W drodze do Doliny

Stany, Stany, Fajowa jazda...

Zbliżamy się do granicy amerykańskiej. Zdenerwowanie narasta z każdą milą bo nie wiemy jak zostaniemy potraktowani na granicy amerykańskiej. W końcu przecież możemy zostać wzięci za jakąś podejrzaną parę Polaków, która chce się dostać do Ameryki swoim brudnym kanadyjskim wozem wypchanym po dach całym dobytkiem bez biletu powrotnego i w dodatku z jakąś mętną historyjką o długim tripie wspinaczkowym. No i jeszcze ta broda Marcina, która świetnie koresponduje z wlepką pakistańską w paszporcie… To nam na pewno nie pomoże w przedarciu się przez granicę. Po pierwszej próbie nakreślenia scenariusza naszej podróży amerykańskiemu strażnikowi zostajemy skierowani do dalszych wyjaśnień. Wystraszeni wchodzimy do biura granicznego i zajmujemy miejsce w kolejce. Atmosfera w środku jest „gęsta” i panuje ogólny bałagan. Z każdej ściany straszą napisy informujące o konieczności zadeklarowania tego, co chce się przeszmuglować przez granicę, szczególnie: warzywa, owoce, rośliny. W przeciwnym razie, jak określa napis, będzie bolało. Pani Strażniczka jest bardzo skrupulatna w zadawaniu pytań. Usilnie próbuje zrozumieć logikę kolejnych etapów podróży zarazem pilnie przyglądając się naszym reakcjom. W końcu wkleja karteczkę ale paszporty mamy otrzymać dopiero po sprawdzeniu zawartości auta. Podczas rozmowy zadeklarowaliśmy kilogram cebuli, czosnek i cztery kanadyjskie piwa–sikacze oraz skrzynkę jedzenia bez wyszczególniania co się konkretnie w niej znajduje, ale w mojej opinii najwięcej podejrzeń może wzbudzać woreczek foliowy z miałką solą. O tym jednak pomyślałam w chwili jak strażnicy dobierali się do obdukcji naszego auta. Przez szybę obserwowaliśmy jak dwóch strażników zakłada lateksowe rękawiczki i zaczyna szperać w aucie. Po chwili wyciągają woreczek foliowy z jasną zawartością i kierują się z tym do biura obok. Emocje sięgają zenitu. Ta cholerna sól... W końcu Pani Strażniczka prosi nas do siebie, podaje paszporty jednocześnie przypominając, że mamy pół roku na realizację celów w US, przeprasza też za konfiskatę woreczka foliowego z... kaszą jaglaną.

Kontynuujemy zatem naszego tripa po stronie Zjednoczonych Stanów. W pierwszej kolejności kierujemy się do Bellingham gdzie mieszka Robert (Rogoż). Kiedy dojeżdżamy do miasteczka jest już ciemno. Po wejściu do mieszkania na dobry wieczór witają nas podejrzliwym spojrzeniem dwa kocury. Jeden z nich szybko się zaprzyjaźnia. Rano Robert przekazuje nam paczkę informacji na temat miejsc wspinaczkowych, które warto odwiedzić w drodze w Yosemite oraz innych patentów i po południu ruszamy w dalszą drogę (Aga, Robert dziękujemy bardzo za gościnę i wskazówki!). Kolejnym punktem podróży są okolice Seattle, a dokładnie Redmond i Kirkland. Tu mieszkają poznani przez nas w Whistler - Basia i Krzysiek (którzy zaprosili nas w gościnę do swojego pięknego domu nad jeziorem Sammamish) oraz Renata i Maciek. Maciek jeszcze podczas krótkiego pobytu w Whistler zaproponował nam przegląd auta z czego bardzo chętnie skorzystaliśmy. Od tej pory stał się też naszym stałym konsultantem samochodowym w dalszej podróży, a że nasze auto - Rychu - często miewa humory to taki assistance w podróży okazał się dla nas bardzo pomocny. Niestety Rychu to kanadyjskie auto którego w US sprzedać nie możemy, na drugie auto nas nie stać, zatem skazani już jesteśmy na jego humorzasty charakter przez kolejne kilka miesięcy podróży. Czas spędzony wspólnie z Basią i Krzyśkiem oraz Renatą i Maćkiem w okolicach Seattle jest niezapomniany. Ekipa troskliwie się nami opiekuje. Szczególnie Basia i Mordka (suka doga peruwiańskiego, należąca do Basi i Krzyśka) organizują nam pobyt. Objeżdżamy wspólnie całe Seattle, główne atrakcje i okoliczne winnice. Nie miałam niestety przyjemności swobodnie napić się prawdziwego wina z uwagi na brak dokumentu poświadczającego pełnoletność. Pani Baristka długo mnie przepraszała i tłumaczyła, że bez ID nie może mi sprzedać testera. Pokątnie zatem popijałam trunek z kieliszka Basi lub Marcina. Podczas pobytu w Seattle mieliśmy też przyjemność zwiedzić fabrykę Boeinga. Hangary wypełnione częściami samolotu, lub całymi maszynami robiły piorunujące wrażenie. Poranki spędzamy na nabrzeżu jeziora Sammamish kąpiąc się w lodowatym jeziorze i wygrzewając w jesiennym słońcu. Jeden dzień poświęcamy też na wspinaczkę w rejonie znajdującym się około godzinę drogi od Seattle – Town of Index. (Basia, Krzysiek, Renata, Maciek – bardzo dziękujemy Wam za wszystko. Jesteście wspaniali!

6a. Fabryka_Boeinga6a. Fabryka_Boeinga6a. Fabryka_Boeinga6a. Fabryka_Boeinga6a. Fabryka_Boeinga6a. Fabryka_Boeinga

Town of Index
Index zarekomendował nam Robert. Faktycznie miejsce jest genialne i warte odwiedzenia. Skały znajdują się około godzinę drogi od Seattle. Wspinanie przypomina to ze Squamish, ale okolica jest bardziej opustoszała, a wycena mocniejsza. Rejon też jest mniejszy niż ten w Squampton. Umawiamy się na wspinanie z naszymi znajomymi mieszkającymi w Seattle, których poznaliśmy dwa lata wcześniej w Patagonii – Priti i Jeffem, ale jak się później okazuje Jeff w tym czasie musi pracować i postanawia dojechać do nas po pracy (Jeff jest programistą pracującym dla Boeinga i w tym czasie przeprowadzał test jednej z maszyn. Śmialiśmy się później, że w wyniku błędu programistycznego jedna z maszyn nie wystartowała). W trójkowym zespole z Priti wybraliśmy się zatem na tutejszy mega klasyk, drogę Davis Holland, z wyjściem drogą Lovin Arms. Kombinacja składa się z 6 wyciągów o trudnościach do 5.10c, ale w porównaniu z wyceną ze Squampton, w naszym odczuciu, cyfra jest odrobinę trudniejsza. Całość pada OS. Droga faktycznie zasługuje na swoje gwiazdki, szczególnie drugi wyciąg Davis Holland za 5.10a w przepięknej rysie najpierw na palce, później na rękę, a w końcówce rozszerzającej się w krótki i łatwy offwidt. Fajny okazał się też ostatni wyciąg drogi Lovin Arms za 5.9 – face climbing po krawądkach z honorną asekuracją (jeden bolt na całym wyciągu), dla nas dosyć łatwy, ale wymagający dla Priti, która raczej nie przywykła do takiego rodzaju wspinania. Testy samolotu się przeciągnęły zatem po konsultacjach zaraz po wspinaniu pojechaliśmy do Seattle gdzie czekał na nas Jeff. Spotkanie po latach było bardzo sympatycznym zakończeniem tego dnia. W Redmond zameldowaliśmy się przed 23. Basia oczywiście jeszcze przygotowała dla nas wspaniałą kolację, a my skrupulatnie zdaliśmy relację z mijającego już dnia.

7e. Index_drugi_wyciag_drogi_Lovin_Arms

7e. Index_drugi_wyciag_drogi_Lovin_Arms7e. Index_drugi_wyciag_drogi_Lovin_Arms7e. Index_drugi_wyciag_drogi_Lovin_Arms7g. Index_cały_team

Trout Creek
W końcu nadszedł koniec pobytu w okolicach Seattle i trzeba było ruszyć w dalszą podróż. Ciężko było się rozstać z wygodnym łóżkiem, dachem nad głową i nowymi przyjaciółmi. Basia wyposażyła nas też w prowiant na drogę i tu szczególnie polecam pastę serową nazwaną przez nas ala Basia, która stała się sztandarowym naszym daniem pasującym do wszystkiego (przepis: dwa rodzaje sera drobno posiekać, zmieszać z pokrojonym drobno czosnkiem, dodać suszone chili lub ostrą paprykę i zalać oliwą. Odczekać aż się przegryzie. Można zajadać ze świeżym (lub starym) pieczywem, do makaronu lub jako dodatek do czegokolwiek tylko zechcecie. Palce lizać!). Powracając jednak do wspinania, naszym kolejnym celem był rejon Trout Creek w Oregonie, który polecił nam Nathan (kolega ze Squamish). Rejon na zdjęciach robił piorunujące wrażenie, w realu było jeszcze lepiej. Trout Creek to jedno z fajniejszych miejsc, w mojej opinii, które mieliśmy okazję odwiedzić i bardzo żałuję, że spędziliśmy tam tylko dwa dni. To mały rejon wspinaczkowy, ale okolica i samo wspinanie po prostu powala na kolana. Pustynny krajobraz przecina płynąca wzdłuż rzeka sprawiając, że krajobraz robi się bardzo malowniczy. Uroku dodaje jeszcze górujący z daleka pik: Mt Jefferson. W nocy natomiast niebo rozświetla niezliczona ilość gwiazd. Te widoki pozostaną w mojej głowie już na zawsze i z tym Trout Creek będzie mi się kojarzyć. A wspinanie? Wspinanie jest honorne, ale rewelacyjne i pełne wyzwań. Wycena w zasadzie zaczyna się od trudności 5.10. Dróg z niższą cyfrą jest tylko kilka i raczej mało polecanych. Jeden z lokalsów zasugerował nam rozgrzewkę na tutejszym superklasyku: Gold Rush (5.10-). Dla tych z większymi rękoma droga (CAM’y nr 2-3) jest mocno rozgrzewkowa, ja spędziłam tam godzinną batalię okupioną krwią, klinując ręce po same pachy. Drogę zrobiliśmy w najczystszym stylu choć mi pamiątka po niej została na rękach do dziś. Dla tych podróżujących po Oregonie rejon MUSI się znaleźć na bucket liście. W Trout Creek zrobiliśmy zaledwie kilka dróg, jednak te, które udało się przewalczyć były genialne. Wspinanie na głównej ścianie możliwe jest do około 14:00, później zaczyna świecić tam palące, pustynne słońce i działalność staje nie niemożliwa. Z każdą sekundą żar płynący z nieba wysysa resztki sił witalnych, które powracają dopiero po kąpieli w lodowatej rzece i kilku łykach schodzonego w wodzie Ipa Sierra Nevada (przyp: nasze ostatnie odkrycie to Ipa Laguna. Mniam!). Sielankę pobytu standardowo zakłócił kolejny problem z autem. Z deski rozdzielczej tym razem straszyła ikonka akumulatora i komunikat „Alternator workshop!”. Po wymianie informacji z naszym konsultantem Maćkiem okazało się, że prawdopodobnie padł alternator i Rysiek za daleko już nie pojedzie. Możemy mieć nawet problem żeby dostać się do najbliższego miasta. Drugiego dnia pobytu, zaraz po wspinaniu i kąpieli w rzece ruszyliśmy zatem do najbliższego miasta – Madras – położonego 14 mil od Trout Creek. Wyłączyliśmy w aucie wszystko co tylko mogło pobierać energię akumulatora, w tym klimatyzację (przypomnę że nasze okna nie działają - zepsuty comfort module). Temperatura w aucie rosła szybko i już po chwili nie czułam, że dopiero co wyszłam z lodowatej rzeki. Do Madras dojechaliśmy zlani potem. Auto w tym przypadku nas nie zawiodło. Amerykanie są bardzo pomocni i szybko udało nam się potwierdzić diagnozę w pierwszym napotkanym serwisie – niesprawny alternator. Mechanicy jednak skierowali nas do serwisu Forda, który naprawia też takie wynalazki jak Rysiek. Tam spotkaliśmy się z absolutnie profesjonalnym podejściem. Ekipa z Forda sprawnie ustaliła jaki model alternatora należy wymienić (na szczęście okazało się że w aucie zamontowany jest ten najtańszy z możliwych modeli), a następnie oszacowali koszt i czas naprawy (300 dolarów za alternator, 300 dolarów za wymianę, która miała trwać 3 godziny). Auto mieliśmy odebrać następnego dnia około 13:00. Dodatkowo panowie z serwisu pomogli nam znaleźć najbliższy, tani kemping oraz zawieźli nas tam z bagażem. Tutaj, oprócz nas na polu namiotowym była rozbita (chyba już na stałe) para bezdomnych - ciągle upojona procentami starsza kobieta oraz zabawny, bardzo rozmowny i ciągle ujarany marihuaną gość (przypomnę, że w Oregonie jest pełny dostęp do marihuany, na każdym rogu można swobodnie wejść do odpowiedniego sklepu i kupić potrzebną ilość relaksującą lub pobudzającą w zależności do nastroju), który przy okazji opowiedział nam historię swojego życia, stosunek do kandydatów na stołek prezydenta w zbliżających się wyborach oraz dlaczego to Trump powinien je wygrać. Następnego dnia wróciliśmy do warsztatu. Niestety po wymianie alternatora auto nie odpalało. Czekaliśmy w niepewności do około 18. Zaraz przed zamknięciem warsztatu przyszedł kierownik i uspokoił nas, że auto już działa a przyczyną problemu był tylko niestykający kabel. Odetchnęliśmy z ulgą. Zapłaciliśmy ustaloną kwotę, ni mniej ni więcej, mimo że naprawa trwała dwa razy dłużej i skierowaliśmy się do kolejnego rejonu wspinaczkowego – Smith Rock – oddalonego od Madras o około 50 kilometrów.

9f. Trout_Creek_Gold_Rush

9f. Trout_Creek_Gold_Rush9f. Trout_Creek_Gold_Rush9f. Trout_Creek_Gold_Rush9f. Trout_Creek_Gold_Rush9f. Trout_Creek_Gold_Rush9f. Trout_Creek_Gold_RushSmith Rock
… to sportowo - tradowy rejon wspinaczkowy. Miejsce oferuje m.in. sportowe wspinanie po krawądkach i dziurkach bardzo przypominających nasze jurajskie, ale charakterystyczne dla niego jest honorne obicie dróg: długie runouty oraz pierwsza wpinka znajdująca się zazwyczaj na wysokości około 7 metrów nad głową niezależnie czy dotyczy to drogi za 5.9 czy 5.13. Rejon oferuje też (ponoć) świetne wspinanie w tradzie m.in. w sektorze The Lower George, ale tam nie zdążyliśmy już dotrzeć. Sam rejon jest bardzo malowniczy. Wybór sektora podporządkowany jest wystawie. Mieliśmy przyjemność doświadczyć wspinania w pełnym słońcu i takowe w tych warunkach zdecydowanie odradzam. Trudno sobie też tu zaliczyć OS bo na każdej drodze wszystkie krawądy oznaczone są śladami magnezji. W rejonie dosyć trudno jest krzonować. Znajduje się tam natomiast całkiem fajny (federalny) kemping, gdzie za 5 dolców można skorzystać z czystych toalet, prysznica, naładować telefon, lub pozmywać naczynia. Na kempingu panuje imponujący porządek. Tablice informują, gdzie można zaparkować auto, przygotować posiłek, czy rozbić namiot a wszystko to z malowniczym widokiem na pomarańczowe ściany Smith Rock. Rano standardowo Rysiek popisał się humorkiem informując nas, że potrzebuj coolant’a. Zaskoczyło nas to, bo przecież płyn chłodzący uzupełnialiśmy w Seattle. Czyżby to jakiś wyciek? … znowu znajomy strach zawitał w naszych głowach. Szybka konsultacja z Maćkiem i zaraz po wspinaniu w Smith Rock powracamy do Madras do warsztatu. Ekipa z Forda znowu wita nas swoim profesjonalizmem. Szybko sprawdzają auto, konsultują też problem z Maćkiem. Na szczęście to nic poważnego, raczej standardowa reakcja auta po wymianie alternatora. Zadowoleni zatem wyjechaliśmy z warsztatu i skierowaliśmy się do Kalifornii gdzie w drodze w Yosemite mieliśmy jeszcze na chwilę odwiedzić Tahoe Lake i rejon wspinaczkowy o nazwie The Lovers Leap. Przez Oregon, fragment Nevady i Kalifornię wiodła nas przeurocza droga zarekomendowana przez katalog opisujący najpiękniejsze drogi Oregonu, który zgarnęłam z damskiej toalety na kempingu w Madras. Wiodła ona w pobliżu licznych wyschniętych w tym okresie jezior oraz obrzeżami wielkiego jeziora Tahoe. Krajobraz szybko z pustynnego stepu zamienia się w zalesiony obszar.

Smith Rock_widok_na_skały

10e. Smith_Rock_wspinanie10e. Smith_Rock_wspinanie10e. Smith_Rock_wspinanieTahoe Lake
… a dokładniej odwiedzone przez nas Lovers Leap (znane z szybkościówki w wykonania Dana Osmana w Masters of Stone) to kolejne fajne miejsce wspinaczkowe oferujące wspinanie rysowe w litym granicie. To co charakterystyczne tutaj to nieskończona ilość „dikes”,wyglądających jak poziome półki skalne przyklejone do pionowej granitowej ściany biegnące przez całą jej szerokość. W Tahoe Lake spędzamy niestety zaledwie kilka godzin. A szkoda, bo miejsce robi wrażenie. Wspinamy się tylko na krótkiej, dwuwyciągowej drodze Hospital Corner (5.10a). Zmęczenie mocno dało się we znaki w wyniku czego zaliczamy wycof z mega klasyka znajdującego się na liście 50 najpiękniejszych dróg Ameryki Północnej - Travelers Buttress (5.9, wycena jak ją określił jeden z lokalsów "old school"), gdzie pokonuje nas wyciąg w offwidth’cie.

11e.Tahoe Lake_Hospital_Corner

11e.Tahoe Lake_Hospital_Corner11e.Tahoe Lake_Hospital_Corner11e.Tahoe Lake_Hospital_Corner11e.Tahoe Lake_Hospital_CornerWyjeżdżamy z Tahoe około 17 i kierujemy się do San Francisco, a dokładnie Freemont, gdzie mamy odwiedzić naszych znajomych – Ewę i Łukasza Heldtów. Zostajemy tu trzy dni i standardowo nie mamy wcale ochoty opuszczać wygód domowego ogniska (Ewa, Łukasz. Wielkie dzięki za mega gościnę!).

San Francisco_wizyta_u_Ewy_i_Łukasza

W poniedziałek rano kierujemy się w Yosemite. 

A tu filmowa relacja z tej części wyjazdu: https://youtu.be/JEft_rjEuiE

Aga "Tyszka" Tyszkiewicz

Zapraszamy też na nasz fanpage: Tyszka&Wernix

avatar
0
18 październik 2016, 18:16
Tyszka Wernix