Gerlach zimą (09.03.2015)

Gierlach. Z tym panem miałem rachunki do wyrównania po zeszłorocznej wycieczce, kiedy naderwałem więzadło w kolanie, co mnie wykluczyło na ponad dwa miesiące z wszelkiej aktywności górskiej i wspinaczkowej.

W poprzedzającym tygodniu pogoda była paskudna. Dopiero chwilę przed weekendem się wypogodziło, co dawało szansę na stabilniejsze śniegi. Był wolny od pracy poniedziałek, było z kim jechać, więc trzeba znaleźć cel. Gierlach padł od niechcenia. Raczej żeby zerknąć co się dzieje w tamtym rejonie. Po drugiej stronie doliny Kończysta. Tam już prędzej się uda. Nie przeglądałem więc żadnych przewodników, schematów dróg itd. Wróciłem w niedzielę po ciężkim dniu w pracy jakoś przed 22:00. Szybkie pakowanie, ogarnianie, mocna kawa i po północy siedziałem w samochodzie z Dominiką. Po 3:00 ruszyliśmy z Tatrzańskiej Polanki, nie spodziewając się jeszcze tego, że wrócimy tu dopiero po 18 godzinach. W połowie asfaltowej drogi do Śląskiego Domu odbijamy w lewo szlakiem do Batyżowieckiej Doliny. Dochodząc do niej zaczyna wschodzić słońce.1 Światło dzienne pomaga walczyć ze zmęczeniem. Przy Batyżowieckim Stawie robimy krótką przerwę. Chwilę wcześniej minęła nas dwójka "horolezców", która podążała dalej, najwyraźniej w stronę Gerlacha. Nawet i dobrze, bo szczerze mówiąc nie bardzo się orientowałem gdzie mamy iść. Ruszyliśmy więc za nimi w głąb doliny, jej wschodnią częścią. Po lewej olbrzymia Kończysta, na wprost Batyżowiecki Szczyt. Jedno wzniesienie, trawers, znów pod górę i znów trawers, itd. Słońce już dość mocno grzało.2 Dotarliśmy do wcześniej wspomnianej dwójki. Próba komunikacji spełzła na niczym. Do teraz nie przychodzi mi do głowy skąd oni mogli być. Siedzimy tak dłuższą chwilę próbując wymyślić gdzie może znajdować się podejście pod Batyżowiecką Próbę. Przypomina mi się, że kiedyś ściągałem topo zachodniej Gerlacha. Dalej jest na telefonie, uf! Konfrontuję je z tym co przed nami widać, Dominika potwierdza. Zapędziliśmy się pod Walowy Żleb wyprowadzający na Przełęcz Tetmajera. Korzystając z postoju posilamy się, zakładamy uprzęże i raki, i cofamy się kilkaset metrów. Wiążemy się i wbijamy w jeden z małych żlebów. Idziemy jak puszcza. Trochę zabawy ze skałami, trawersy po stromych półkach podciętych kilkunasto metrowymi progami i kolejny żleb, trochę większy. Tu pojawiają się kotwy. Widać już też ślad. Chyba znaleźliśmy się w dobrym miejscu. Śnieg zmrożony, idzie się w miarę sprawnie. 3Po kilkudziesięciu metrach żleb wykręca mocno w lewo i staje się jeszcze bardziej stromy. Śnieg w nim znika na korzyść lodu i skał. Na początku stanowisko. Wpinamy się w nie myśląc co dalej. Jakieś 30 metrów wyżej widać już klamry. Próbuję prawą stroną żlebu widząc jakieś punkty asekuracyjne w ścianie. Wściekam się na swoje stępione raki, bo w ogóle nie siadają w tym lodzie. Przechodzę tak kilka metrów, do kotwy jeszcze ładnych kolejne kilka metrów, głupi poślizg i się poobijam. Odpuszczam i wracam do Dominiki. Myślimy co dalej. W zasadzie mamy już robić odwrót, bo późno, bo szczyt oddalony niespełna pół kilometra w pionie. Próbuję jednak raz jeszcze. Tym razem środkiem żlebu, pewnie po skałach docieram pod klamry. Po chwili dołącza Dominika.4 Nie pozostaje nam nic innego jak iść wyżej. Po paru chwilach wychodzimy z Batyżowieckiej Próby i przed nami niezbyt stromy żleb. Wydawało mi się, że Batyżowiecki jest szerszy. Szybka decyzja: skoro już tu jesteśmy to idziemy dalej! Jest już koło południa. Słońce mocno daje w kość. Podchodzimy kilkadziesiąt metrów i droga "przewija" się przez grzędę na lewo. Teraz ukazuje się nam Batyżowiecki Żleb, piękny, długi, idealnie wyśnieżony. Trzymamy się jego prawej strony i krok po kroku coraz wyżej.5 Widząc za plecami Kończystą oceniamy naszą wysokość. Jeszcze kawał drogi, idzie się ciężko. W śniegu wydeptany ślad, ale chyba przez schodzące osoby, bo jak na podejście zbyt duże kroki trzeba dawać. Męczy to strasznie. Metr po metrze, byle do góry. Śnieg mięknie na słońcu. Końcówka żlebu nijak się przybliża. Idziemy tak z godzinę, dwie, nie mam pojęcia. Pod koniec odbijamy lekko w lewo i tu już ostatnie metry wyprowadzają na sam wierzchołek. 6Kilka minut i w końcu jesteśmy na szczycie! Jestem tak wymęczony, że jakoś bez większej radości. Droga była dość nudna i wymagająca kondycyjnie. Gerlach zimą odhaczony. Obowiązkowa sesja zdjęciowa, posiłek, itd. 7

8Zejście po miękkim śniegu z jednej strony przyjemne (przynajmniej dla kolan), z drugiej wyczerpane zapasy płynów i świadomość odległości od cywilizacji....nie cieszy to. Odwodniony organizm zaczyna odmawiać współpracy. Batyżowiecka Próba, dalej żlebem w dół, tym razem odnajdując ślady schodzimy nieco inaczej. Dochodzimy do progu ubezpieczonego dwoma łańcuchami i kawałkiem liny. Dalej do wylotu Batyżowieckiej Doliny już "na automacie". Przy stawie szpej i raki do plecaka. Słońce zaczyna zachodzić. Ruszamy dalej magistralą. Łapie nas już bardzo ciemna, bezksiężycowa noc i tym samym przeoczyliśmy skrót do asfaltu. Niewygodnym, zmrożonym śniegiem nieświadomie podążamy w stronę Śląskiego Domu, robiąc tym samym niepotrzebne kółko. Zmęczenie i odwodnienie daje się we znaki. Co chwilę jakieś omamy wzrokowe, kosówki wyglądają jak różne zwierzaki, głazy jak szałasy. Dość zabawny stan. Koło godziny 19 docieramy do schronu. Tam uzupełniamy płyny, papieros, kofeina, info że żyjemy i jesteśmy cali. Dalej już nużąca droga do parkingu, do którego docieramy jakoś przed 21:00. I tak oto trochę od niechcenia , bez większych emocji, został "król" zdobyty.

 

avatar
0
15 marzec 2015, 18:49
Janusz Dębiński