Kierunek: Squampton (Squamish)

Skałery, Skałki, Skałeczki, Skałeczuńki

Czas spędzony w Bugaboos dobiegł końca. Mimo złych warunków na drodze sprawnie udało się dotrzeć do Vancouver. Nocujemy na jednym z kempingów na granicy miasta, a następnego dnia zostawiamy chłopaków – Dawida i Patryka – w hostelu w Vancouver. Musimy się trochę przeorganizować w aucie żeby sprawniej przygotowywać miejsce do spania. Marzy mi się wygodne łóżko, ale to na czterech kółkach wcale nie jest takie złe. Kupujemy dwa duże plastikowe pudła i ładujemy do nich to, co robi najwięcej bałaganu: jedzenie i sprzęt wspinaczkowy. W MEC-u zaopatrujemy się też w lekturę obowiązkową: Squamish Select: the best routes in Canada’s top climbing destination. Przewodnik jest naprawdę fajny. Kolorowe, wyraźne fotografie, pełny opis dróg i dobrze wrysowane schematy to świetna odmiana w przeciwieństwie do schematów z Bugs. Co prawda po kilku dniach użytkowania daje się zauważyć pewne braki i nieścisłości, ale i tak jest to zupełnie inna jakość. Odkładamy zwiedzanie Vancouver na później bo prognozy zapowiadają, że najbliższe 2-3 dni mają być ładne a potem nadchodzi załamanie. Wybieramy zatem kierunek: SQUAMISH.

0.Squampton

Z Vancouver do Squamish jest naprawdę blisko. Jedzie się cały czas nabrzeżem, droga jest bardzo urokliwa i od razu pozytywnie nakręca. Squamish to mała miejscowość trochę przypominająca klimat okolic Jeziora Garda we Włoszech. Nad miastem góruje The Chief Strawamus – olbrzymi monument skalny, który jest obowiązkowym punktem wspinaczkowym i widokowym.

1.W drodze_do_Squamish

2.The Chief

Pierwszej nocy lokujemy się na klimatycznym kempingu o aborygeńskiej nazwie Klahanie, co w narzeczu Chinook oznacza outdoor. Chcemy mieć czas na opanowanie okolicy i odrobienie zaległości internetowych. Od razu to miejsce przypadło mi do gustu. Cała masa zakamarków – spotów pod namiot i RV w gęstym, tajemniczym lesie. Na jednym z drewnianych domów przybyszów wita blaszany bielik amerykański – symbol Squamish i Ameryki Północnej. Podziwiać można też kolekcję starych zardzewiałych aut chyba z lat 20-tych ubiegłego wieku (…tak na oko mi pasują do tej dekady), które stoją w różnych zakątkach lasu.

3. Auta_na_Klahanie

Poza tym rozciąga się ładny widok na ponad 300 metrowy wodospad Shannon falls. Kemping jest bardzo duży, musimy sami sobie znaleźć miejsce w gęstwinie lasu i przejść procedurę self-registration czyli wypełniamy formularz i wrzucamy 20 CAD do koperty. Żadnej kontroli. Znajdujemy przytulny kącik zaraz nad Shannon creek, w pobliżu miejsca gdzie zamienia się w mały wodospad i wpada do pobliskiej zatoki. Kolejne noclegi w pierwszym tygodniu pobytu w Squamish spędzamy w różnych miejscach, ale najczęściej na parkingu nad zatoką. Nasz kolega, Franek (Zakrzewski), który spędzał z nami tu kilka dni, określił klimat tego miejsca jako „industrialny”. Faktycznie takie wrażenie na pierwszy rzut oka może sprawiać. Industrialny charakter potęguje na dodatek przejeżdżający obok, zawsze o tej samej porze, dwa razy w nocy, pociąg towarowy. Odgłos nadjeżdżającego taboru kolejowego (skład najczęściej liczy trzy ciuchcie – z przodu, na środku i na końcu – wraz z setką wagonów transportowych, a jego długość potrafi zaskoczyć. Pociąg przejeżdżając przez zaludnione tereny ma obowiązek bardzo głośno informować o tym, że jest blisko) świetnie znamy z naszego noclegu w okolicy Brisco, który opisywałam w pierwszym wpisie na blogu, ale Franek spotkał się z TYM hałasem pierwszy raz i też miał podobne odczucia. Miejsce, pomijając te niedogodności, jest spokojne i rozciąga się tu piękny widok na Chiefa i zatokę.

4a. Widok_z_parkingu_na_zatokę

W ostatnim tygodniu pobytu udaje nam się zaznać więcej wygody i przenosimy się na łódź, którą udostępnił nam Nathan, kolega poznany dwa lata wcześniej w Patagonii, a obecnie mieszkający w Squamish (Nathan! Thank You!). Łódka jest mała, ale wygodna. Kabina mieści dwie sypialnie, jadalnię z aneksem kuchennym i wc. Z łódki mamy piękny widok na Chiefa i zatokę. Otrzymujemy też od Nat’a kartę dostępową do osiedlowego guesthouse w którym prócz, mini siłowni, biblioteczki i telewizora, znajduje się prysznic. 

5.Lucille. Nasz_nowy_dom

W Squamish spędzamy ponad dwa tygodnie. W pierwszym tygodniu pogoda nas nie rozpieszcza, ponieważ często pada deszcz. Poza tym jesień też się tu zaczęła. Z każdym dniem drzewa są coraz bardziej ubarwione, a poranki chłodne i wilgotne. Wspinamy się w oknach pogodowych na Chiefie lub w innych rejonach jednowyciągowych tradowych i sportowych. Wyceny potrafią zaskoczyć, ale to już chyba taki tutejszy klimat. Wspinanie jest po prostu genialne, szczególnie te jednowyciągowe. Zaraz po przyjeździe jako starter wybieramy 4-wyciągową drogę na Chief’ie, Bullethead East (5.10c) z listy top100 polecanych dróg w przewodniku. Dosyć sprawnie ją pokonujemy. Droga jest boska. Prowadzi litymi, pięknymi rysami z wyjątkiem ostatniego wyciągu biegnącego w kominku, który dostarcza mi sporo atrakcji w prowadzeniu, bo raczej nie jest to formacja w której się czuję komfortowo. Przedłużamy drogę o jeden wyciąg po slabie za 5.10d i szybko zjeżdżamy na dół. Kolejnego dnia wracamy. Początkowo chcemy iść na inny klasyk Liquid Gold (5.11a), ale droga jest zajęta. Przenosimy się zatem zaraz obok, na jednowyciągówki. Wybieramy drogę Rainy day dream away (5.10c) – thin cracka – i tu spędzamy kolejne godziny, próbując załapać jak sklinować stopy w cienkiej rysie. Ta w porównaniu z prowadzonymi dzień wcześniej wyciągami za 5.10c jest cholernie trudna (nigdy by nam nie przyszło do głowy, że będziemy męczyć drogę za 6a+) i w rezultacie patentujemy tylko miejsce gdzie rysa zwęża się tak, że nawet mi jest ciężko w niektórych miejscach wcisnąć fingersy. Droga jednak zachwyca i warta jest tych katuszy.

6. Rainy_day_dream_away

Po trzech dniach pobytu nadchodzi zapowiadane załamanie. Przenosimy się zatem do Vancouver. Miasto nie powala. Unikatowe jest jednak położenie miasta pomiędzy wodą a górami. I faktycznie widok na Pacyfik, a raczej zatokę portową z każdego w zasadzie miejsca jest bardzo przyjemny. Ale poza tym miasto architektonicznie jest przeciętne, choć bardzo zadbane. Przechadzamy się po nabrzeżu, odwiedzamy Park Stanley’a ...

7d. Vancouver

7d. Vancouver7d. Vancouver
oraz Muzeum Antropologiczne. Szczególnie kolekcja totemów jest imponująca.

8e.Muzeum Antropologiczne

8e.Muzeum Antropologiczne8e.Muzeum AntropologiczneCzas spędzamy z Frankiem (Zakrzewskim), który pracuje co prawda dla muzeum w Victorii, ale został tu oddelegowany na dwa tygodnie, żeby zebrać trochę materiałów do planowanej tam wystawy. Próbujemy dostać się wieczorem do polecanej knajpy w Chinatown (Phnom Penh), ale okazuje się to bardzo trudne. Na stolik trzeba czekać godzinę. Głodni decydujemy się na jedną z masowych jadalni. Dostajemy furę jedzenia które smakiem niewiele się różni od polskiej taniej chińszczyzny. Po dwóch dniach spędzonych w Vancouver pakujemy się znowu do naszej fury i wracamy do Squamish. Zabiera się z nami też Franek. 

Naszym tzn. moim i Marcina celem na kolejny dzień jest Whistler, raj rowerzystów – downhillowców. Jest to mała, ekskluzywna miejscowość leżąca ponad 50 kilometrów na północ od Squamish u podnóża dwóch gór: Whistler i Blackcomb. Kilometry przygotowanych tras rowerowych (latem) i narciarskich (zimą) ściągają do Whistler tysiące fanatyków tych sportów. O Whistler marzył też Marcin, a że kilka dni wcześniej przekroczył magiczną granicę wieku, zatem w ramach lekarstwa na kryzys wieku średniego jako prezent urodzinowy wypożyczył rower, zbroję, wykupił karnet na cały dzień.

9. Whistler

Nasz ograniczony budżet nie pozwalał na wypożyczenie sprzętu dla dwóch osób, zatem ja udałam się na całodzienną wycieczkę po okolicy poszukując atrakcji, których w końcu nie udało się znaleźć. Wieczór jednak wynagrodził te bezowocne błąkanie się po lesie, bowiem trafiliśmy na polską ekipę downhillowców z małżonkami (Basia, Renia, Maciek i Krzysztof – gorące pozdrowienia i podziękowania za pomoc i gościnę), na stałe mieszkający w okolicach Seattle. Wieczór spędziliśmy zatem w absolutnie cudownym towarzystwie. Otrzymaliśmy też zaproszenie do Redmont z którego ochoczo skorzystaliśmy (pisząc ten post wypoczywamy od trudów podróży w pięknej willi Basi i Krzysia znajdującej się nad jeziorem Sammamish). W Squamish zameldowaliśmy się przed 22. Pomyśleliśmy: „biedny Franek czeka na nas już tyle godzin”, podczas gdy Franek świetnie bawił się na baldach i zdążył poznać już połowę campowiczów spod Strawamusa. Następnego dnia w trójkowym zespole zaatakowaliśmy Chiefa. Po ponad półtoragodzinnym błądzeniu udało się znaleźć wejście w drogę Sunblessed (5.10b) z polecanej listy top100. Droga nie zawiodła. Pierwsze dwa wyciągi były naprawdę ładne, szczególnie rysa na drugim wyciągu. Ostatni, czwarty wyciąg, puścił dopiero wariantem i przy okazji dostarczył odrobinę wrażeń, szczególnie prowadzącemu Marcinowi, bowiem pierwszy spit pozbawiony był plakietki i ze skały wystawała tylko śruba… bez nakrętki. Do tego wcale nie było łatwo, trudności raczej odebraliśmy jako wyższe niż te przewodnikowe.

10b. Sunblessed

10b. SunblessedDosyć szybko zakończyliśmy działalność wielowyciągową i po zejściu na dół poszliśmy jeszcze na kilka przystawek na baldach. Tu Franek pokazał nam klasę, ze zwinnością Zakrzewskich pokonał sprawnie kilka problemów, które nam wyszły raczej pokracznie.

10c.Baldy

Prognozy znowu zapowiadały opad i ochłodzenie, zatem Franek zdecydował się na powrót do Vancouver, a my skierowaliśmy się około 25 kilometrów na północ od Squamish do rejonu zwanego Cheakamus Canyon. Sektor Chek umożliwia wspinanie sportowe również w dni deszczowe. Rejon oferuje ciekawe skradanie po granitowych obłych chwytach i stopieńkach, zazwyczaj działających w innym kierunku niż by się w danej chwili chciało, przez co wspinanie czasami dostarcza interesujących przeżyć. Noc spędzamy na parkingu pod skałkami. Biwakowanie tu jest dozwolone, choć nie ma wody. Nocleg należy jednak do tych przyjemniejszych, bo w nocy słychać tylko szum drzew. Rano budzi nas słońce wiec zaraz po wsunięciu naleśników przenosimy się w olbrzymi rejon tradowo-sportowy – The Smoke Bluffs – kolejne genialne miejsce. Po rozgrzewce na łatwiejszych drogach rzucamy się na offwidth’a Split Beaver (5.10b). Mocno poturbowani kończymy zmagania po kilku godzinach. Do sukcesu na niej, a przynajmniej dla mnie, jest daleka droga…Ale to offwidth a to zupełnie inna bajka.

Prognozy znowu zapowiadają załamanie pogody zatem mamy przymusowy rest i faktycznie przed południem zaczyna padać. Ruszamy zatem z naszego parkingu nad zatoką w kierunku centrum. Planujemy zadrobić zaległości internetowe. Najlepsze połączenie zapewnia Starbucks. Jednak na światłach dużego skrzyżowania nasz Rysio dostaje focha i już nie odpala (…wszystkie Ryśki to fajne…). Kupując auto spodziewaliśmy się, że konieczne będą jakieś naprawy, w końcu to leciwe auto, a zostało też mocno wyeksploatowane na szutrowej drodze w Bugs…ale nie spodziewaliśmy się, że nastąpi to tak nieoczekiwanie, na środku wielkiego skrzyżowania. No wiec stoimy tak w epicentrum tworzącego się już korka, rozpaczliwie próbując wezwać pomoc drogową. Jak to jednak bywa w Kanadzie z odsieczą przychodzi autochton, stojący zaraz za nami w tworzącym się korku. Wysiadł ze swojego wielkiego, starego vana, zaczął wypytywać o szczegóły, zajrzał pod maskę, coś próbował naprawić, w czymś pomóc, w końcu jednak stwierdził, że to musi być poważniejszy problem i zadzwonił po pomoc drogową oraz zasugerował kilka warsztatów w okolicy.

11.Podwózka Ryśka

Nasz budżet przewidywał naprawy, ta jednak okazała się faktycznie poważna i kosztowna, bo padła pompa paliwa. W rzęsistym deszczu spakowaliśmy zatem najbardziej potrzebne rzeczy do plecaków, w tym lekki namiot, sprzęt wspinaczkowy, zostawiliśmy naszego humorzastego Rysia na parkingu przed warsztatem samochodowym i udaliśmy się w kierunku campingu pod Strawamusem Chief’em. Auto miało być gotowe za dwa dni.

Na szczęście kolejne dni już miały być słoneczne i ciepłe, pozytywnie zatem nastawiały do otoczenia, pozwoliły też kontynuować działalność wspinaczkową. Wracamy zatem w mój ulubiony rejon The Smoke Bluffs i prowadzimy kilka przyjemnych klasyków. Kolejnego dnia mamy odebrać auto jednak czekamy na sygnał z warsztatu. Na weekend ma też przyjechać z wyspy Vancouver, a dokładnie z Campbell River nasza koleżanka – Lovely Jean’a ze swoim chłopakiem. Po południu odbieramy naszą furę i planujemy jeszcze szybkie przystaweczki na znanym już nam klasyku Rainy day dream away (5.10c). Zmagania jednak przerywają nasi goście – Jean’a i Eyal. Przy okazji dowiadujemy się od niej że Nathan (Thack), znajomy z naszej patagońskiej paczki z 2014 roku mieszka w Squamish. Odzywamy się zatem do niego i spędzamy wspólnie weekend, a że Nat jest właścicielem małej sportowej łódki, to nam udaje się też otrzymać zakwaterowanie na kolejny tydzień. W sobotę wybieramy się wszyscy na wspinanie w malowniczy rejon Murrin Park, który znajduje się nad małym jeziorkiem Browning. Robimy dwie drogi w jednym z sektorów i podczas przenosin do drugiego Jean’a i Eyal zostają zaatakowani przez rój os. Po opatrzeniu ran rezygnujemy ze wspinania, siadamy na ławeczce nad jeziorkiem, upajamy się widokami, towarzystwem i grą na gitarze oraz śpiewem naszej koleżanki. Wieczorem przy wspólnej kolacji snujemy też plany wspinaczkowe na kolejny dzień. Jean’a bardzo chciała z nami przewspinać jakąś wielowyciągówkę zatem wybieramy klasyk z top100 – Rock on (5.10c) i kolejnego dnia w 3-kowym zespole wspinamy się na pierwszy pik Strawamusa Chief’a, spędzając długie godziny w kolejkach w partii podszczytowej. Na piku wita nas radośnie Eyal z przygotowanymi kanapkami z masłem orzechowym i bananem (Kanadyjski rarytas – polecam, bo smakuje całkiem dobrze).

12c. Lovely_Jeana_2

12c. Lovely_Jeana_2

12. Rock_on

Dni szybko mijają.Pogoda utrzymuje się do piątku. Udaje nam się w tym czasie zrobić na Chiefie wspomniany już wcześniej Liquid Gold (5.11a, 1xAF – dowiedzieliśmy się potem od Steva Swensona i Roberta Rogoża z którymi mieliśmy przyjemność zjeść kolację, że jak się nie strawersuje w odpowiednim momencie do rysy po prawej stronie to robi się dużo trudniej niż przewodnikowe 11a) oraz jeden z dłuższych tutejszych klasyków 13-wyciągowy Angels Crest (5.10b), który w naszej opinii powinien nosić nazwę Forest Angels Crest z uwagi na liczne przedzieranie się przez las w poszukiwaniu kolejnej ścianki wspinaczkowej. Początkowy plan żeby na pik wyjść drogą High Plains Drifter – trzywyciągowym wariantem (5.10d, 5.11c, 5.6) okazał się zbyt ambitny i po próbie na pierwszym, przepięknym wyciągu w lekko przewieszonej rysie na ręce wróciliśmy na właściwą drogę. 

13a. Liquid_Gold

W międzyczasie realizujemy też zaproszenie od Nathana na rejs po zatoce i barbecue. Najpierw wspinamy się po raz kolejny na Rainy day dream away (5.10c). Droga w końcu mi puszcza. Kluczowe jest łapanie finger locka w odpowiednich miejscach, skuteczne zacieranie końcówek butów w cienkiej rysce oraz ograniczenie ilości przelotów tylko do tych, w konkretnych miejscach. Po wspinaniu kierujemy się do przystani. Nathan zabiera po drodze jeszcze znajomych i ruszamy w rejs po zatoce. Jest cudownie. Łapiemy co chwila wiatr w żagiel i robi się wesoło. Kiedy zaczyna się ściemniać znajdujemy umówione miejsce na środku zatoki i po chwili nadpływa inna łódka i doczepia się do naszej, potem kolejna i kolejna. W rezultacie pięć małych sportowych łódek tworzy przestrzeń do rozpoczęcia barbecue. Na dwóch łodziach kapitanowie wyjmują wielkie grille i wrzucają kiełbaski, kurczaki i inne łakocie na ruszt. Piwo leje się strumieniami, a my stoimy zaskoczeni całym zjawiskiem. Robi się szybko ciemno, ale wyłaniający się pełny księżyc zza Chief’a zaczyna oświetlać taflę wody. Około 22 impreza się kończy. Niektórzy muszą rano wstać do pracy.

15c. BBP_czyli_Bay_Barbecue_Party

15c. BBP_czyli_Bay_Barbecue_Party15c. BBP_czyli_Bay_Barbecue_PartyW piątek jedziemy jeszcze raz krótko do Murrin Park, a później The Smoke Bluffs na małą gimnastykę pomiędzy padającymi kroplami deszczu. Wieczorem pogoda się ustaliła, zaczął padać deszcz. Prognozy pokazywały załamanie pogody na kolejne kilka dni. To oznaczało tylko jedno, czas jechać dalej. Odwiedziliśmy jeszcze w Vancouver Franka i jego dziewczynę Julię, która niedawno przyleciała do Kanady. Zabukowaliśmy kolejkę do stolika w Phnom Penh, knajpce do której chcieliśmy się dostać już wcześniej i w oczekiwaniu na naszą kolej poszliśmy na półgodzinny spacer po Chinatown. Jedzenie faktycznie było bardzo dobre, choć przez brak znajomości chińskich czy kambodżańskich znaczków wybraliśmy raczej tradycyjne potrawy. Najedzeni do syta, pożegnaliśmy się z Julią i Frankiem i ruszyliśmy w kierunku...:  „Stany, Stany, fajowa jazda Zjednoczonych łopot flag Ameryka, gwiaździsty sztandar Czujesz klimat, na pewno tak”.

W Squamish dotarło do nas dodatkowe wsparcie od Portalu Górskiego i North Face'a a także dobre informacje, że w Yosemite doopatrzy nas w camy DMM. Dziękujemy!

Aga "Tyszka" Tyszkiewicz

Więcej znajdziecie na naszym FB: Tyszka&Wernix

avatar
0
23 wrzesień 2016, 20:48
Tyszka Wernix