko; dla tego wszystkiego przecież w te Tatry przybywamy. A może bardziej, mozolimy się w tym wspinaniu pod górę, dla wyrycia w nich, cząsteczki swojej egzystencji? Dla pozostawienia, w miejscu najbardziej chłonnym naszego człowieczeństwa, swoich bojaźni, lęków, zapału, przemyśleń?


Adam Śmiałkowski

 

 

Komentarze

  • Brak komentarzy...

    Dodaj komentarz


    Konkurs Fotograficzny "Górski Kalendarz"