Po ponad dwóch latach, w ostatni weekend czerwca, wycieczką na Rysy, zakończył się projekt Razem Na Szczyty.
Nie mam zdjęć i żadnych wspomnień stricte z tego wyjazdu (z przyczyn niezależnych ode mnie tym razem nie pojechałem), ale jako osoba zaangażowana w ten projekt od samego początku, czuje się uprawniony do napisania paru słów.

Co mi to dało i co się zadziało przez ten czas?

Chyba przede wszystkim to to, że poznałem fantastycznych ludzi. I pomijam już w tym momencie oczywiście miłą atmosferę, ciekawe rozmowy, salwy śmiechu, zabawne historie itd. Chodzi głównie o to, że my, jako ekipa RNSz (pełnosprawni, niepełnosprawni) to grupa ludzi, którym się "coś chce". To pare pozytywnie zakręconych osób, które miało jakiś pomysł i cel i go po prostu zrealizowało (nawet jeśli  to wydawało się komuś niemożliwe i bez sensu).

To symboliczne "chcenie" i "góry" to trochę jak pokonywanie tych życiowych gór i realizacja jakiś tam marzeń. I wydaje mi się (ja tak mam) że nie zawsze liczą się obiektywne osiągnięcia, sportowe wyczyny i wyśróbowywanie wyników. Dla mnie osobiście cała magia i gracja czegokolwiek (tak, takie rzeczy mają dla mnie bardzo wysoką rangę) drzemie w sposobie osiągania celu­ w drodze do niego. I kiedy na kolejnych wyjazdach obserwalem siebie, innych, wzajemne relacje, całokształt sytuacji, wielokrotnie miałem też wrażenie takiej "wolności w wolności".

O co chodzi?

Chociażby o to, że na takich wyjazdach nigdy, o nic i z nikim nie trzeba było walczyć. Można było się poddać, być słabym, niedoskonałym, nagle odpuścić itd. Ale PARADOKSALNIE, właśnie ta świadomość i swoboda nadawała NADLUDZKĄ WRĘCZ SIŁĘ. Siłę żeby ktoś, kto obiektywnie jest skazany na "cztery ściany i oglądanie telewizji" (ja się niby tu zaliczam) nagle zdobywał najwyższe góry Polski, jeździł po całym kraju, coś osiągał itd.

Przez ten czas wiele się też zmieniło u mnie osobiście. Rozwijam się na płaszczyźnie zawodowej, wyjeżdżam w góry (i to nie tylko dzięki RNSz). Zaistniały też pewne zmiany w moim życiu prywatnym. Ale właśnie takie rzeczy jak projekt RNSz, czy wcześniej Beskid Surviwal Expedition 2011, moje trenowanie karate, potem wspinanie i działalność górska wcześniej, nadają takiej ogólnej wiary w siebie, spokoju i takiego trochę fajnego :) "pazura", że "a spróbuje, najwyżej się nię uda".

Jeszcze na koniec chciałbym przytoczyć tu taką mądrą przypowieść, która towarzyszy mi gdzieś tam od lat:

Boże!
Daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym,
czego zmienić nie jestem w stanie.

Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę.
I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego.
Autor: Reinhold Niebuhr

 Bartosz Michalak

02-07-2014
2148