Dzień siódmy- do Lubonia

Po wieczornych deszczach nie ma już śladu, ale cieszymy się, że nie zdecydowaliśmy się na późną wędrówkę na szczyt Lubogoszcza. Po pierwsze- zostalibyśmy bez ciepłego posiłku, po drugie- doszlibyśmy cali mokrzy, a po trzecie, co uświadamiany sobie dopiero na podejściu- droga zajęłaby nam dużo więcej czasu, niż wynikałoby to z mapy. Podejście na szczyt niby krótkie, ale daje w kość... czujemy się, jakbyśmy szli po schodach- właściwie wygodniej byłoby czasami podpierać się rękoma. Nie wiem, czy wieczorem dalibyśmy (psychicznie) radę, ale teraz, wypoczęci i wyspani, wchodzimy raz-dwa. Na szczycie spotykamy jednego z tak tutaj nielicznych turystów, dzięki czemu zostajemy posiadaczami wspólnego zdjęcia całej rodziny- to pamiątka na wagę złota!IMG 7892IMG 7892

 

IMG 7900

Po krótkim popasie wchodzimy w nasz stały rytm wędrówki- wspinamy się wszakże tylko po to, by zaraz tracić całą zdobyta wysokość.... już się nawet przyzwyczailiśmy, a tym razem schodzimy do Mszany, gdzie mamy nadzieję na jakiś smaczny obiad. IMG 7894

Zejście wcale nie jest tak proste, jak zakładaliśmy- czujemy się trochę, jak na imprezie na orientację. Albo brak oznakowania, albo znaki są, ale drogi już nie:IMG 7902

A tak wygląda z bliska „droga”....:

IMG 7903

W końcu jest- Mszana. Okazuje się być mniej „turystyczna”, niż przewidywaliśmy. Na tyle mniej, że żadna z zapytanych osób nie potrafi wskazać baru czy restauracji. Ta przy dworcu właśnie w remoncie, a innej tu raczej nie ma....- dowiadujemy się po raz kolejny. Bliscy spożycia na obiad suchego prowiantu dostajemy jednak namiar na „taką jedną restaurację, co być może jest czynna”. Nadzieja umiera ostatnia- myślimy i ruszamy na poszukiwania. Rzeczywiście, znajdujemy jakiś szyld, ale wnętrze nie wygląda, jakby cokolwiek tu działało, o tak:IMG 7907

Mimo wszystko zaglądamy dalej i oto naszym oczom ukazuje się ukryta sprytnie przesympatyczna restauracja, pełna pysznych potraw. Ruch znikomy, bo nikt nie podejrzewa jej istnienia :)IMG 7905

Najedzeni, pełni najlepszych chęci, wyruszamy na ostatnie już podejście- na Luboń. Najpierw kluczymy polami, łąkami, po raz ostatni popatrując na otaczające nas wioski, aż w końcu pochodzimy do podejścia szczytowego.IMG 7912IMG 7912IMG 7912

Do schroniska prowadzą różne szlaki, ale oczywiście nasz prowadzi tą najbardziej stromą drogą. Uczucia się kłębią- za nami niemal tydzień naprawdę męczącej wędrówki, a już za chwilę jej zwieńczenie. Trwają pertraktacje, kto będzie pierwszy, aż w końcu decydujemy się na wspólne, w jednym momencie zakończenie wyprawy.IMG 7928

Niewyobrażalne, ile może dać radości, satysfakcji i dumy moment, w którym dotykamy zwykłego, namalowanego na murze schroniska znaczka...

 

 

Koniec. Daliśmy radę. Mimo chwil zwątpienia, odparzonych stóp, bólu mięśni, niemożliwego zmęczenia, momentów stresu- było warto. W zamian dostaliśmy potężną dawkę wspólnych emocji, magię czasu dla siebie nawzajem, raz po raz przekraczanie swoich barier... jesteśmy zupełnie gdzie indziej, niż tydzień temu.

Warto!

Na Luboniu chcemy rozbić namiot, ale jakoś nigdzie nie możemy znaleźć na tyle płaskiego miejsca, by ustawić dwa namioty. Trudno- prześpimy się w schronisku, nie bacząc na brak wody, który jest tu normą. Kolacja, a następnego dnia śniadanie z beskidzkimi widokami w tle wynagradza wszystko.IMG 7928IMG 7928IMG 7928IMG 7928IMG 7928

avatar
0
22 sierpień 2018, 18:06
Aldona Trzebiatowska