Seniorzy w Hiszpanii

Początek

– 20,5 kg? – uśmiecha się Pani na wrocławskim lotnisku,
– To chyba nam Pani podaruje te pół kilograma? – pytamy nieśmiało,
– No dobra… następny….

Siedzimy w samolocie i słuchamy niekończących się promocji. Perfumy minus 15%, zabawki taniej o 20%, loteria, pięć losów w cenie czterech, do wygrania 1000 euro albo bilety do Amsterdamu…
Patrzyłem z zazdrością na Darka, który w dziesięć minut po starcie zasnął. Ja nie mogłem spać. Liczyłem w myślach euro i szacowałem wielkość dziury w swoim, lewym bucie wspinaczkowym.

– Whisky, beer, or wine? – pytał steward przechadzając się między siedzeniami. Coś mu jednak w moim wyglądzie nie zagrało, bowiem przeleciał mnie tylko lewym okiem, a prawe, z gracją sokoła, wypatrzyło zasobnie wyglądających Niemców.

Na lotnisku wynajęliśmy auto, to znaczy chłopcy wynajęli, bowiem mnie, pewnie z racji całkowitej niewiedzy motoryzacyjnej, nikt o zdanie nie zapytał;) Jedno zdjęcie auta, drugie, w końcu podpis i … jeeedziemy!

Zamieszkaliśmy, na ten czarodziejski tydzień, u Betty i Rowlanda Edward’s, w pobliżu miasteczka Finestrat. Dwa malutkie pomarańczowe domki na wzgórzu, otoczone krzewami rozmarynu i tymianku. Ona, wiecznie uśmiechnięta starsza Pani, On szanowany mąż i jeszcze bardziej szanowany autor niezliczonej ilości dróg wspinaczkowych.

Wyszliśmy z Piotrem na malutki ganek, i zapalając pierwszego „sportowego” papieroska, oglądaliśmy migoczące światełka pobliskiego miasteczka.
Przyjechałem tutaj cudem, szczęśliwym zbiegiem okoliczności, przekładając terminy,
i ciągle licząc pieniądze. A jednak jestem! W Hiszpanii! Pierwszy raz w życiu!

31.03.2016

Jedziemy się wspinać! Wybieramy okolice Guadalest. Darek prowadzi auto, Dawid nawiguje, a my z Piotrem, jako noworysze wspinanie westowego, z wytrzeszczem oczu i przyklejonym nosem do szyby oglądamy wszystko jak leci, z góry na dół.

Wybieramy drogę na rozgrzewkę…

– Dobra, niech będzie ta… to jakaś „piątka” chyba – mówi rzeczowo mój partner – idę!
– Idź – rzeczę dostojnie.

Słoneczko świeci, ptaki śpiewają, pachnie wszędobylskim rozmarynem, pomarańczami i szczęściem.

– Daj blok! – Darek wyrywa mnie z zadumy – cholera…jakaś bardzo mocna ta „piątka”…
– Masz blok! – rzekłem spokojnie i po chwili taka myśl mnie naszła – Słuchaj, idziesz na jednej żyle, a cholera wie ile ta droga ma metrów, może być więcej niż 30 metrów i wtedy będzie sztynk… ( nasz nowiuteńki przewodnik, pachnący jeszcze farbą drukarską, wygrzewał się na fotelu samochodu zaparkowanego kilkaset metrów dalej)

– Dobra, daj dół – Darek zjechał – Idziesz?
– Idę – z podniecenia przegryzłem wargi.

No to rozgrzewam się spokojnie. Jeden przelot, drugi – „jakoś przewiesza się ta piątka” – myślę. Trzeci przelot, coraz bardziej pierze mnie nie ta droga – „O rany boskie, nie powspinam się w tej Hiszpanii chyba jak tu takie harde wyceny” – następny przelot, jeszcze jeden…

– Darek, daj blok! – sapię – Słuchaj, ja właściwie tak się rozgrzałem, że starczy mi to do końca naszego pobytu tutaj.

Zmieniamy się znowu. Darek poszedł. Dobiegają mnie Jego pomruki dotyczące charakterystyki tej drogi, mocy w rękach, siły w nogach. Po chwili straciłem go z oczu. A rozmaryn pachnie coraz mocniej, słoneczko bardziej świeci, ptaki głośniej śpiewają.

Dobra, dół!- krzyczy – No powiem Ci,że strasznie się zmęczyłem i zbułowałem tą drogą (celowo używam w tym miejscu pewnego rodzaju eufemizmów literackich, bowiem zdarza się, że mojego bloga czyta starsza córka)

Pożyczyliśmy na chwilę przewodnik, od wspinającej się nieopodal brytyjskiej rodzinki. (przecież nie będziemy chodzić do auta gdzie w coraz większym słońcu wygrzewa się nasz nowiuteńki, pachnący jeszcze farbą drukarską, przewodnik)

To 6b+ było – stwierdza obojętnie Darek, a mi natychmiast wraca entuzjazm i wiara w swoje umiejętności wspinaczkowe na drogach 6a+.

Piotr z Dawidem wspinali się dalej, więc my na kolejna drogę (tym razem uważnie studiując przewodnik pożyczony od brytyjskiej rodzinki) wybraliśmy „Brass Tacks” na Penya Maura. Cztery wyciągi o wycenie 6a+(5c, E3).

Piękne wspinanie na własnej asekuracji. Po drugim wyciągu znaleźliśmy się w grocie. I to jakiej grocie. Długa na 20 metrów i szeroka na 8. Wymarzone miejsce na biwak. Darek prowadzi, w grocie huczy wiatr a zza pobliskiego filarka wyłania się głowa Piotra! Pokrzyczeliśmy trochę do siebie: „ ale fajnie co?”, „o tak, bardzo fajnie”, „strasznie fajne”.( ech… córeczko moja kochana:) Piotr zjechał, Darek doszedł, postanowiłem dojść i ja! Na trzecim stanowisku wisi mój zacny partner i przesuwając się lekko (bo to niezwykłej klasy dżentelmen jest) robi mi miejsce tak abym mógł się wpiąć do stanu. Wisimy na taśmie przeciągniętej przez ucho skalne i repie.

– No wygodne to to nie jest – stwierdzam autorytatywnie.

Wyjście z tego też takie jakieś… Kilka metrów trawersem do filarka a potem jakoś po cichutku i pomalutku do góry.

– To może tasiemkę, potem friendzika – głośno sobie myślę.

Słoneczko dalej świeci a im wyżej tym piękniej. Widzimy stary zamek Maurów, zbudowany na zboczach skały, jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w tym rejonie. Wspinamy się dalej i po kilku a może nawet kilkunastu chwilach, wychodzimy na pik Penya Maure. Najadamy się tam, tymi widokami jak chlebem. Z jednej strony skały i droga ukryta między nimi jak jakaś niekończąca się gąsienica, a z drugiej woda turkusowa i tama studwudziesto metrowa. Zjazdami lądujemy u podnóża skały gdzie witają nas z radością chłopaki…

– Nareszcie!

Wracamy do naszego tymczasowego, pomarańczowego domku na zboczu, robiąc po drodze ogromne zakupy jedzenia z niewielką ilością dobrego alkoholu, który miał nam służyć wyłącznie do oprawy posiłków i nadania im jeszcze bardziej wykwintnego charakteru.

Król w kuchni był tylko jeden a imię Jego to Dawid. Z jaką to wirtuozerią, robił sosy, makarony,mięsa… a jak to wszystko przyprawiał! Na stole pojawiły się przekąski w postaci oliwek, serów, wędlin pomarańczy… pisząc to czuję jak ściska mi się gardło… My pokorrnie kroiliśmy cebulę (to znaczy Piotr kroił), otwieraliśmy wino ( to znaczy Darek otwierał) i czekaliśmy na posiłek (w sumie to ja najczęściej czekałem)

A po kolacji, na tymczasowo naszym, małym ganku, paląc z Piotrem sportowego papierosa, patrzyliśmy z zachwytem na ośmiuset metrową ścianę Puig Campana…

c.d.n.

p.s W Hiszpanii udział wzięli:

Darek Machniak, Dawid Wasilewski, Piotr Wolanin, Daniel Grupa

Darek Machniak

 Darek Machniak zaczyna trzeci wyciąg drogi„Brass Tacks” na Penya Maura. Cztery wyciągi o wycenie 6a+(5c, E3)

danielgrupa

Wiszące stanowisko na czwartym wyciągu

daniel grupa

Jedziemy!

danielgrupa piotr_wolanian

Przed naszym tyczmasowym domkiem - z widokiem na Puig Campana

 

avatar
0
21 kwiecień 2016, 06:31
Daniel Grupa