Dzień piąty- do schroniska PTTK na Kudłaczach

Jeszcze wieczorem, planując dzisiejszy dzień ustalamy, że oto właśnie mamy szansę „dogonić czas”, czyli z powrotem wpiąć się w planowany przed wyprawą terminarz. Właściwie troszkę nie mamy innego wyjścia- jeśli nie dojdziemy do schroniska PTTK na Kudłaczach, to nie mamy innego wariantu noclegowego.

Rano wzmacniamy się w naszym postanowieniu- pogoda ustabilizowała się na poziomie: mokra mgła- zero widoczności- wilgoć absolutna. Ledwo znajdujemy drogę do wychodka. Oczywiście, nic z przemoczonych wczoraj rzeczy nie wyschło ani trochę, ale nie mamy wyboru. Wkładamy zawilgłe ubrania, zostajemy poczęstowani wyborną, z sercem robioną konfiturą z wiśni, żegnamy się z gospodarzami i ruszamy. Pogoda jest niedopuszczalnie obrzydliwa, ale humory dopisują pomimo to. Strumyczki zostawiają na swoich meandrach kopce piany (nie wnikamy, czy pochodzenia naturalnego, czy niekoniecznie) – świetny przyrząd do zabawy. I nikt nie ma pretensji, że coś się pochlapie czy zaplami, jak w domu. Wypas!IMG 7824IMG 7824IMG 7824

Brodząc w błocie, nie widząc zbyt wiele, schodzimy do Myślenic, układając wymyślne menu obiadowe, które mamy zamiar urzeczywistnić w jakiejś jadłodajni. Ubłoceni do granic możliwości, nijak nie pasujemy do cywizlizacji. Gdybyśmy się tym przejmowali, musielibyśmy chyłkiem milczkiem przemknąć na drugi jej koniec i czym prędzej zniknąć w gęstwinie lasu. Nie ma takiej możliwości, bowiem dajemy radę być brudnymi i przemoczonymi, ale na dodatek jeszcze głodnymi- zdecydowanie nie. Całe szczęście, od razu na rogu rynku znajdujemy bar mleczny. Nie obsługują tylko klientów pod wpływem alkoholu, o brudnych nic nie piszą, więc wchodzimy i wykupujemy wszystko to, o czym marzyliśmy od rana. Pani w barze patrzy z niedowierzaniem na kolejne zamawiane przez nas dokładki :) Wyglądamy smętnie za okno na kolejną falę deszczu i wiemy, że musimy mieć dużo wewnętrznego optymizmu, aby się dziś nie załamać.

W Myślenicach rozglądamy się za jakimś drogowskazem informującym o czasie dojścia do schroniska. O dziwo, nigdzie takowego nie znajdujemy. Chyba nikt nie chce dołować potencjalnych turystów.... pozostaje wierzyć mapie, która mówi o czterech godzinach marszu.

Tak... jeśli kiedyś w życiu będzie nam źle, a jakieś postawione przez nami zadanie wydawać się będzie nie do wykonania, wtedy wspomnimy właśnie to popołudnie i od razu zrobi się lżej! Mozolne, niekończące się podejście, noga za nogą, godzina za godziną. Wszystko ociekające wodą, my ociekający potem. Ciemno i smętnie. Nie poddaliśmy się chyba wyłącznie dlatego, że nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko dotrzeć na nocleg. Każdy patrzy pod nogi, bo i tak widoków wokół żadnych. I całe szczęście, bo dzięki temu zauważamy salamandrę plamistą. Wydaje się nie przejmować aurą, więc i nam jakoś optymistyczniej. Po chwili z góry z dziką prędkością nadjeżdża na rowerze jakiś miłośnik downhillu- umykamy w ostatniej chwili odnotowując jednak fakt, iż są jeszcze bardziej rąbnięci ludzie niż my. Trwają zakłady, ilu turystów spotkamy na Kudłaczach- kto wygrywa, dostaje gorącą czekoladę.IMG 7837IMG 7837

I w końcu docieramy. Turniej wygrywa mama: turystów (oczywiście) jest tu zero. Jeśli komuś tłoczno w Tatrach, to zapraszamy tutaj. Za to gospodarze sympatyczni, częstują nas świeżutkim mlekiem z wieczornego udoju. Prawdopodobnie ratują nam tym życie :) Troszkę psioczą, że nie uprzedziliśmy wcześniej, że będziemy- włączyliby ogrzewanie. Szczerze mówiąc, jest nam już absolutnie wszystko jedno. Stopy, po całym dniu chodzenia w mokrych butach są odbite maksymalnie, skóra schodzi- dobrze, że inwentaryzujemy tylko dwie rany . Jak na dziesięć stóp, nie jest źle.

Nie możemy uwierzyć, że leżymy w ciepłych, suchych łóżkach, że jednak dotarliśmy. Nasze małe zwycięstwo!IMG 7846IMG 7846

avatar
0
23 lipiec 2018, 19:18
Aldona Trzebiatowska