Cztery dni w skałach

     Pod Dużym Sokolikiem stanąłem około godziny piętnastej, w czwartek. Koledzy, po ukończeniu „Rysy Tota”, odpoczywali spokojnie w cieniu. Czekali. Po raz pierwszy miałem czas. Cztery dni. Bez nerwowego biegania między skałami. Bez patrzenia na zegarek. Ot po prostu cztery dni przeznaczone na wspinanie.


     Nie śpiesząc się zatem za bardzo, rozmawialiśmy pijąc gorący rosół. Obok nas, klubowa ekipa wspinała się na „Filarze Mgieł”, (pokonując go w bardzo ładnym stylu) a my, segregując kości i friendy, wybraliśmy „Ostrze Filara”. Z dołu droga wygląda na łatwiejszą niż jest w rzeczywistości. W okolicach siódmego/ósmego przelotu, przed wyjściem na półeczkę,skała wypycha nas lekko na zewnątrz. Przez kilka chwil pomarudziłem tam trochę, ale jak zwykle bywa, kiedy spokój w głowie to i chwyty się znajdą;) Na górze poczekaliśmy, aż kolejna ekipa dokończy drogę, która znajdowała się w linii naszego zjazdu, i po kilku chwilach byliśmy z powrotem na dole.

    Teraz za cel obraliśmy „Środkowego Nitscha”. Darek, uzbrojony w rękawiczki do rys, spokojni zdobywał metr za metrem. Przy wejściu w rysę, przystanął na chwile...
- Uważaj,
- Uważam,
- Czujnie! – mówi nieco głośniej,
- Bardzo czujnie – odpowiadam spokojnie,
- Będę leciał – pada po chwili,
- Eeee, chyba nie... - nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy.


    Minęło kilka chwil i … nie poleciał. Wrzucił frienda, przepiął linę i pooooszedł. Dochodząc, po chwili, do tego miejsca, nie kryłem podziwu dla kolegi. Niewygodnie było „czyścić” ścianę, a co dopiero zakładać przelot. Z Darkiem wspinaliśmy się dość często tej zimy. Byliśmy w Tatrach na unifikacji KW Warszawa, byliśmy też w Śnieżnych Kotłach. Podobnie patrzymy na góry, podobnie szanujemy czas;) Od niego zapożyczyłem określenie „wspinacz turystyczny” i używam go w stosunku do swojej osoby.
    „Środkowy Nitsch”, dość często ociera się o biegnącą obok „Nitówkę”, kończy się też wspólnym stanowiskiem, z którego to można zjechać lub wejść na balkonik i po schodkach w dół. Ludzi wspinających się było dość sporo, więc zeszliśmy sobie schodkami prosto pod „Wariant R”. Dla mnie, niestety, jeszcze za trudny...


    Schodziliśmy do Szwajcarki dopijając resztki rosołu. Usiedliśmy przy ogniu, czekając cierpliwie na resztę klubowiczów. Czekaliśmy cierpliwie do późnych godzin wieczornych;)Pożegnaliśmy w międzyczasie Darka (smutniejszego niż zwykle, z powodu wyjazdu) a przywitaliśmy Mikołaja, Izę i Adama.
Piątkowy dzień rozpoczęliśmy z kolegą Sekretarzem, (po niedawnej zmianie Zarządu KWZG, przypadła mi zaszczytna funkcja Prezesa a koledze Robertowi – Sekretarza. Dostarczamy sobie wiele wesołości tytułując siebie nawzajem w najmniej oczekiwanych okolicznościach) na Zamkowe Skały. Tam niespodzianka. Spotkanie z Jackiem, partnerem z unifikacji zimowej w Morskim Oku. Po raz drugi dopiero w Sokolikach,więc zdeklarowałem swoje przewodnictwo;). Poszliśmy na Chatkę, Stodołę, pod Zipserową., a potem na popołudniowy obiad. My z Robertem wróciliśmy jeszcze w Skały, robiąc kilka dróg i zaspokajając wspinaczkowy głód naszej koleżanki Instruktorki, która od dwóch dni ,szkoląc kursantów, z zazdrością patrzyła w naszą stronę.
Schodziliśmy ze skał o zachodzie słońca. Patrzyliśmy z niedowierzaniem na las, który wydawał się płonąć. Przystawaliśmy co chwilę robiąc zdjęcia. Ech piękne te Sokoliki...
     Usiedliśmy przy ogniu, delektując się chwilą. Noc, która nastała, była upalna. Wyszedłem, po cichu, z namiotu zabierając matę i śpiwór. Położyłem się obok drzewa marząc o odrobinie chłodu albo wiatru. Licząc miliony gwiazd udało mi się zasnąć.


     W sobotni poranek temperatura przekroczyła granicę przyzwoitości. Ani jednej chmurki, ani jednego miejsca gdzie można byłoby uciec przed palącym słońcem. Jedynie Mikołaj, wykazując się , odrobiną desperacji, rozłożył na śniadaniowym stole szpej, dzielnie go segregując. No to padło na wschodnią część Chatki, mimo wszech-panującego słońca, tam powinien być cień. Po dotarciu na miejsce, okazało się, że nie tylko my na to wpadliśmy i wspinanie było dość utrudnione choć z elementami humorystycznymi.
    Wspinając się na drodze „Lewe Prostowanie”, kątem oka, zauważyłem wspinacza, o słusznych parametrach wzrostu, wchodzącego w „Zygzak Lwowa”. W pewnym momencie, kolega, postanowił zrobić nowy wariant tej drogi, wpinając się w każdy napotkany przelot. Postanowiłem przeczekać. Jako, że drogi w pewnym momencie nachodzą na siebie, a przy każdym przelocie kolega brał blok, powiadamiając partnera dość gromkim okrzykiem. Blok wziąłem i ja. Nad głową miałem trzęsące nogi zdeterminowanego wielkoluda i licząc metry Jego lotu, ze smutkiem prosiłem o jeszcze metr w dól, i jeszcze jeden i jeszcze...Kiedy bohater tej przypowieści, pokonując wszelkie możliwe zygzaki i przeżywając prawdziwą górską przygodę, wpiął się w końcu do łańcucha, całą brać pod ścianą odetchnęła z ulgą. Dokończyłem drogę z zamiarem spędzenia reszty dnia, wygodnie na hamaku...


    Udało mi się jeszcze „dotknąć” „Mandali Życia” dzięki Adasiowi, który poszedł pierwszy i litościwie założył „wędkę”. Piękna droga, pełna chwytów, lekko przewieszona. I mimo okrzyków gawiedzi typu: Panie Prezesie, Pan się nie boi, trzymam Pana mocno...”:) cel na ten sezon mam.

da1

Koniec "Środkowego Nitscha"

da2

Darek na "Wariancie R"

da3

Zachód słońca w Sokolikach

da4

Mikołaj i Jego szpej:)

da5

Jestem Prezesem!

avatar
0
25 czerwiec 2015, 11:24
Daniel Grupa