W sumie moment, w którym zaczęłam kojarzyć Marcina był taki raczej smutny. Gdzieś rzucił mi się w oko link do tekstu o komercjalizacji górskiej śmierci, napisanego w kontekście wypadków lawinowych z końcówki lutego. Tekst był rewelacyjny, trafiony w tak zwany punkt, wyrażający dosadnie to, co i ja sama (i jak się okazało, także wiele innych osób) na ten temat uważam, a nie przyszło mi do rudej łepetyny, aby to spisać. Udostępniłam, zapamiętałam nazwę bloga, nazwisko autora. Potem były kolejne teksty, czasem też mocne, a czasem po prostu lekkie i zabawne. Jeszcze potem spostrzegłam, że typ ma na blogu jednego jedynego linka i to jest... link do mnie. Następnie się lekko zarumieniłam. A w chwilę potem stwierdziłam, że właściwie, to można by się poznać.

I tak zaczęliśmy klepać przez fejsa o tym i owym, aż padło pytanie, które paść musiało, czyli: no to kiedy razem w góry?

Ustawiwszy się zatem na jeden z kwietniowych weekendów, cel ustaliwszy i rzuciwszy sakramentalne: "wszystko zależy od pogody", oczekiwaliśmy na ów weekend, no i na wyklarowanie się pogody.

Pogoda się oczywiście postanowiła wypiąć. W prognozach jakieś ostateczne armageddony.

Cóż, decyzja mogła być tylko jedna: "Oj tam, oj tam. Jedziemy!". :D

Danie główne zostawiamy na niedzielę, bo pogoda puszcza oczko i mówi, że może się trochę ogarnie (i tak nic z tego celu nie wyjdzie, ale wtedy tego jeszcze nie wiemy). Na sobotę planujemy rozruch. I malinówkę.

Marcin zgarnia mnie nad ranem z krakowskiego dworca. W drodze ku górom rozmawiamy o wszystkim tylko nie o tym, gdzie dziś właściwie pójdziemy. Iść na coś ambitniejszego nie ma sensu, jeśli chcemy jutro zrobić to, co chcemy. No i warun trochę nie teges, chmurno, dosypuje, wieje. Może i by się na coś wylazło, ale najpierw trzeba się przeturlać przez długie doliny, potem wracać, a nam się nie chce dziś męczyć. Pozostaje kanon rzeczy do zrobienia w każdą pogodę i na szybko. Sarnia Skała/Kopieniec/Nosal/Gęsia Szyja...? Nagle zaczynam chcieć się jednak zmęczyć.

No ale dobra, coś wybrać trzeba. Temat zaczynamy dopiero w Zakopanem zatrzymując się na jakimś parkingu. Wreszcie wybieramy Gęsią Szyję, gdyż ja w sumie lubię te rewiry, a towarzysz był tam ze sto lat temu. No i zostawimy sobie auto w Palenicy, co jest nam na rękę, biorąc pod uwagę, że chcemy się kimnąć w Roztoce.

Powzięty plan poddaliśmy niezwłocznej realizacji, wstępując po drodze do sklepu po wspomnianą już malinówkę.