Rzucają wszystko i idą w Bieszczady. Czy będą bezpieczni?

Kategoria: Turystyka górska / Bezpieczeństwo

Bieszczady w ostatnich tygodniach przeżywają prawdziwe oblężenie. Ten, przez długi czas nieco zapomniany, górski region, stał się medialny, a co za tym idzie, przyciąga tłumy. A ratowników nie dość, że nie przybywa, to jeszcze „dwoją się i troją”.

W ostatnim czasie serca Polaków podbił dowcip o studencie zdającym egzamin wstępny na politologię na jednym z uniwersytetów. Pytany przez profesora m.in. o to, co to jest konstytucja, kto jest prezydentem czy premierem rządu, młody człowiek bezradnie rozkłada ręce. Dobroduszny wykładowca pyta więc, skąd młodzieniec ów pochodzi? Otrzymuje odpowiedź, że z Bieszczad.

- Może by tak rzucić wszystko i wyjechać z Bieszczady – duma na głos naukowiec…

zdjęcie z bazy zdjęć PG - Tarnicazdjęcie z bazy zdjęć PG - Tarnica

Motyw ten został też wykorzystany m.in. w telewizyjnych reklamach, a powiedzenie „rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady” zaczęło żyć swoim życiem. Nie wiadomo, czy to efekt popularności tego właśnie zdania, ale faktem jest, że do tej pory nieco zapomniany rejon kraju zyskuje coraz większą popularność.

Coraz większe zainteresowanie Bieszczadami potwierdzają komunikaty Bieszczadzkiego Parku Narodowego, którego przedstawiciele informują o bardzo wysokiej frekwencji odwiedzin tych gór, jaką odnotowano w systemie rejestracji ruchu turystycznego tegorocznej wiosny.

- W okresie od 13 do 30 kwietnia na szlakach odnotowano 25,2 tys. osób, zaś w okresie od 1 do 6 maja 43,9 tys. Od 27 kwietnia do 6 maja w czterech miejscach wjazdu do parku zanotowano 28,3 tys. pojazdów samochodowych, z czego ponad 48 procent z kierunku Wetliny – czytamy w komunikacie BdPN. - W dniu świątecznym 3 maja po szlakach poruszało się 10,9 tys. osób co oznacza, że padł rekord dobowy frekwencji notowanej w całej 20-letniej historii pomiaru. W tym dniu w granice parku wjechało ponad 4,9 tys. pojazdów – dodają parkowcy.

Dla porównania, w 2017 roku podczas majówki Bieszczadzki Park Narodowy odwiedziło blisko 30 tysięcy turystów.
Tak duży ruch turystyczny nie może pozostać bez wpływu na bezpieczeństwo na górskich szlakach, co potwierdzają ratownicy Grupy Bieszczadzkiej Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. I z obawą patrzą w przyszłość.

- W dniach od 1 do 6 maja, w trakcie długiego weekendu interweniowaliśmy 17 razy. W ubiegłym roku w tym samym okresie interweniowaliśmy 15 razy – poinformował ratownik górski Jakub Dąbrowski.

Ilość interwencji goprowców rośnie lawinowo od lat. W roku 2014 ratowali 240 osób, w 2015 już 286, w roku 2016 357 , a w roku 2017 aż 394 osoby potrzebowały pomocy. Tylko w pierwszych miesiącach tego roku ratownicy ruszali w góry do 126 osób, które wpadły w tarapaty.

- Tak naprawdę dwoimy się i troimy, aby zapewnić bezpieczeństwo turystom – nie kryje Dąbrowski. - Proszę zwrócić uwagę na fakt, że tak olbrzymi teren zabezpiecza defacto siedmiu ratowników zawodowych. W Bieszczadzkim GOPR zatrudnionych jest 17 etatów zawodowych działających w systemie tydzień pracy, tydzień wolnego, zapewniając całodobowe dyżury w Centralnej Stacji Ratunkowej w Sanoku oraz Rejonowej Stacji Ratownictwa Górskiego w Ustrzykach Górnych – dodaje.

I zaznacza, że z powodu braków kadrowych Grupa Bieszczadzka GOPR zmuszona była wyłączyć całodobową stację w Cisnej, obecnie pełniąc tam dyżury od godziny 7:00 do 19:00.

- Wspomagają nas ratownicy-ochotnicy, których pomoc jest nieoceniona, jednak tak jak wspomniałem, to są ochotnicy, którzy są związani zawodowo gdzieś indziej, a czasy mamy takie, że pasji do "garnka" nie wrzucą – podkreśla ratownik.

Obecnie Grupa Bieszczadzka GOPR zrzesza 210 ratowników, ale to ratownicy zawodowi wykonują 90 procent pracy przy wszystkich interwencjach w górach. Zauważamy też, że z roku na rok do egzaminów przystępuje coraz mniej chętnych. - Chyba kończy się powoli era altruizmu i wolontariatu – stwierdza.

Braki kadrowe wynikają z prozaicznych, ale ważnych powodów.  Bieszczadzka grupa GOPR zatrudnia 17 ratowników zawodowych, a w związku z tym, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji dotuje GOPR na poziomie 50 procent, grupy nie stać na zatrudnienie większej ilości ratowników. Gdyby nawet udałoby się wynegocjować kolejne etaty, nikt nie przyjdzie do pracy za 2000 – 2500 złotych, w której niejednokrotnie trzeba ryzykować swoim zdrowiem, niekiedy życiem.

- Poza tym, z reguły jesteśmy dwa tygodnie w miesiącu poza domem, a to wiąże się z tym, że nasze żony nie mają mężów, a dzieci ojców. Pomijam fakt, że za zarobione pieniądze trzeba kupić prowiant na dyżur – opisuje przedstawiciel bieszczadzkich goprowców. - Więc w dni wolne od pracy nasi ratownicy dorabiają. I z taką perspektywą będziemy pracować do 65 roku życia. Proszę sobie wyobrazić 60 letniego ratownika… ja mam bujną wyobraźnie ale siebie, nie mogę sobie wyobrazić – podsumowuje. – Jak poprawić sytuację? Nie jesteśmy roszczeniowi, nasze postulaty do ministra są jasne. Zwiększenie dotacji na GOPR co w konsekwencji pozwoli na zatrudnienie większej ilości ratowników. Za naszą trudną i niebezpieczną pracę chcielibyśmy zarabiać średnią krajową oraz uregulować przywileje emerytalne.

Łukasz Razowski

Komentarze

  • Brak komentarzy...

    Dodaj komentarz


    Konkurs Fotograficzny "Górski Kalendarz"

    male dolomity

    logo biale_proste2

    Popularne

    Blogi

    FundacjaTOPR 271x62_v1

    TOPR SystemMonitoringuPogody_271x62

    Statystyki

    • Artykułów: 8292
    • Odsłon artykułów: 23303362
    
    ';