Dzień czwarty- do Trzebuńskiej Góry

W zasadzie tego można się było spodziewać- skoro mamy po raz pierwszy dach nad głową (tzn nad namiotami), to będzie to właśnie tej, pierwszej, BEZDESZCZOWEJ nocy :) Nie, żebyśmy narzekali na brak opadów, ale tacy byliśmy wieczorem dumni, że je przechytrzyliśmy....

Przynajmniej namioty zdążyły przeschnąć co nieco przez noc i możemy spokojnie się spakować, nie patrząc z niepokojem w niebo.

Idziemy pożegnać się do naszego gospodarza- uparcie próbujemy odwdzięczyć się za okazaną pomoc, ale nie muszę chyba mówić, że nie przyjął od nas ani grosza. Pozostaliśmy więc z naszą wdzięcznością- oraz wiktuałami na drogę. Dzieciakom najbardziej przypadłą do gustu wielka paczka chipsów, które zajadamy na pierwszym odpoczynku. Taki typowy prowiant turysty górskiego :)IMG 7796

Wędrujemy niespiesznie lasem, wciąż wspominając emocje dnia wczorajszego. Na górze Chełm przystajemy przy kapliczce św. Onufrego. Według opisu starzec zapewnia podróżnym powodzenie i szczęśliwą wędrówkę. To się świetnie składa, gdyż takie akurat mamy potrzeby. Polecamy się zatem jego opiece i ruszamy dalej. Ciekawe, że właśnie na tej, zupełnie nieatrakcyjnej widokowo ani turystycznie gorze spotykamy jedynych turystów rodzinnych- tatę z córką.IMG 7797

Pogoda wciąż nie zachwyca, raz po raz przechodzi fala mżawki, ale mamy delikatną nadzieję, że w Palczy, przez którą przechodzimy, uda się zjeść coś ciepłego. No tak, „nadzieja umiera ostatnia”, myślimy po południu, kiedy wiemy już na pewno, że w okolicy nie możemy liczyć na najlichszy nawet obiad. Wobec tego odbijamy tylko do sklepu, by uzupełnić zapasy słodyczy, znikające w obłędnym tempie i rozpoczynamy kolejne podejście. To chyba to, co męczy najbardziej na tym szlaku- każdego dnia co najmniej dwukrotnie schodzimy do poziomu miejscowości, by zaraz wspinać się na kolejne szczyty. O ileż milej wchodzi się raz, a potem tylko wędruje grzbietem....IMG 7800

 

Przerwy w deszczu są coraz krótsze i w końcu postanawiamy kolejny atak mżawki przeczekać pod drzewami na „obiedzie”. Może to zbyt szumna nazwa dla porcji zupek chińskich, ale przynajmniej jest to coś ciepłego i głód już tak nie dokucza. Posiłek na spróchniałej desce na drodze nie należy do najwygodniejszych- z pewnością, gdyby mapa lub jakiekolwiek oznaczenie na trasie poinformowało nas, że za godzinkę napotkamy zadaszoną wiatę, zaczekalibyśmy z gotowaniem jeszcze trochę. Tak, stanowczo nowo zakupiona mapa nadaje się jedynie na śmietnik.IMG 7808IMG 7808

Uważnie przyglądamy się wiacie- gdyby miała podłogę, moglibyśmy w niej przenocować, ale zostało z niej tylko kilka desek- nie damy rady. Jest dopiero szesnasta, więc decydujemy się spróbować dotrzeć na Trzebuńską Górę- podobno można się tam spodziewać punktu widokowego, co z kolei daje nadzieję na miejsce do rozbicia namiotu. Rodzinne obserwacje nieba nie dają jednoznacznych wyników co do pogody w ciągu najbliższych godzin, więc liczymy na szczęście i opiekę świętego Onufrego.

Całkiem niedługo dociera do nas , jak płonne to były nadzieje. Najpierw mżawka zamienia się w deszcz,, ten z kolei po chwili przekształca się w ulewę. Ulewa ustępuje oberwaniu chmury. Właściwie brakuje tylko burzy z piorunami- choć może wówczas nie byłoby tak okrutnie ciemno. Przestajemy omijać kałuże- po pierwsze dlatego, że w butach i tak już chlupie- leje się do nich z góry i żadna membrana tu nie pomoże, po drugie dlatego, że rozlewają się na całej szerokości drogi. Środkiem szlaku toczy się rzeka – idziemy teraz wolniej, bo tak naprawdę nie widać, co mamy pod nogami- gdzie zapadniemy się po kolana, a gdzie noga ześlizgnie się po kamieniach. Ześlizguje się zresztą kilkukrotnie- Tosia leży jak długa, ociekając błotem. Byłoby to nawet i wesołe, gdyby nie świadomość, że w plecakach też pewnie nie jest sucho, a przed nami żadnych widoków na nocleg. Przytulamy się do kapliczki św. Huberta (swoją drogą, dlaczegóż przy tych kapliczkach nie można zrobić małego dachu dla turystów?) i przeczekujemy prawdziwą ścianę deszczu. Widoczności jest może na dwa metry, a my czujemy się, jakby nam ktoś wylewał wiadra wody wprost na głowę. Najchętniej rozbilibyśmy namioty tutaj, ale wiemy, że to bez szans- jak tylko wyjmiemy je z plecaków, będą pływały po kilkunastu sekundach.

Gdy ulewa zelżeje choć ciut- idziemy dalej. Na Trzebuńskiej Górze spotykamy zabudowania- w pierwszym dwaj mili panowie zagadują raźnie: Ależ była ulewa, co?! Rozmowa toczy się wartko do chwili, kiedy okazuje się, że potrzebujemy noclegu. Panowie niestety mają milion ważnych spraw do załatwienia i muszą pędzić. Następny domek zamknięty (to teraz norma, że wzdłuż szlaku stoją domy na weekendowe pobyty właścicieli, większość czasu zamknięte). I wreszcie trzeci- a w nim para staruszków. W pierwszej chwili odmawiają, a nam staje przed oczami wczorajszy „Totus tuus”. Ale jednak, od słowa do słowa, dziadkowie zapraszają do stodoły. Od razu zastrzegają, że siana właściwie nie ma- w tym roku kończą pracę na gospodarstwie. To również standard na wsiach- młodzi wyjeżdżają, a starsi... są za starzy. Dla nas jednak ma znaczenie tylko to, że jest tu sucho i ciepło. Rozwieszamy ociekające woda i błotem ubrania. Pani zaprasza do kuchni. Och, jak przytulnie! Poznajemy wnuki, które przyjechały na wakacje- jest tu tak mało miejsca, że śpią na materacach na podłodze. W składziku zamknięty pies- inaczej broniłby przez obcymi (czyli nami) obejścia przez całą noc i pewnie nikt nie zmrużyłby oka. Nasze dzieci nie mogą się nadziwić, że podczas niedawnej suszy w kranie nie było wody („Ale jak to? Odkręcasz kran, a tam nic nie leci?”), a toaleta to po prostu wychodek na zewnątrz budynku. Im, całe życie mieszkającym w dużym mieście, w taką rzeczywistość trudno uwierzyć.

Po raz kolejny okazuje się, że im mniej się posiada, tym chętniej się tym dzieli. Pani prosi tylko po wielokroć, abyśmy na pewno nie używali zapałek, czego przyrzekamy nie czynić i już możemy wsunąć się do śpiworów. Owinięte w foliowe torby, przetrwały nawałnicę w świetnym stanie.IMG 7815

Tym razem deszcz nie usypia nas plumkaniem, tylko wali w dach stodoły, jakby chciał się do nas przebić... Nie, to stanowczo nie jest łatwa wędrówka.

avatar
0
16 lipiec 2018, 08:06
Aldona Trzebiatowska