Horrory Offwidth’y

Regeneracja
Po Beckey-Chouinard potrzebujemy kilku dni odpoczynku. Muszę też w końcu wyleczyć kaszel. Kiedy czujemy, że już czas na rozruch wybieramy niedługą drogę na Crescent Tower - Thatcher Cracker (5.10). Po podejściu pod ścianę okazuje się, że droga jest zajęta i to raczej na długo, postanawiamy zatem spróbować czegoś na Eastpost Spire zaraz nad kempingiem. Kiedy jednak dochodzimy do namiotu żeby zostawić część sprzętu, nadchodzą ciemne chmury i zaczyna kropić deszcz. Czyżby zapowiadany shower? Czekamy zatem przy kawce na wyklarowanie pogody. Drzemeczka, książeczka, muzyczka… i o wspinaniu zapominamy. W końcu wychodzi słońce. Marcin ucina kolejną drzemkę, a mnie zaczyna nosić. Decyduję się zatem na mały spacer na Eastpost Spire najprostszą z możliwych tam dróg - Northwest Ridge, określaną mianem facile. Ta "niezwykła" linia wiedzie najpierw przez tzw. sandy gully na przełęcz pomiędzy Crescent Tower i Eastpost Spire. Tu spotykam przyszpejoną parę, która właśnie schodzi na dół. Chwila zastanowienia, wymiana informacji i idę dalej prostym terenem pod wierzchołek. Ostatnie 20 metrów można określić jako facile wspinaczkowe, nawet widoczne jest stanowisko zjazdowe, ale cała reszta to po prostu ścieżka oznaczona kopczykami. Ze szczytu rozciąga się ładny widok z jednej strony na Snowpatch, Bugaboos, Howsery i Marmoladę, a z drugiej na mniej popularny wspinaczkowo Northpost, Cobalt Lake i Brenta Spire. Szybko docieram z powrotem na kemp, Marcin jeszcze śpi. Prognozy sygnalizują lekkie pogorszenie pogody, a my potrzebujemy kupić gaz, zatem zjeżdżamy ponownie do Golden.

Rozruch czas zacząć
Naszym kolejnym celem jest oczywiście Bugaboos Spire, ale ten szczyt będzie musiał jeszcze trochę na nas poczekać... Po dniu spędzonym w Golden (ps. gaz jeszcze nie dojechał do sklepu) wracamy na App camp. W trakcie podejścia zaczyna padać. Zlewa łapie mnie w okolicy Conrad Kain Hut. Przyspieszam tak, że dobiegam ostatkiem sił do namiotu. Leje już równo. Marcin dociera 10 minut przede mną. Jesteśmy totalnie przemoczeni. Pada z przerwami całą noc. Ściana raczej nie wyschnie. Następuje zmiana planów, pomimo tego, że rano budzi nas piękne słońce. Na pogodę w zasadzie nie mamy co narzekać. Dni deszczowe jak na razie można policzyć na palcach jednej ręki. Decydujemy się ponownie na Thatcher Cracker na Crescent Tower. Droga nie powala swoją pięknością, mimo że jest na liście polecanych dróg w przewodniku. Naszą uwagę przyciągnął jednak jeden z wyciągów offwidth, który może być dobrym polem treningowym przed kolejnym celem – Sunshine Crack na Snowpatch. Startujemy w Thatcher’a, jest trudno, nie ma spręża, trawersujemy zatem do innego prostego klasyka - Ears Between i wychodzimy nim na szczyt Crescent Tower (warianty Thacher Cracker/Ears Between 5.10-).

Walka o Snowpatch Spire
O Sunshine Crack'u słyszeliśmy bardzo dużo pozytywnych opinii. W końcu przewodnikowe trzy gwiazdki zobowiązują. Nasłuchaliśmy się też sporo o drugim wyciągu – offwidth za 5.10 – na którym można się mocno spocić.

1.Horrory offwidthy

Zaczynamy więc drogę. Pierwszy wyciąg puścił. Nie był trudny, a to też 5.10-ka. Ale horror dopiero się zaczyna...

Sunshine -_1_wyciąg

...i nasz największy koszmar się sprawdził. Próba przejścia tej drogi zakończyła się porażką właśnie na drugim wyciągu w kluczowej szerokości. W połowie wyciągu, w drugiej próbie przejścia zapadła decyzja o wycofie. No chance!

Super Direct
Aby zaliczyć jakikolwiek sukces następnego dnia wracamy na Snowpatch Spire, ale tym razem wybieramy kolejną polecaną w przewodniku drogę Super Direct (5.10), która prowadzi na północny wierzchołek. Trzy pierwsze wyciągi faktycznie są bardzo ładne. Prowadzą długim zacięciem z thin crack'iem.

1. Super_Direct_-pierwszy_wyciąg

Kolejne idą łatwym, 5.7 terenem. Szczególnie jeden z nich okazuje się wyjątkowo paskudny, bowiem widzie zamszoną, około 50 metrową, przygodową rysą z wątpliwą asekuracją na zasadzie, jak sobie wydłubiesz trochę ziemi to coś osadzisz. Ostatnie dwa wyciągi błędnie wrysowane w przewodniku zmuszają do zrobienia wahadła przez totalną gładź do dziesiątkowej rysy. Na szczycie radośnie wita nas tutejszy lokals - Flaming.

2. Na_szczycie_Snowpatch

Return to Sunshine crack
Schodzimy do auta po zaopatrzenie. Od kilku dni słońce pali swoim żarem i ciężko to wytrzymać na górze. Noc spędzamy w aucie, ładujemy kamery, czołówki i inne sprzęty. Odrabiamy też zaległości ze wspinania rysowego w offwidth'ach powtarzając kilka razy scenę z filmu Return2Sender, jak Viera klinuje kolano w szerokiej rysie i z uśmiechem na twarzy robi no hand'a. Uzbrojeni w taką wiedzę gotowi jesteśmy do kontrofensywy.
Ruszamy do góry wyrównać rachunki na Sunshine Crack. Offwidth na drugim wyciągu puszcza w pierwszej próbie jednak okupione jest to bólem, potem i totalną zadyszką. Marcin w rozpaczliwej walce posuwając się powoli do góry klinuje co raz kolano.

Sunshine horror

Ohyeee...krzyczy po skończonym wyciągu i ktoś na dole odpowiada mu tym samym. Podobnie jak Marcin i Viera klinuję kolano w rysie i rozpaczliwie próbuję odpocząć. To diabelstwo jest strasznie trudne. A przecież pierwszy wyciąg który prowadziłam też miał 5.10 (???). Idziemy dalej. Droga wiedzie głównie rysami różnej szerokości, bardzo litymi. Przepiękna linia i wspinanie zachwyca.

Sunshine 3wyciąg

Na 7 wyciągu zaczyna padać grad, ale po chwili przestaje. Burza straszy nas z daleka. W końcu dochodzimy do ostatniego stanowiska. Drogę kończy piękna, długa rysa off hand (słyszeliśmy wcześniej, że to też offwidth), z bulderowym miejscem na końcu, które w naszej opinii miało więcej niż zapowiadane 5.10. Tak, to jest ten smaczek Bugaboos, wycena potrafi zaskoczyć… Znowu zaczyna padać grad i wieje silny wiatr, robi się zimno i nieprzyjemnie. W połowie zjazdów wychodzi jednak słońce i świat znowu staje się piękny i łagodny.
Obserwujemy z góry schodzących z przełęczy Bugaboos-Snowpatch wspinaczy i backpackersów. Zejście z niej jest bardzo nieprzyjemne. Według przewodnika, 3/4 wypadków w Bugs zdarza się właśnie podczas zejścia z tej przełęczy. Kilka dni wcześniej miał miejsce taki wypadek. Starszy pan, którego mieścimy okazję poznać na kempie, zjechał po śniegu wprost na kamienie. Wypadek zakończył się dość poważnymi obrażeniami i mocno poturbowanego pechowca śmigłowiec zabrał do szpitala. Patrząc z góry na schodzących widzimy jak dziewczyna zsuwa się po śniegu kilkanaście metrów, zatrzymuje, zaczyna schodzić, żeby po chwili znowu lecieć w dół. Szczęśliwie zatrzymuje się znów i uważniej zaczyna schodzić. Ostatniego dnia naszego pobytu w Bugs szczęśliwą i nieprawdopodobną historię zalicza Dawid. W pełni wyposażony w czekan, raki spada z ciężkim plecakiem z połowy przełęczy wprost na kamienie. Na szczęcie kask przyjął uderzenie i głowa pozostała cała. Zostały natomiast dosyć poważne obrażenia śródręcza i trochę otarć. To otworzyło na nowo nam oczy – raki, czekan i kask na głowie to podstawa! Chłopaki kilka ostatnich dni pobytu w Bugs spędzają właśnie w East Creek Basin pod Howserami. Gdy my walczyliśmy na Sunshine’ie , Dawid i Patryk sieknęli klasycznie prawie 1000 metrową drogę All Along The Watchtower na Pólnocnym Howserze , 5.12- (mówią, że to raczej 5.12) w stylu OS w 19h tent-to–tent! Bogowie.

Walka na Bugaboos Spire
Udało się zawalczyć o Howsera, dotarliśmy na wierzchołek Snowpatch, zatem czas przyszedł też na Bugaboos Spire. W końcu nazwa regionu pochodzi właśnie od tego szczytu. Po raz pierwszy zdobył go Conrad Kain w 1916r drogą wiodącą południowym grzbietem i obecnie droga ta nosi nazwę Kain Route. My jednak wybieramy się na drogę Cooper-Gran za 5.11 i już w połowie pierwszego wyciągu spotyka nas niespodzianka. Prawdopodobny obryw w górnej części tego wyciągu sprawił, że przejście okazuje się trudne i niebezpieczne. Po długiej dyskusji co robić postanawiamy zjechać na dół. W stanowisku jest karabinek, jak widać nie my pierwsi natknęliśmy się na ten polecany "klasyk".
Drugą batalię o Bugaboo staczamy kilka dni później, tym razem na drodze Divine Intervention (5.11b). Pokonujemy kluczowe trudności ale palące słońce wypala też naszego spręża. Do końca drogi pozostały nam co prawda tylko trzy 5.10’tkowe wyciągi ale nie jesteśmy pewni dalszej drogi. Próbujemy trawers w prawo - ale to nie to, prosto bez szans, w lewo dwie próby Marcina i jedna moja kończą się blokiem. Aaaa pie... to - stwierdzamy. Słońce chyba nam czaszki przypaliło, po powrocie na camp padamy jak nieżywi w namiocie. Jesteśmy totalnie wymęczeni, tak jak by to coś z nas spuściło całe powietrze. Dopiero po około godzinie drzemki wracamy do życia. Może to słońce, może przemęczenie materiału spowodowało taką reakcję.
Wieczorem przychodzi zapowiadane załamanie pogody – zaczyna mocno wiać i padać deszczo-śniegiem. Podsumowujemy, że podjęliśmy dobrą decyzję żeby iść na Bugaboos, a nie jak zakładaliśmy wcześniej na prawie 1000 metrową drogę Seventh Rifle na North Howser. Prognoza zapowiadała opad śniegu za dwa dni, ale załamanie przyszło znacznie wcześniej. Wycof z 7th Rifle w takich warunkach byłby bardzo ryzykowny. Na kolejne dni w Bugaboos przychodzi pogorszenie pogody, w tym ochłodzenie. Faktycznie poranki są bardzo zimne, a na trawie pojawia się poranny szron. Zmęczeni jesteśmy już tym miejscem i coraz częściej myślimy o kolejnym punkcie naszej wyprawy – Squamish. Ale zanim znajdziemy się w ciepłych skałeczkach to jeszcze raz postanawiamy zawalczyć o Bugaboos.

Link – up
Wstajemy rano. Para leci z ust ale słońce zaczyna już wyglądać zza Eastpost Spire. Pakuję do plecaka rękawiczki. Bierzemy też jedną puchówkę. Przy tej temperaturze na pewno się przydadzą. Chcemy połączyć drogi na Crescent Spire i Bugaboos Spire. Początkowy plan to zacząć od Energy Crisis, 2-wyciągowego wariantu za 5.11+ do innych dróg, ale po podejściu pod drogę rezygnujemy. Wygląda zbyt hardcorowo. Ostatecznie wybieramy West Side Story za 5.10-, z dołu wygląda ładnie. Wspinamy się powoli, a i okazuje się, że droga nie powala swoim urokiem. Kończymy ją po godzinie 13, schodzimy na przełęcz Bugaboo-Crescent i około 14 zaczynamy łatwy, trzygwiazdkowy klasyk Northeast Ridge (5.8) na Bugaboos. Prowadzę pierwszy ósemkowy wyciąg finger locks. Jest łatwy ale naprawdę bardzo ładny, choć w końcówce przygodowy bowiem prowadzi po odstrzelonych flejkach i słychać jak przy uderzeniu dudni cała płyta wielkości dużego domu po której idę. Skradam się zatem delikatnie żeby nie naruszyć konstrukcji. Resztę drogi robimy na lotnej asekuracji i na szczycie meldujemy się około 17. Widok ze szczytu zapiera dech w piersiach.
2. Snowpatch-widok_z_Bugaboos

Zaczynamy długi trawers z North na South Summit a następnie pokonujemy kilka zjazdów i trawersów Kain Route. Muszę przyznać że to chyba najbrzydszy klasyk jakim kiedykolwiek wspinałam się… w dół, a którą wspina się dziennie dziesiątki osób i o której marzą kolejne dziesiątki. Zejście dłuży się niemiłosiernie.

3. Bugaboos_-_zjazdy

W namiocie meldujemy się po 21. Jest już ciemno. Pobyt w Bugs można uznać za zakończony, choć zanim żegnamy ostatecznie Bugaboos mamy jeszcze jedną próbę na Snowpatch ale nie ma się nad czym rozpisywać. Czas ruszać dalej, Squamish czeka...

Podsumowanie i refleksje - drogi, wyceny, Bugaboos
... to niespodzianka. Zaskakują nieustannie. Czasami wyceną, czasami bujną roślinnością porastającą formacje, czasami absolutnie zachwycającą linią drogi i litymi rysami.
  Niewątpliwie koneserzy graniówek poczują się tu jak w raju. Bugaboos oferuje bowiem dużo łatwego wspinania w przedziale trudności 5.6 – 5.9, które wiedzie głównymi grzbietami wprost na szczyt. Cudownie będzie tu też rysowym wciągaczom fingers'ów, offhand'ów, offwidth'ów na poziomie 5.11 - 5.13. Pięknych dróg na tym poziomie jest tu całe bogactwo (tak wynika z opinii wciągaczy tych hardcorów).
Niestety pięknych, lub chociażby ładnych linii na poziomie 5.10 jest niewiele w rejonie. Wyceny dróg nierzadko potrafią zaskoczyć, bowiem niektóre 5.10 potrafią być trudne jak 11, inne zaś są całkiem łatwe. Opisy i schematy dróg też nie zachwycają swoją dokładnością przez co wybór właściwej linii często bywa loterią. Jedno trzeba przyznać, te chodzone, trzygwiazdkowe klasyki to faktycznie czarne perły prowadzone przepięknymi rysami w litym granicie.
I jeszcze na koniec mała dygresja nad tym, czy Bugaboos warte jest wycieczki z Polski? Jeżeli ktoś planuje tak jak my długi trip wspinaczkowy po Amerykach to odwiedzenie Bugs powinno się znaleźć na liście. Jednak biorąc pod uwagę niemałe koszty przelotu do Kanady, a następnie transportu na miejsce (zazwyczaj konieczne jest wynajęcie auta, bardzo wysokie koszty) i oczywiście koszty kempingu (10 CAD za osobę za dzień) to bliżej jest Chamonix. Bugs jest tłumne, w okolicach weekendu przez camp i klasyki przewijają się prawdziwe chordy. Jeśli ktoś planuje tu przyjechać w poszukiwaniu dzikich gór, to być może w okolicach East Creek Basin może je znaleźć o ile 5.11stki wchodzą mu nosem. My jedziemy teraz dalej doskonalić rysowe wspinanie. Żegnaj Bugs, witaj Squamish.

Aga „Tyszka” Tyszkiewicz

Filmowe relacje na naszym FB: Tyszka&Wernix

avatar
0
02 wrzesień 2016, 12:11
Tyszka Wernix