Przed dwoma laty pokrycie się Tatr śniegiem było dla mnie równoznaczne z ich zniknięciem na kilka miesięcy z mapy świata. Białe, zimne, śliskie, lawiniaste - mogły równie dobrze nie istnieć.

Potem przeżyłam krótki epizod pod tytułem: "W Tatry w zimie tak, ale tylko na spacery po płaskim", zakończony niepohamowaną egzaltacją płynącą z powolnego ogarniania obsługi czekana. Kolejnej zimy w Tatrach czułam się już jak w domu i byłoby mi jednak smutno, gdyby zawiesiły swoje istnienie aż do lata.