Niegdyś miałam jakieś takie dziwne poczucie, że w sylwestra muszę imprezować. Że pozostanie w domu w towarzystwie wyłącznie aktualnej drugiej połowy, odpalenie filmu i odkorkowanie wina, będzie dowodem towarzyskiej porażki. Zwykle więc w okolicach listopada popadałam w lekki popłoch, który napędzał mnie do poszukiwania jakichś fajoskich opcji na ten szczególny (sic!) wieczór, tudzież organizowania własnej prowizorycznej domówki.

A potem nastała w moim życiu jakże zbawienna era, pod tytułem "mam to w nosie". W sumie to gdzie indziej, ale może nie wypada pisać. A zatem mam w nosie bardzo wiele różnych rzeczy, w tym tę, czy mój sposób spędzania sylwestra wpisuje się w kanon sposobów, na jakie wypada go spędzać, oraz na jakiej pozycji społecznej mnie ustawia.

I zaczęłam spędzać go w górach. Nie, nie w zakopiańskiej kwaterze, nie na Krupówkach, tylko w górach, gdzieś w ich sercu. A w tym roku to nawet zupełnie na trzeźwo. I z pójściem spać o 17-tej. Co za wstyd :D.