Wywiad z Simone Moro – zimowym zdobywcą Nanga Parbat

Kategoria: Artykuły / Wywiady

Bez wątpienia najważniejszym wydarzeniem ostatniej zimy w świecie gór było pierwsze zimowe wejście na szczyt Nanga Parbat w Himalajach. Po wielu latach oporu góra wreszcie odpuściła, a na jej wierzchołku stanęli Simone Moro, Muhammad Ali oraz Alex Txikon. Tuż przed szczytem z akcji musiała wycofać się Tamara Lunger.

Wszyscy członkowie wyprawy podkreślają jednoznacznie, że sukces na Nanga Parbat jest sukcesem całego czteroosobowego zespołu. Pojawili się jednak ludzie, którzy po dzień dzisiejszy poddają w wątpliwość wejście na szczyt określając je nawet mianem oszustwa. Nie przekonują ich zdjęcia szczytowe, relacje, a nawet słowa wybitnych osobistości świata górskiego, które jasno wyrażają swoją opinię, jak na przykład Krzysztof Wielicki czy Ryszard Pawłowski.

Krzysztof Wielicki – „to, co możemy zobaczyć na zdjęciach powyprawowych członków zimowej ekspedycji jednoznacznie pokazuje nam, że wspinacze stanęli na szczycie. Na zdjęciach dobrze widoczne są charakterystyczne dla niego elementy. Wyprawa zdobyła szczyt przy doskonałej pogodzie, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć otoczenie Nanga Parbat. Tu również nie ma wątpliwości. Nanga Parbat bezsprzecznie została zdobyta zimą.”

Ryszard Pawłowski – „Jestem przekonany, że Alex Txikon, Muhammad Ali i Simone Moro stanęli na szczycie Nanga Parbat tej zimy. Sam zdobyłem tą górę w 1993 roku. Na 117 stronie mojej książki pt. „40 lat w górach” znajduje się fotografia szczytowa. Już wtedy znajdował się na wierzchołku charakterystyczny element, tzn. skalna wysepka, którą również na zdjęciach z zimowej wyprawy wyraźnie widać, tym bardziej że pogoda i widoczność były fantastyczne. Ciężko byłoby uwierzyć, że na szczycie nie stanął Muhammad Ali, który zdobywał wcześniej Nanga Parbat już dwukrotnie.”

Podczas VI Otwartych Dni Wspinania, które w maju odbyły się w kompleksie Małe Dolomity w Hucisku jednym z głównych gości był Simone Moro – członek tej historycznej i zwycięskiej wyprawy. Specjalnie dla czytelników Portalu Górskiego odpowiedział na nurtujące wielu z nas pytania. Co nam powiedział? Zachęcamy do lektury tego obszernego materiału, który być może wielu z nas rzuci nowe światło na tamte wydarzenia. Rozmawia Bartosz Andrzejewski.

simone moro wywiad 1 s
Bartosz Andrzejewski: Simone, 26 lutego 2016 roku wraz z Alexem Txikonem i Muhammadem Alim stanąłeś na szczycie Nanga Parbat. Dokonaliście legendarnego zimowego wejścia na ten szczyt. Jak wspominasz swoje pierwsze chwile, gdy stanąłeś na wierzchołku? Jakie wtedy towarzyszyły Ci uczucia?


Simone Moro: Można powiedzieć, że to wydarzenie było realizacją długoletniego marzenia. Tam, na szczycie miałem bardzo mało czasu, było późno, a my byliśmy bardzo zmęczeni. Wiedziałem, że mogę poświęcić tej chwili maksymalnie 10 minut. Ale w tych 10 minutach cieszyła mnie każda sekunda. Moja historia związana ze wspinaczką na ośmiotysięcznikach rozpoczęła się w tragiczny sposób. Wspinałem się na Annapurnę z Anatolijem Burkiejewem, była to niestety dramatyczna wyprawa (Burkiejew zginął w lawinie). W tamtym okresie zrodziło się moje zimowe marzenie. Jednak w tym roku zamknąłem za sobą drzwi z napisem „zimowe wspinanie”. Po zdobyciu zimą trzech ośmiotysięczników: Shishapangmy, Gasherbrum II oraz Makalu wszedłem na Nanga Parbat. Zabrało mi to wszystko blisko 20 lat, ale w ciągu tych 10 minut na szczycie Nanga Parbat byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

B.A.: Czy w którymś momencie podczas walki o zimową Nanga Parbat nadeszła taka chwila, kiedy nabrałeś pewności, że dotrzecie na szczyt?

S.M.: Tak. To może wydać się dziwne, ale wiedziałem od początku naszej wyprawy, że w tym toku – z Tamarą lub kimkolwiek, kto będzie się ze mną wspinać – będę w stanie dotrzeć na szczyt. Będąc jeszcze w bazie zapewniałem Tamarę, że zdobędziemy Nanga Parbat.

B.A.: Co najbardziej utkwiło Ci w pamięci z decydującego ataku szczytowego?

S.M.: Najbardziej pamiętny dla mnie moment to ten, w którym po raz pierwszy padło na nas światło słońca. Zanim to nastąpiło, wystartowaliśmy z wysokości 7100 metrów znajdując się w cieniu. Było zimno i wietrznie. Najlepszym momentem, którego nigdy nie zapomnę był właśnie ten, gdy wstało słońce. Czekałem na nie, oświetlało skałę, gdy my znajdowaliśmy się jeszcze w cieniu. Od tego momentu zacząłem się spieszyć do tej oświetlonej skały, jak podczas jakichś zawodów. Ciągle pamiętam właśnie to pozytywne uczucie, gdy padły na nas pierwsze słoneczne promienie.

B.A.: Czy uważasz, że gdyby nie decyzja o połączeniu wypraw z Alexem Txikonem, to również mielibyście szansę dotarcia z Tamarą na szczyt? Początkowo działaliście wybierając nieco inne warianty niż ekipa Txikona.

S.M.: Istotnym punktem naszej wyprawy było to, że stanowiliśmy perfekcyjnie zgraną drużynę. Dla mnie oznaczało to, że nikt z nas nie dałby rady wspinać się bez udziału pozostałych. Ten sukces przyszedł dlatego, że pracowaliśmy na niego wspólnie. Doskonale się zgraliśmy, nikomu nie zależało mniej, ani nikt nie ociągał się w działaniach. Każde z nas było w ten sam sposób szczodre wobec innych, a szczodrość może mieć magiczne właściwości. Tylko kilka razy w mojej całej górskiej karierze pracowałem z tak dobrą drużyną.

B.A.: Tamara zdecydowała o wycofaniu się z ataku szczytowego praktycznie na ostatnim jego etapie. Jak oceniasz jej postawę przy podejmowaniu tej niesamowicie trudnej decyzji?

S.M.: Tamara podczas całej wyprawy była tak samo silna jak pozostali. Niestety w dniu ataku szczytowego zaczęła się u niej menstruacja i Tamara nie była w najlepszej kondycji. Tamara była też jedyną osobą, która wymiotowała po śniadaniu i kilka minut później nabawiła się odwodnienia, nie miała energii. Wspinała się do momentu, w którym czuła się bezpiecznie i dopóki miałaby siłę zawrócić. Pamiętam, że gdy była około 100 metrów od szczytu, powiedziała: „Simone, jeśli miałabym wejść na szczyt, to ty musiałbyś mi pomóc z niego zejść.” Takich słów w takim momencie nie słucha się łatwo. Ale było to bardzo mądre z jej strony, że zdecydowała się wspinać nie przekraczając granicy bezpieczeństwa. Postawa Tamary tego dnia była wspaniała i bardzo rozsądna. Zatrzymała się 70 metrów poniżej szczytu. Była pierwszą osobą, która wróciła do namiotu. My podczas zejścia zostaliśmy w tyle, a gdy zrobiło się kompletnie ciemno, Tamara włączyła światło w namiocie i dzięki temu my również mogliśmy bezpiecznie wrócić. To był niesamowity moment.

B.A.: Jaki jest sposób, by znaleźć w sobie siłę na bezpieczne zejście po pełnym emocji wydarzeniu, jakim bez wątpienia musi być zimowa wspinaczka na ośmiotysięcznik?

S.M.: To zejście było prawdopodobnie najcięższym zejściem w moim życiu. Zwykle jest tak, że ćwiczysz się w bardzo szybkim schodzeniu. Na przykład z Everestu zszedłem w 4,5 godziny. Na Nanga Parbat moim pomysłem było „ciśnięcie” na szczyt tak szybko, jak to tylko możliwe, bo byłem przekonany, że uda mi się tak samo szybko zejść. Ale wszystko szło bardzo wolno. Przyczyną takiego stanu było także to, że oboje z Tamarą nie byliśmy wystarczająco zaaklimatyzowani. Spędziliśmy wcześniej tylko jedną noc na wysokości 6100 metrów, a więc 2000 metrów poniżej szczytu. Nikt nigdy nie spędził tylko jednej nocy na tej wysokości przed podjęciem tak wymagającej akcji górskiej związanej ze wspinaniem powyżej 8000 metrów. A więc dla nas był to naprawdę wielki wysiłek i dotarcie do granic możliwości, a szczególnie dla Tamary. Znalazłem siłę ponieważ wiedziałem, że po tych 10 minutach radości na szczycie muszę być w pełni skoncentrowany na schodzeniu w dół. Musisz to zrobić, aby przetrwać, więc moim prawdziwym celem, prawdziwym szczytem do zdobycia było dotarcie do bazy.

simone_moro_wywiad_2
B.A.: Po zdobyciu szczytu pojawiły się głosy niedowierzania w Wasz sukces na Nanga Parbat. Jedną z pierwszych osób podważających Wasze wejście był Tomek Mackiewicz. Co możesz powiedzieć na ten temat?

S.M.: Zawsze jest tak, że gdy ktoś odnosi sukces, to rozpętuje się dyskusja. Za przykład można tu podać pierwsze wejście na K2 z 1954 roku, ale także rok 1953, gdy Hillary wspiął się na Everest - ludzie spierali się czy to on, czy Tenzing Norgay był pierwszy na szczycie. Taka sytuacja w przeszłości miała miejsce również na Nanga Parbat. Reinhold Messner wspinał się od strony Rupal, by później zejść po stronie Diamir, kiedy stracił swojego brata w 1970 roku, wtedy też pojawiły się wątpliwości związane z ich działaniami.

Zawsze, gdy osiągasz ważny i historyczny cel musisz liczyć się z tym, że ktoś będzie to podważał. To było takie fizjologiczne, przeczuwałem, że może tak być. Jedyne czego nie brałem pod uwagę, to pojawienia się wątpliwości ludzi pomimo tego, że na szczycie stanęły 4 osoby, a około 20 osób obserwowało tę sytuację z bazy. Mam przecież zdjęcia i nagranie ze szczytu, na zdjęciach jest widoczny skalny hak (rock piton), z niebieską linką, która stanowi część 15-letniej historii robienia zdjęć na szczycie Nanga Parbat. Zgromadziłem wszystkie te fotografie i zgodnie z tym, co na nich widać, wszyscy dotarliśmy do tego samego miejsca, prawdziwego i jedynego szczytu tej góry. Ponadto, Ali na wierzchołku Nanga Parbat stawał wcześniej dwa razy. Na trwających Otwartych Dniach Wspinania jednym z gości jest Sandy Allan. Kupiłem jego dwie książki i gdy kilka minut temu przeglądałem je, to co zobaczyłem na jednym ze zdjęć? Ten sam szczytowy skalny hak! Tak jak na moim zdjęciu! Tak więc to nie jest sprawka Photoshop. Na tym zdjęciu jest dokładnie to samo, te same kolory i cała reszta.

Jestem zdegustowany niskim poziomem polemiki z Tomkiem i zrozumiałem, że nie ma ona sensu, bo posiadając tak konkretny dowód prawdopodobnie wchodząc na szczyt, tym samym zniszczyłeś czyjeś marzenie dotarcia tam, gdzie sam dotarłeś. Jedynym sposobem kontynuowania realizacji tego marzenia jest zatem zaprzeczenie sukcesu innych. Historia światowego wspinania została zapisana również na Nanga Parbat i ten fakt musi być zaakceptowany na zawsze, również przez Tomka. Głupotą są próby zmieniania tej historii oraz budowania fałszywych, idiotycznych oskarżeń. Mackiewicz pokazuje jak bardzo jest żałosny spierając się o tę historię i to jest dokładnie to, co powiedziało mi wielu najlepszych polskich wspinaczy. Nasze wejście na szczyt jest jednym z najlepiej udokumentowanych w historii wspinania. Jeden z moich sławnych przyjaciół powiedział mi: „Gdy docierasz tak wysoko i jest ktoś, kto nie jest w stanie zrobić tego samego, będzie próbował cię stamtąd ściągnąć.” Miał rację. Wielu znanych wspinaczy z Polski i z innych zakątków świata powiedziało mi, że nie mają żadnych wątpliwości co do naszego wejścia na szczyt i natychmiast rozpoznali charakterystyczne punkty widoczne na naszych fotografiach, więc w gruncie rzeczy czego mam się bać? Czy Tomek poprzez swoje wypowiedzi rzuca oskarżenia pod adresem wszystkich, którzy zdobywali szczyt od 1953 roku? Czy naprawdę nie uważa on, że jedyną słuszną rzeczą, jaką powinien zrobić, to po prostu siedzieć cicho? Zamiast polemizować powinien zadbać o swoje zdrowie i zacząć prowadzić sportowy tryb życia!

Prawdę mówiąc powinienem odpowiedzieć na Twoje pytanie innymi prostymi pytaniami, każdy powinien to zrobić. Ile ośmiotysięczników ma Tomek na swoim koncie? Jeśli żadnego, to jak może pouczać mnie i ludzi z mojego zespołu, skoro nigdy nie był powyżej pewnej wysokości? Tomek podejmując się tylu prób zdobycia szczytu zbudował sobie spore doświadczenie na tej górze do okolic wysokości 7000 metrów, jednak Nanga Parbat ma więcej niż 8000 metrów. Wiarygodność opinii Tomka jest dla niego oparta tylko i wyłącznie na jego własnym przeświadczeniu.

B.A.: Tomasz Mackiewicz stwierdził również, że uniemożliwiłeś mu dalsze działania na górze. Czy prawdą jest, że dzwoniłeś do pakistańskich służb, by uniemożliwić Polakowi dalsze wspinanie? Taką wersję potwierdził również Arslan Ahmed, który początkowo działał razem z Revol i Mackiewiczem.

S.M.: No cóż, to jest kolejny sposób na usprawiedliwienie faktu, że Tomek nie wszedł na szczyt. Podzieliłem się z Tomkiem oraz Arslanem prądem, połączeniem satelitarnym, jedzeniem, bateriami z walkie-talkie, więc jeśli on twierdzi, że postawiłem przeszkody na jego drodze do zdobycia szczytu, to jest to znak, że nie powinienem był mu pomagać. Dzięki Bogu w tym roku było aż 6 wypraw, których uczestnicy byli tego świadkami. Tak więc to jest wierutne kłamstwo! Dlaczego nie zapytasz ich, co oni o tym myślą? Prawdą jest, że gdy Tomek opuścił bazę i powiedział, że kończy wyprawę, to zszedł do Chilas i zrobił debriefing (oficjalne zakończenie wyprawy). Później, gdy zdecydował się na powrót, jedyną wiadomością jaką mu przekazałem było to, że nie mam wystarczającej ilości jedzenia, gazu itp. aby go dalej wspierać i że powinien porozmawiać z Alexem na temat pozwolenia na wspinanie się drogą Kinshofera oraz poręczowanie. Uważam, że było to uczciwe zachowanie z mojej strony. Czy to jest coś co powinno być rozważane jako uniemożliwienie mu wspinania?!

Teraz czas na drugą część tej historii. Ta część dotyczy sytuacji, którą Tomek usprawiedliwia fakt, że zawrócił bez możliwości zdobycia szczytu. Otóż Tomek nie był w drodze powrotnej na Nanga Parbat sam, był z nim policjant, ale to dlatego, że jest to wymagane ze względów bezpieczeństwa. Prawie nie mieli oni ze sobą jedzenia, a Tomek - z relacji policjanta - wyglądał na chorego człowieka. Gdy wiedział już, że nie jesteśmy w stanie się z nim po raz kolejny dzielić, po dotarciu do tzw. Kutgully położonego około 2 godziny drogi od bazy, zdecydował się zejść znowu w dół. Sam policjant chciał dojść do naszego obozu, ponieważ był bardzo głodny. Powiedział nam, że Tomek nie jest zdolny fizycznie nawet do tego, aby dojść do bazy. Ten policjant był zupełnie neutralną osobą, której zdecydowanie nie opłacałem.

Moim zdaniem należy nazywać rzeczy po imieniu. Niektóre deklaracje Tomka są poza moją zdolnością do spierania się, ponieważ – według mnie – są często wydawane pod ewidentnym wpływem alkoholu i narkotyków. A ja myślę, że jeśli jakakolwiek opinia jest wydawana w ten sposób, to nie należy dawać jej w pełni wiary. Dlatego lepiej nie rozważać tego, co Tomek mówi, niż później być na niego złym. Wszyscy ludzie ze wszystkich wypraw, które tam były mogą potwierdzić to, co zrobiłem dla Tomka oraz że poinformowałem go o tym, że sam nie mam wystarczającej ilości potrzebnych rzeczy, by się z nim znów podzielić. Kiedy byliśmy na etapie, gdy jeszcze mogłem się z Tomkiem podzielić swoimi rzeczami, on rozbił swój namiot niemalże przyczepiony do mojego obozu, później kończąc wyprawę paliłem nawet pozostawione przez niego śmieci. Pomagałem też Tomkowi w jego poprzednich wyprawach na Nanga Parbat i powinien to bardzo dobrze pamiętać.

Życzę Tomkowi, aby pewnego dnia zdobył ośmiotysięcznik. Może najpierw latem, a później w zimie. Życzę mu tego, aby był zdrowy, aby wyszedł z cienia jakim – moim zdaniem – są dla niego alkohol i narkotyki. Dlatego właśnie nie jestem na niego tak bardzo zły. Jest mi przykro, ponieważ to nie on wypowiada te słowa, to alkohol i narkotyki przemawiają za niego.

Jeśli chodzi o odpowiedź na pytanie, czy dzwoniłem do służb pakistańskich, odpowiadam – nie. Dzwoniłem jedynie do Gilgit do mojego sirdara Faquira.

B.A.: Jak Twoje osiągnięcie zostało odebrane we Włoszech, kiedy już wróciłeś? Czy zostałeś powitany jak bohater?

S.M.: To był pierwszy raz, gdy prasa w moim kraju skierowała tak dużą uwagę na wspinanie. Ja od początku opisuję to jako nasz wspólny sukces – mój, Tamary, Alexa, Aliego i zwracam szczególną uwagę na taką wersję tej informacji. Także w tym wywiadzie chcę podkreślić, że postrzegam nas jako drużynę, więc to nie jest sukces indywidualny. Każdy, kto poddaje w wątpliwość ten sukces, poddaje w wątpliwość powodzenie całej naszej grupy. We Włoszech to był pierwszy raz od 30 lat gdy “La Gazzetta dello Sport” – bardzo znana gazeta sportowa, wydrukowała kolorowe zdjęcia i wiadomość o Naga Parbat na stronie tytułowej. Ostatnia taka sytuacja miała miejsce w 1986 roku, gdy Messner zdobył ostatni ośmiotysięcznik w drodze po Koronę Himalajów. Tak więc z perspektywy dziennikarzy to był wielki sukces.

simone_moro_wywiad_3

simone_moro_wywiad_4
B.A.: Czy myślisz, że mógłbyś kiedyś wziąć udział w wyprawie organizowanej przez Polaków?

S.M.: Oczywiście. Pamiętam, gdy byłem na Shishapangmie w sezonie 2003/2004 z Piotrem Morawskim, Darkiem Załuskim, Janem Szulcem. Byliśmy polską drużyną z Włochem. Rok później, w 2005 roku współpracowałem z tą samą drużyną i czułem się bardzo dobrze. W 2008 roku odwiedzałem Krzyśka Wielickiego zimą, w bazie na Nanga Parbat od strony Rupal, gdy czekałem na helikopter, który miał zabrać mnie pod Broad Peak. Spędziłem z Krzysztofem dwa dni. Szczerze mówiąc, on jest osobą, z którą czuję się naprawdę dobrze, czasem lepiej niż z kimkolwiek innym. Dlatego mam tu, w Polsce tylu przyjaciół.  

B.A.: Czy chciałbyś spróbować swoich sił na K2?

S.M.: Chciałbym, ale obiecałem sobie, że uszanuję prośbę mojej żony. W 2011 po wejściu na Gasherbrum II ludzie wysyłali mi maile treści: „Po G2, K2.” Moja żona była tym bardzo zdenerwowana, miała złe sny i przeczucia, w których pojawiała się klarowna wizja mnie ginącego podczas ekspedycji na K2. Gdy wróciłem do domu żona opowiedziała mi o swoich wizjach i poprosiła, abym wspinał się na którąkolwiek z gór poza K2. Nie chcę sprawdzać czy jej wizje są prawdziwe, czy też nie, dlatego nie pójdę zimą na K2 …może latem, nie wiem.

B.A.: Czy są w górach takie momenty kiedy boisz się i chciałbyś uciekać, ale pomimo tego coś popycha Cię do dalszego wspinania?

S.M.: Nigdy mi się to nie przytrafiło. Odpuszczałem wiele razy, także w zimie. Na przykład w 2008 roku na Broad Peak. Byłem sam na przełęczy pomiędzy Broad Peak Central, a Broad Peak Middle i wiedziałem, że jestem bliski stania się częścią historii. Mój partner był daleko ode mnie i zatrzymał się, żeby zawrócić. Sam też zdecydowałem o powrocie ponieważ była godzina 14:30 i zrozumiałem, że późne dotarcie na szczyt może być zbyt niebezpieczne. Nie byłem zaślepiony celem. Na Makalu w 1993 roku zatrzymałem się 163 metry przed szczytem, na Annapurnie 100 metrów od szczytu, więc byłem jak Tamara, mądry i rozsądny nawet w obliczu wielkiego sukcesu.

B.A.: Kiedy możemy liczyć na to, że znów spotkamy Cię w Polsce?

S.M.: Trwają negocjacje związane z moim pojawieniem się w Zakopanem. Byłem tam tylko 2 razy. Lubię przyjeżdżać do Polski ponieważ czuję się tu tak znany, jak i we Włoszech. Myślę nawet, że jeszcze przed sukcesem na Nanga Parbat, w Polsce byłem bardziej popularny niż w swoim kraju. Nie chodzi o to, że tak bardzo lubię popularność, ale gdy jesteś znany ludzie doceniają bardziej to, co robisz. A tutaj ludzie rozumieją czym jest alpinizm oraz alpinizm zimowy. Zawsze deklarowałem swoją fascynację takimi osobami jak: Jerzy Kukuczka, Krzysztof Wielicki, Andrzej Zawada, Maciej Berbeka, Wojciech Kurtyka czy Leszek Cichy. Ci ludzie bardzo mnie inspirują. Trudno podążać śladami takich sław jak: Riccardo Cassin, Walter Bonatti czy Reinhold Messner, dlatego sam musiałem wymyślić co takiego niezwykłego mogę osiągnąć. I wpadłem na to, że nikt wcześniej nie dokonał zimowych wejść na pewne ośmiotysięczniki, więc może ja tego dokonam. Bardzo cierpliwie zacząłem się uczyć, ponieważ wspinaczka zimowa nie jest „zimniejszą” wersją letniej, to coś zupełnie innego. Dlatego lubię przyjeżdżać do Polski, ze względu na te inspiracje, a wkrótce zostanie wydana tu moja trzecia książka.

B.A.: Dziękuję Simone za wartościową i szczerą rozmowę. W imieniu swoim oraz Twoich sympatyków w całej Polsce życzę Ci kolejnych spektakularnych sukcesów zarówno w górach, jak i na nizinach oraz bezpiecznych powrotów do domu.

S.M.: Proszę bardzo! Na koniec naszej rozmowy chciałbym już ostatni raz wrócić do ciemnej strony naszej wyprawy. Mówię o Tomku. Nie chciałbym, aby polemika przyćmiła sukces i piękno pracy całej drużyny. Powinniśmy zawsze mówić jedynie o wspinaniu, a nie o pojedynczej, zaburzonej deklaracji. Tomek także mógł być w naszej grupie, każdy mógł i nikomu tego nie zabranialiśmy. Ale by być częścią drużyny trzeba być w bazie, być zdrowym, dobrze wytrenowanym, z doświadczeniem i w dobrym nastroju. Adam Bielecki, Jacek Czech, Daniele Nardi, Elizabeth Revol byli potencjalnie z nami w drużynie. Tomek także mógł w niej być, jednak aby naprawdę współdziałać w bazie, trzeba do niej dotrzeć, a Tomek nigdy nie dotarł tam ponownie. Nie było też nikogo, kto by go przed tym powstrzymywał. Myślę, że próby znalezienia uzasadnienia dla tego, że nie weszliśmy na szczyt, to dla Tomka strata energii. Nie udało mu się to również dlatego, ponieważ nie było go tam we właściwym czasie i nie powinien się spierać skoro sam zrezygnował.

Widziałem miłość Tomka do tej góry i on prawdopodobnie myśli, że ta miłość została zniszczona, ale to nieprawda. Może tam wrócić w przyszłym roku i zrobić drogę Messnera po raz pierwszy zimą. Tomek nie powinien uważać, że jego marzenie przepadło, powinien je podsycać zamiast się spierać. Ale czasem takie postępowanie jak w przypadku Tomka jest łatwiejsze, a to dlatego, że podążanie za marzeniami wymaga wysiłku. Gdy się z kimś spierasz, nie musisz się w ogóle wysilać. 

Próbuję zrozumieć Tomka z czysto ludzkiej perspektywy. Nanga Parbat było dla niego jak miłość, piękna miłość, która podtrzymuje jego motywację do tego, aby patrzeć pozytywnie w przyszłość, zbierać pieniądze. A teraz Tomek czuje jakby ta miłość przepadła, szczególnie, że był to sukces całej drużyny. I teraz jest to dla niego zdecydowanie trudniejsze aby patrzeć w przyszłość w sposób niezależny. Cała ta sytuacja to dla mnie ostatni raz, kiedy biorę udział w tak głupiej i bezwartościowej polemice na temat pierwszego zimowego wejścia na Nanga Parbat. Nie chce już tracić czasu z ludźmi, którzy szukają rozgłosu w tak obrzydliwy sposób jak Tomek.

simone_moro_wywiad_5
Tomasz Mackiewicz i inne osoby nieprzekonane do wersji wydarzeń przedstawianej przez Simone Moro były zachęcane do udziału w VI Otwartych Dniach Wspinania. Istniała bowiem możliwość skonfrontowania swoich wniosków z tym, co powiedział nam zimowy zdobywca Nangi. Niestety po zakończonej prelekcji nie pojawiły się żadne osoby chętne do zadawania pytań związanych z tymi kontrowersjami i przedstawiania swoich wątpliwości. Co warte uwagi, Tomek Mackiewicz w piątek 20 maja miał swoją prelekcję w Będzinie położonym niespełna 50 km od Huciska. Istniała dla niego zatem możliwość zawitania w Małych Dolomitach podczas drogi powrotnej do domu. Niestety nikt ze zgromadzonych Tomka nie widział…

rozmowa i opracowanie: Bartosz Andrzejewski
tłumaczenie: Karolina Andrzejewska

Zdjęcia szczytowe zimowej wyprawy na Nanga Parbat:

simone_moro_wywiad_7

simone_moro_wywiad_6

simone_moro_wywiad_8
simone_moro_wywiad_9

simone_moro_wywiad_10
Zdjęcia szczytowe zdobywców Nanga Parbat, na których znajduje się charakterystyczny skalny hak (rock piton):

simone_moro_wywiad_11

simone_moro_wywiad_12

simone_moro_wywiad_13

simone_moro_wywiad_14

simone_moro_wywiad_15

simone_moro_wywiad_16

 

Zdjęcia:
arch. Simone Moro
Bartosz Andrzejewski

Komentarze


Dodaj komentarz


Konkurs Fotograficzny "Górski Kalendarz"

male dolomity

logo biale_proste2

Popularne

Blogi

FundacjaTOPR 271x62_v1

TOPR SystemMonitoringuPogody_271x62

Statystyki

  • Artykułów: 8106
  • Odsłon artykułów: 22831076

';