WWVAC1AM cz. 3.

Kategoria: Artykuły / Archiwum

WWVAC1AM cz. 3.White Water Valley Annonymous Climmber's 1st Annual Meeting .

Okiem uczestników z relacją pisaną:

Uwaga, attołsioł, achtung i wnimanie, będę relacjonował.

Powszechnie wiadomym jest, iż każdy zlot zaczyna się w sklepie. W tym konkretnym przypadku większość zlotowiczów postanowiła wyręczyć się w jakże niewdzięcznej materii aprowizacyjnej dwoma frajerami, którym akurat pasowało startować do celu z miejsc nieco bardziej cywilizowanych, niż leśniczówka w ciemnym lesie. Żeby nie było za łatwo, do napisania sms'a z zamówieniem delegowano kobietę, co nie przyczyniło się bynajmniej do stuprocentowej jego realizacji. W związku z powyższym uznaliśmy za stosowne wywiązać się na zapas, czyli na procent 300. Chwilę później tę i tak dalece - jak się okazało - niewystarczającą zapobiegliwość odczułem na plecach, maszerując spacerkiem obok legendarno - mitycznego kolegi Spaślaka, taszczącego absolutnie niezbędny (jak sam twierdził) trzydniowy zestaw biwakowy, wypełniający szczelnie solidny plecak wyprawowy wraz z przyległościami. Jako że mój bagaż wiele mniejszy nie był, z radością na twarzy przyjęliśmy pojawienie się w zasięgu wzroku aż trzyosobowej grupy wsparcia. Andrzej był w połowie zdejmowania wora, kiedy grupa wsparcia okazała się tak naprawdę grupą przypadkowych ceprów, zdecydowanie odmawiających kontynuowania wędrówki w naszym towarzystwie, wobec czego ponownie obróciliśmy się zadami w stronę Laponii, by po niekończącej się tułaczce dotrzeć na obszar przyhorarnisty, gdzie powitała nas prawdziwa tym razem grupa wsparcia, co prawda niezbyt liczna, acz uroczo uśmiechnięta. Wsparcie jak się okazało było natury praktycznie czysto moralnej, a to dzięki piorunującemu użyciu logiki przez Pana Prezesa, który na powitanie dwóch zmęczonych życiem weteranów ciągnących ciężkie wory z ekhem, ekhem, prowiantem posłał wychudzoną nieco parę nastolatków, pozostawiając w bazie silnych chłopów, prawdopodobnie w roli Strategicznego Odwodu Naczelnego Wodza :D Po opłaceniu stosownego haraczu władcy okolicy udaliśmy się w dalszą drogę, w czasie której milcząco przyjęliśmy podział obowiązków, jaki mniej więcej każdemu odpowiadał - Julka zajęła się szczebiotaniem oraz patrzeniem w Andrzeja jak w obrazek, Caproelus co później Prometeuszem został przyjął postawę stoicką, Andrzej zajął się pytlowaniem ponad miarę wszelką ku wielkiej radości Dziecka Z Lasu, a mnie na grafiku zostało jeno cierpienie w milczeniu, czemu z pokorą się oddałem, gdyż mokro było i strzykało w kościach przeokrutnie. Cudem jakowymś dotarliśmy na PPW jeszcze przed zmrokiem, gdzie powitała nas a) grupa zasadnicza, b) atmosfera dekadencji, c) zapach dwóch smętnych kiełbasek pieczonych metodą co najmniej nonszalancką, acz wskazującą na niejaki pośpiech w konsumpcji kiełbasek uprzednich :) Wieczorek zapoznawczy rozpoczął się bez zbędnych dywagacji, co pozwoliło na mniej więcej równomierne rozłożenie sił tudzież środków. W czasie tegoż rozkładania zostałem przedstawiony namiotowi - legendzie, jaki Irek wspaniałomyślnie użyczył Andrzejowi oraz mnie, za co byliśmy mu bardzo wdzięczni (potem nam przeszło, ale o tym później). W trakcie wieczorku przybyła para nikomu nie znanych turystów, których najpierw usiłowałem wystraszyć czy tez zniechęcić, czemu się skutecznie oparli, w związku z czym ignorowaliśmy ich wyniośle póki się dało, a dało się jak się okazało niedługo, szczególnie że Caproelus nie był wtedy jeszcze bohaterskim Prometeuszem i jednym zdecydowanym pociągnięciem obalił litr argumentów do dyskusji na glebę, nieodwracalnie niszcząc rzadkie gatunki mchów, porostów oraz innego śmiecia porastającego dolne partie ław i stołów. Po tym jakże pechowym dla środowiska naturalnego wydarzeniu rozpoczęliśmy manewr odprowadzania się nawzajem na kwatery, co też zakończyliśmy dość sprawnie około godziny 20.30, co jest zapewne rekordem wszechczasów wieczorków zapoznawczych :D

Piątek zaczął się brutalnie o 5.30. Nie bacząc na parkę turystów, która chyba cosik się pokłóciła, gdyż zajęła możliwie najbardziej oddalone od siebie barłogi, rozpoczęliśmy tradycyjne bębnienie, gwizdanie i stukanie. Późniejsza wycieczka zakończyła się tysiącprocentowym sukcesem leksykalnym; to właśnie podczas niej powstały i wrosły w tradycję takie szlagiery, jak "daleko jeszcze" Irka, "Julia! Nie stawaj" Andrzeja oraz "Ło Jezusicku, jak mnie się nie chce, już nie mogę" tegoż autora. Padały tez ostre słowa pod adresem pasterskiego terenu po deszczu, były kontrowersje, czy eksponowaną trawiastą półeczką można pomylić z szerokim trawiastym zachodem i czy klasykowi to uchodzi; wysłano też celem rozwiania wątpliwości w tym temacie grupę szturmową, acz po namyśle dochodzę do wniosku, iż jednak byt określa świadomość i dla kogoś kto 130 cm osiąga w szpilkach i kapeluszu definicja szerokiego zachodu jest jednak bardziej rozciągliwa niż powiedzmy dla AndrzejaZ ;) Powrót obfitował w rozliczne ekscesy natury poślizgowej, urozmaicały go też takie wydarzenia jak poglądowa lekcja stosowania rozpieraczki w szczelinie skalnej a także rozmyślania nad prawdziwą odpowiedzią na pytanie "daleko jeszcze"? Do bazy wróciliśmy przemoczeni, a zaraz potem zniesmaczeni, gdyż jak się okazało uprzednionocni śpiący na dziko goście zdołali zjarać praktycznie całe drewno zniesione przez nas w dniu poprzednim, za który to czyn ja ich jeszcze dorwę, chamów bez szkoły jednych. W międzyczasie zaplątała się na Polanę zrozpaczona pani Lilia w poszukiwaniu męża, pana Rafała, który "miał tylko zejść tutaj, popatrzeć i zaraz wrócić na szlak". Ponieważ człowiek mokry i zmęczony przejawia większą ochotę na ciepłą herbatę niż seks, o współczuciu dla zbłąkanego bliźniego nie wspomniawszy, los pana Rafała nie obszedł nas za bardzo, a biedna pani Lilia zignorowana i odtrącona włóczyła się jeszcze po okolicznym lesie i w końcu również gdzieś wsiąkła. Po herbacie doniosłego znaczenia nabrał brak zaopatrzenia na nadchodzące dni, co rozwiązano poprzez posłanie zespołu na Łysą Polanę celem poczynienia stosownych zakupów. Zespół w składzie kolega Grzegorz oraz kolega tomtom (ja nie wiem po co mi to było, żeby chociaż jakieś fajne laski się po taborze pętały, możnaby coś się polansować, a tam co prawda spełniony był warunek wystarczający - laski, tylko z koniecznym - fajne jakby słabiej...) został zgłoszony na ochotnika i zadanie wypełnił mimo odbytego tuż przed zmrokiem nieco ponad £ysą Polaną dialogu:

(odbieram telefon)

Grześ: - kto dzwonił

ja: - Irek

G: - a co mówił

ja: - nie chcesz wiedzieć

G: - no powiedz, wolę wiedzieć czego się bać

ja: - mówił że siedzi na Wancie i że niedźwiedzia widziano

G: - to po ch.. dzwonił?

ja: - cobyśmy uważali

G: - a jak się uważa na niedźwiedzia?

ja: - tego nie powiedział.

Krótka ta, acz wyczerpująca temat dyskusja poprzedził prowadzony w morderczym tempie na rekord taboru marsz w świetle czołówek, zakończony ostatnią prostą w burzy oklasków wzruszonych nieco tylko mniej niż spragnionych kibiców. Przytaszczone na plecach dobra rozpaliły dysputę i ogrzewały ją do późnych godzin nocnych, a poczesne w niej miejsce miała tajemnica losu pani Lilii oraz pana Rafała, których wskutek przeprowadzonych działań operacyjnych uznano za zaginionych, jednakże nie przejęto się zbytnio ich losem. Powszechnie bowiem wiadomo, iż góry dla ceprów są po to, by się w nich gubić i nic nam, ekstremalistom turystyczno-wspinaczkowym do tego. W międzyczasie zaczęło padać, jednak bez protestów kolektywnie ustawiono budziki na godzinę 5.30.

Sobotę na taborze sponsorowały literki "a" jak "aborcja" oraz "e" jak "eutanazja". Prowodyrem takiego obrotu zdarzeń był młodzieżowy idol AndrzejZ, przekonujący licznie zgromadzoną gawiedź o zaletach tych jakże pro społecznych rozwiązań. Młodzież jednak nie była zbyt chętna do dyskusji na poważne tematy, natomiast jednogłośnie przyznała Spaślakowi punkty za tzw. Lans, gdy tylko odkryła, że szczelnie wypełniony plecak tegoż zawierał niezbędne z jego punktu widzenia gadżety, w tym piżamka oraz poduszka typu "Jasiek". Zasadniczy wkład w ten jakże zaskakujący rozwój wypadków miała też literka "d" jak "deszcz", albowiem siąpiło tudzież lało bezustannie, czego skutkiem była męcząca i niewdzięczna harówka polegająca na zrywaniu się co pół godziny, sprawdzaniu sytuacji metodą słuchową (bębni o tropik azali nie bębni). Bębniło prawie cały boży dzień, więc nie poszliśmy nigdzie i z braku chętnych do rozpalania ognia zaraz po śniadaniu rozeszliśmy się do prac wewnętrznych. Pomiędzy namiotami odbywały się tradycyjne wędrówki ludów w poszukiwaniu herbaty z termosu, literatury mniej lub bardziej pornograficznej, a także tematów do rozmów. W toku tych przemian przypadło mej skromnej osobie uczestnictwo w czytaniu na głos podręczników łamania przepisów parkowych autorstwa znanych klasyków ukrywających się pod pseudonimami WHP oraz WC w wykonaniu znanej lektorki Julii S. W tym miejscu niestety muszę zakłócić rytm mej opowieści cytatem, za co z góry przepraszam:

Dramatis personae:

AndrzejZ - chodząca legenda bezszlakowości, świeżo upieczony członek JKW, idol licznie zgromadzonej młodzieży, znany jako Spaślak

Julia - dobrze zapowiadająca się ekstremalna wspinaczkini, psycholog półamator, dyplomowany rehabilitant, w niedalekiej przyszłości kochająca żona (nie bardzo rozumiem, jak można być kochającą żoną nie umiejąc gotować, ale bądźmy dobrej myśli, może się nauczy)

Julia: po stromych trawkach na północny zachód...

AndrzejZ: jaki północny zachód???

J: no przecież tu pisze: na pd-zach...

(śmiech przechodzący w ryki, kurtyna)

Jak się okazało, kilkugodzinne wylegiwanie w namiocie jest czynnością bardzo meczącą fizycznie, więc z ulgą wyczołgaliśmy się na świeże powietrze, by coś przekąsić. Bądźmy szczerzy: tak lukrowanego, tryskającego wręcz wzajemną sympatią, oddaniem i poświęceniem dla zgromadzonych bliźnich obiadu nigdy w życiu nie jadłem. Dla przykładu podaję cytaty zapisane na cudem uratowanej resztce rolki papieru toaletowego:

Julia: "Andrzeju, nie męcz się z palnikiem, już ci wodę zagotowałam. A może kanapeczkę byś zjadł?"

AndrzejZ: "Grzesiu, może herbatki, mało mam ale się podzielę"

tomtom: "Cheniu, coś mizernie wyglądasz, zrobiłem kanapeczkę z jałowcową, jedz na zdrowie"

i tak dalej i temu podobne.

Mniej więcej w środku obiadu naszą zagubioną wśród mgieł i świerków bazę odwiedzili trzej niezidentyfikowani zarośnięci goście. Oczywistą koleją rzeczy w północnej części Słowackich Tatr byli to Polacy. Największe wrażenie wywarli na żeńskiej części wycieczki, acz nie z tych powodów co myślicie; nasza Julia bowiem okazała się niespodziewanie zaawansowana gadżeciarką, co najlepiej pokaże następująca scenka:

(do obozu zbliża się trzech kolesi)

tomtom: patrzcie co też kot w zębach przyniósł

Cheniek: ano jakichś ceprów w taką dupówę przyniosło

Julia: e, to jacyś fachowcy, patrzcie jakie ciuchy mają

(kurtyna, goście usiedli nieśmiało na skraju widzialności)

Ponieważ mieliśmy przed sobą perspektywę kolejnej ciężkiej nocy, okolice skraju widzialności całkiem magicznie zostały oczyszczone z przebywających tam napojów wyskokowych oraz papierosów, albowiem wiadomo, że ekstremalista na taborze jest równie skłonny do podzielenia się własnym dobrem jak tygrys do oddania futra na skarpetki. Atmosferę próbowano nieco rozluźnić i w zasadzie po części się udało:

AndrzejZ: a wy skąd chłopaki

Chlopak1: a my w Rówienkach drugi tydzień siedzimy

(tu mały zonk, kto normalny dwa tygodnie potrafi tam siedzieć i po co)

AndrzejZ: to może pana Rafała widzieliście? Wczoraj była tu jego żona, mówiła że się zgubił

Chlopak2: pan Rafał? Nie kojarzę

Chlopak3: czekaj, to może ten

Chlopak1: a faktycznie, wysuszony taki; łykowate mięso, w zęby włazi (grzebie w paszczęce)

(kurtyna)

Krótko po tej jakże pouczającej wizycie deszcz chwilowo zaprzestał swojej nudnej działalności. Część z nas skłoniło to do stworzenia grupy szturmowej, mającej za zadanie uchwycić przyczółek nad Kaczym Stawem, co w danych warunkach atmosferycznych i nadchodzącym zmroku było zadaniem teoretycznie nietrudnym do wykonania, acz kretyńskim z punktu widzenia spokoju ducha i niepotrzebnym z punktu widzenia taktycznego. Cóż jednak taktyka i bezpieczeństwo ma do gadania wobec potencjalnego splendoru, chwały i dawki romantyzmu. Rad nie rad zgłosiłem się na ochotnika jako element zabezpieczający logistyczną stronę wyprawy i już po chwili dziarsko maszerowaliśmy w gorę. Przyczółek oczywiście został zdobyty, jednakże nie zdołano zaobserwować na stawie legendarnej złotej kaczki. Mimo to w kategorii "romantycznie acz nie ckliwie" wycieczka ta jest moim absolutnym tatrzańskim liderem. Z mniej romantycznych kwestii okazało się, że uprzednio skręt do Kaczej wykonywałem w najgorszej możliwej kosówie, sporo powyżej właściwej, całkiem wygodnej trasy. Powrót upłynął nam w zapadających ciemnościach i coraz natarczywiej siąpiącej mżawce. W przeciwieństwie do dnia poprzedniego, grupa szturmowa miast braw otrzymała solidny opr za włóczenie się w dziczy po nocy i nie mieszkając została wysłana po chrust do ogniska. Okazało się też, iż przegapiliśmy historyczny, na miarę Dziadów vol. 3 moment przemiany Caproleusa w Prometeusza. Bohaterem tej dzikiej akcji był Grzegorz, który w momencie gdy wszyscy opuścili ręce w rezygnacji, z pomocą połączonych palników gazowych zdołał zmusić mokrą gazetę marki "Wyborcza" oraz nie mniej mokry chrust do rozpalenia się, co zaowocowało rozpaleniem całkiem pięknego ognia, za co wdzięczni dozgonnie szturmowcy ruszyli w las w poszukiwaniu zapasów opału. Desperackie szwendanie się po lesie skłoniło ów zespół do działań radykalnych, antyprzyrodniczych, a być może nawet niehumanitarnych (choć bardziej prawidłowo byłoby powiedzieć "nieflorarytarnych"), których ofiarą padł młody świerk, całkiem dorodny, połamany w dzwonka (wspinaczka jak się okazuje wyrabia tzw. bułę nawet u co bardziej filigranowych person), przytaszczony brutalną metodą "za nogi". Przez moment zrobił się świątecznie, mokre igły radośnie buzowały na palenisku, dysputa często gęsto schodziła na tematy teologiczne głównie za sprawą AndrzejaZ, promującego doniosłe znaczenie aborcji i eutanazji w życiu człowieka, a także na tematy technologiczne (sprowokowane barbarzyństwem popełnionym na świerku), w szczególności postawioną kwestią, czy Horar Martin, Pan Okolicy zamontował nad paleniskiem mikrofony i co się stanie jutro, jeśli zdoła odsłuchać nagrania zanim przemkniemy się w stronę cywilizacji pod jego czujnym okiem. Rzecz jasna nie zapomnieliśmy o prawdopodobnie śp. Panu Rafale, a czasem ten i ów spozierał z niepokojem na okoliczne zarośla, by sprawdzić azali nie czai się w nich biedna pani Lilia. Ponieważ nic się jednak nie czaiło, nie wyło, ani tym bardziej nie przypominało krzyku beanshee, wsparty hojnym dawkowaniem kochanego Cheńka stosunkowo szybko wpadłem w skandalicznie błogi stan ćwierćświadomosci i tuż po legendarnym bezszlakowcu AndrzejuZ udałem sił na spoczynek.

Poranek wstał rześki, acz mroźny. Winszując w duchu samemu sobie powstałem z łoża boleści rześki i uśmiechnięty, po czym udałem się do potoku celem dokonania porannych ablucji. Przeraźliwa temperatura wody skłoniła mnie nieco do zastanowienia się nad przyczyną takiego stanu rzeczy. Chwilowe rozejście się chmur wyjaśniło sytuację całkowicie: masyw Szerokiej Jaworzyńskiej połyskiwał bielą świeżo spadłego śniegu. Wkrótce okolice potoku zaroiły się od fotoamatorów i fotozawodowców pragnących uchwycić ten widok. W tym samym czasie z namiotu wytaszczyła się legenda a także idol AndrzejZ i w ponownie słodkiej do znudzenia atmosferze zjedliśmy śniadanie gęsto przetykane rozważaniami o mikrofonach, panu Rafale, samokrytyce w tematach wysokoprocentowych i planach na najbliższe godziny. Otwarto też konkurs na najoryginalniej cieknący namiot; jako współspacz AndrzejaZ poczułem się moralnym zwycięzcą, bowiem domki pozostałych uczestników spotkania tradycyjnie przeciekały od podłogi, natomiast nasz wspaniały wyprawowy, szykowany na Pamir, Hindukusz i Gory Harzu namiot użyczony nam szczodrze przez Pana Prezesa całkiem oryginalnie ciekł przez tropik i gąbki dystansowe, co zostało skwitowane perlistym lub gardłowym, a przede wszystkim szczerym śmiechem zebranych.

Po śniadaniu powoli i dokładnie wykonaliśmy manewr pakowawczy i niespiesznie, z lekką obawą czy Pan Horar odsłuchał nagrania, ruszyliśmy w dół doliny, do zbawczych samochodów, gdzie czekał ciepły nawiew, a na niektórych nawet suche skarpety oraz buty. Wizyta w przerozkosznej knajpie pod Bukowiną oficjalnie zakończyliśmy pierwszy WWVAC1AM, gdyż w tym miejscu grupa krakowska serdecznie pożegnała się i odjechała w swoją stronę, natomiast grupa śląsko - zaglębiacko - gdańska udała się w daleką podróż do domu, obfitującą w zdarzenia typu "rozumiemy się bez słów" owocujące niekontrolowanymi wybuchami śmiechu, których nie zrozumie tak naprawdę nikt, kto w tym jakże pięknym wydarzeniu nie uczestniczył.

tomtom

Zapraszam również na relację fotograficzną (fot. Uczestnicy)

W przypadku jakichkolwiek komentarzy lub pytań, podaję adres e-mail Klubu: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. lub zapraszam na forum dyskusyjne na stronie klubowej.

Komentarze

  • Brak komentarzy...

    Dodaj komentarz


    Konkurs Fotograficzny "Górski Kalendarz"

    male dolomity

    Popularne

    Blogi

    FundacjaTOPR 271x62_v1

    TOPR SystemMonitoringuPogody_271x62

    Zagrożenie Lawinowe w Tatrach

    Statystyki

    • Artykułów: 9951
    • Odsłon artykułów: 27246338
    
    ';