Śmierć w 3D

Rok 1996. U podnóży najwyższej z gór mienią się kolorami dziesiątki namiotów, tętni życie. Organizatorzy komercyjnych wypraw wprawdzie przebąkują coś z rzadka o jakiejś strefie śmierci, obrzęku mózgu czy płuc, o odmrożeniach i ryzyku. Brzmi to jednak raczej jak jeden z wielu zabiegów mających na celu dowartościowywanie klientów, łechtanie ich wybujałych ego, poprzez podkreślanie ich odwagi, niż jak realna przestroga.

Bo i czego się bać...? Od kilku lat tego typu wyprawy zdają egzamin, zadowoleni klienci powracają do domu jako pogromcy najwyższego szczytu świata. Wiadomo, warunki są surowe, a zagrożenie zawsze czyha gdzieś obok. Ale przecież wszystko jest pod kontrolą. Niepokoi trochę tłok w bazie, fakt ustalenia ataku szczytowego na ten sam dzień przez kilka ekip. No ale: oj tam, oj tam, jakoś to będzie, alleluja i do przodu. Aż dziw bierze że nie było tam żadnych Polaków ;).

Oczywiście to się musiało skończyć źle. Strefa śmierci nie nosiłaby swej niechlubnej nazwy, gdyby ktoś w niej od czasu do czasu nie umarł. Co zdarzyć się może każdemu, kto się tam zapuszcza. Bez względu na to, ile za tę wycieczkę zapłacił.  

Następuje zatem spektakularna klęska. Spektakularna na tyle, że w 20 lat później powstaje o niej kasowy film.

Historia wydarzeń z 1996 roku niesie z sobą olbrzymi ładunek psychologiczny. Coś przecież kieruje tymi ludźmi. Jednych nakłania do tego, aby wciągać klientów na dach świata, drugich do tego, aby za grube pieniądze dać się tam zaprowadzić. A umówmy się - to nie jest przyjemny spacer. Coś powoduje, że młody mężczyzna zostawia w domu oczekującą na ich wspólne dziecko żonę i z ufnością wchodzi do paszczy lwa. Jakaś zbiorowa halucynacja chyba nakazuje zlekceważyć niepokojące przesłanki i tłumnie wyruszyć na podbój szczytu, choć zastój wydaje się być przesądzony, a wraz z nim potencjalne bardzo, ale to bardzo kiepskie konsekwencje. Które ostatecznie następują.

Ale kto czekał na wnikliwą analizę ludzkich zachowań w górach na srebrnym ekranie, ten czekał nie na ten film. Bo niby w nim to wszystko jest, ale potraktowane pobieżnie i płytko. Zdecydowałam się go obejrzeć, znając prawdziwe wydarzenia tylko z krótkich notatek. Nie miałam dotychczas przyjemności zagłębić się bliżej w tę historię, a wybierając się do kina, nie nadrabiałam tych zaległości z premedytacją, aby przynajmniej częściowo nie wiedzieć, co się zdarzy. Nie wsadzać bohaterów od pierwszych scen do szuflad: ten przeżyje a ten nie.

W efekcie nie byłam w stanie wsadzić ich do jakichkolwiek szuflad. Przed oczami bowiem przewinęła mi się plejada facetów, głównie z brodą i nie wyróżniających się niczym szczególnym. Przez pierwszą część filmu miałam niby szansę ich zidentyfikować, rozróżnić i jako tako zapamiętać, jednak część ta trwała krótko i nim zdążyłam ogarnąć wzrokowym wymiarem mej pamięci, która twarz to twarz przewodnika, który to reporter, a w ogóle to kto jest z której ekipy - nastąpiła część druga. W której to oni wszyscy poubierali się w kombinezony i gogle i i tak niełatwa identyfikacja, pogmatwała się jeszcze trochę.

Apropos części drugiej - dzieje się. Przede wszystkim się dzieje i przede wszystkim są emocje. Najpierw siła woli i radość z wejścia na szczyt. Potem, gdy potężna burza odcina drogę w dół, cóż... chyba wiadomo. Ogląda się to oczywiście z napięciem, choć chyba większe wrażenie robi ta sekwencja scen horrendalnej i morderczej nawałnicy na kimś, kto nigdy o czymś podobnym nie czytał. W mej wyobraźni, nasyconej już nieco literaturą górską, burza śnieżna w strefie śmierci wyglądała chyba jeszcze trochę straszniej niż na ekranie.

Na końcu znów mamy scenę na lotnisku jak klamerkę spinającą cały film. Film poprawny, film interesujący, film wciągający, ale moim zdaniem zdecydowanie nie film wybitny. Nie wiem, do czego konkretnie się przyczepić, ale czegoś było mi mało. Mało uwagi poświęconej bohaterom, mało rozmów, mało scen przedstawiających ich jako ludzi w ogóle, a nie jedynie jako uczestników wyprawy. Chciałabym ich poznać, zobaczyć ich w pracy, podczas treningu, w domowych kapciach w czasie rodzinnej kłótni, cokolwiek. Przecież poza fiksatami na punkcie Everestu byli kimś jeszcze. Chyba. Z filmu to niestety wynika tylko bardzo szczątkowo. 

Generalnie jednak nie narzekam. Gdy już wyjadłam okruchy z pierwszej paczki czipsów pożartych w czasie reklam, popłynęłam z historią i nie zerkałam na zegarek, choć seans był późny, a do roboty wstać musiałam naprawdę bardzo rano. Mogę powiedzieć: dobrze się bawiłam. No tylko że właśnie... coś mi tu zgrzyta. Nie powinnam się dobrze bawić na filmie prezentującym wprawdzie odegraną, ale jednak realną śmierć prawdziwych ludzi. Powinnam dostać ciężkie, przesycone analizą ludzkich zachowań i dramaturgią kino, po którym byłabym zdruzgotana. Dostałam rozrywkę.

Dodatkowo, już nazajutrz sięgnęłam do artykułów i wywiadów na temat prawdziwych wydarzeń sprzed dwudziestu lat i w kilka minut wyłapałam parę nieścisłości w scenariuszu. Plusem jest natomiast to, że dopisałam sobie do listy kolejną książkę, którą chcę przeczytać. No i jakby nie patrzeć - dobrze się bawiłam, jakkolwiek to brzmi.

avatar
0
29 wrzesień 2015, 19:58
Małgorzata Nowakowska