Pierwszy dzień wędrówki

Drugi dzień wakacji, a pierwszy naszej Rodzinnej Wyprawy. Zanim jeszcze otwieramy oczy w hostelu w centrum Bielska-Białej, słyszymy cichutki, jednostajny szum, dochodzący zza okna. Lekka mżawka przesiąka przez mętnie spochmurniałe niebo.

Jeszcze nie wiemy, że taki widok będzie nam towarzyszył o poranku właściwie przez cały tydzień w Beskidach. Powolutku się zatem zbieramy, mając nadzieję, że deszcz ustanie, zanim wyjdziemy na szlak- okazuje się bowiem, że 2/3 dzieci nie zabrało swoich kurtek przeciwdeszczowych. Rzecz jasna, jest niedziela, nieznane miasto- czyli bez szans na uratowanie sytuacji. Trudno, może będzie ładna pogoda :)

Autobus linii 11 dowozi nas pod samiuteńki początek szlaku na Straconce- jeszcze tylko fotka na uroczyste rozpoczęcie wędrówki i, jeszcze nieco stremowani, ruszamy w trasę.IMG 7595

IMG 7597_crKażdy z nas niesie plecak z całym sprzętem na tydzień wędrowania (jedynie namioty lądują na plecach rodziców), nie jesteśmy więc pewni, czy nie przeholowaliśmy z ciężarem, tempem i dziennymi odległościami. Wiemy za to, ze pierwszy dzień będzie poważnym sprawdzianem naszej kondycji i możliwości.

Dzisiejsza trasa jest typowa dla Beskidów- wędrujemy kamienistymi drogami, niemal cały czas po zalesionych grzbietach. Byłoby naprawdę pięknie, gdyby nie to, że wraz z nami szlakiem postanowił pozachwycać się deszcz. Co pół godziny siąpi niemrawo, nie zalewając nas strugami wody, ale skutecznie uniemożliwiając zalegnięcie gdzieś na trawie. Wiaty żadnej na trasie nie stwierdzamy, więc cóż- trzeba być twardym i jakoś dotrzeć do schroniska PTTK na Hrobaczej Łące niemal bez przystanków.

Okrzykami radości witamy w końcu krzyż na szczycie i budynek schroniska nieco niżej. Zmęczenie już daje się we znaki, głód takoż, a i do toalety tęsknimy. Okazuje się jednak, że z tym ostatnim wcale nie tak łatwo- schronisko jest w remoncie, z kibelka korzystać nie wolno. No dobra, krzaków wokół dostatek. Kupujemy cegiełkę na odbudowę schroniska, mając nadzieję, że również dzięki nam inni wędrowcy będą goszczeni w przyjaźniejszych warunkach. Tymczasem po rundce gry w statki (planszówek tu sporo, może mają pomagać w zapomnieniu o przyziemniejszych potrzebach) siadamy nad mapą i robimy pierwsze podsumowanie dzisiejszej trasy. Mieścimy się w założonym czasie, obiad w postaci lurowatej nieco zupy i ciut lepszych pierogów podbudowuje morale, a przed nami zejście do zapory w Porąbce. Powinniśmy dać radę.IMG 7604

IMG 7607Zostawiamy schronisko i próbujemy podziwiać widoki z platformy na szczycie. Plan szybko się jednak zamienia w zabawę: kto głębiej wpadnie między obluzowane deski. Całe szczęście, kolejny atak deszczu kończy niezbyt mądre zabawy młodszej części ekipy.IMG 7611

 

Wiemy, że zejście będzie długie i mozolne- ale nie spodziewamy się, że mokre kamienie obsuwające się po gliniastej mazi, przetykane gdzieniegdzie równie mokrymi korzeniami przemienią je w niekończąca się strefę łapania równowagi. Mięśnie nóg powoli odmawiają posłuszeństwa, a każdy modli się, żeby już iść pod górę. W końcu wyłania się wytęskniony asfalt i zapora.

IMG 7613_cr

IMG 7615

Zalegamy na poboczu i czekamy na cud. Dowolny właściwie, ale najchętniej takie: wychodzi słońce i robi się przyjemnie, ciepło i sucho, lub też: pomyliliśmy się w obliczeniach i wcale nie musimy już dziś dalej wędrować, albo ewentualnie: za rogiem stoi knajpka z gorąca czekoladą i pysznym obiadem. Hmmm... żaden z cudów nie następuje i, choć jest już późne popołudnie, musimy dowlec się na górę Żar. Niestety, znajduje się w zasięgu wzroku- okropnie demotywujacy widok kilkusetmetrowego mozolnego podejścia. Tylko po to, dodajmy, by ze szczytu starabanić się z powrotem do poziomu Jeziora Międzybrodzkiego. Takiej porcji pracy nad swoim charakterem dawno nie mieliśmy. Każdy krok to walka o przetrwanie. Nie ma słońca, więc robi się mocno szaro, a nam wydaje się, że nigdy nie dojdziemy. W dodatku nie mamy pojęcia, czy kolejka na dół będzie jeszcze działać o tej porze. Jeśli nie, to prawdopodobnie padniemy trupem już po pierwszym dniu wędrówki. Na to, że ktokolwiek z nas będzie w stanie zejść półtora kilometra w dół, zdecydowanie szans nie ma.

Ktoś tam jednak u góry nad nami czuwa, bo okazuje się, że kolejka działa do 20ej (czyli mamy jeszcze całe pół godziny). Załapujemy się na przedostatni kurs, a pan w kasie troskliwie nam się przyglądając, sprzedaje wszystkim bilety ulgowe (prawdopodobnie stwierdza, że to wykluczone, abyśmy byli normalni).IMG 7623

IMG 7627

Ledwo żywi, docieramy do pola namiotowego na jeziorem. Pewnie gdyby to było prawdziwe, a nie nasze wakacyjne lato, moglibyśmy się wykąpać. Tymczasem w ultraszybkim tempie rozkładamy oba namioty, by po chwili usłyszeć pierwsze krople deszczu bębniące o dach....

avatar
0
03 lipiec 2018, 14:59
Aldona Trzebiatowska